![]() |
| Start | Aktualności | Dokumenty |
Brzask |
Galeria |
Świat
|
Historia |
Forum
|
Kontakt |
Linki |
„CZARNY CZWARTEK. JANEK WIŚNIEWSKI PADŁ” w reżyserii Antoniego Krauzego Co innego wydarzenia w grudniu 1970 na wybrzeżu, a co innego film Antoniego Krauzego, którego premiera dopiero co się odbyła. Możemy mówić o jednym i o drugim. Komuniści od dawna są wystarczająco dojrzali, by dać uczciwą odpowiedź na pytania, które budzą wydarzenia grudniowe. Dziś pomówimy o filmie. Gdybyśmy mogli go obejrzeć od końca, to
moglibyśmy rzec, że zaczęliśmy od najlepszego. Na końcu bowiem, podczas
przewijania napisów słychać niezłe wykonanie piosenki „Janek Wiśniewski
padł” przez Kazika Staszewskiego, która ma tę niezaprzeczalną cechę, że
łatwo wpada w ucho. Po drugie zaś, ciągnąca się przez dłuższy czas
lista sponsorów, patronów, mecenasów, konsultantów. Wrócimy jeszcze do
tego.Akcja zaczyna się w Wigilię rok wcześniej. Dowiadujemy się, że Brunon Drywa (Michał Kowalski), pracownik stoczni w Gdyni, z żoną (Marta Honzatko) dostaje mieszkanie w bloku niedaleko miejsca pracy. Po roku następują znane wydarzenia. Drywa w nich nie uczestniczy. Szesnastego grudnia jedzie do pracy. Zastaje śmiertelnie postrzelony i pospiesznie pochowany. Wiele razy jednak akcja przenosi się na ulicę i do gmachów. Zestawianie ze sobą filmów-dokumentów z 1970 z tworzonymi na potrzeby filmu ujęciami jest zawsze ryzykowne, co tu dużo mówić: może to być prawdziwy sprawdzian dla ekipy produkującej film. W filmie Krauzego wychodzi to kiepsko, potęgując poczucie sztuczności i dłużyzny. Scenariusz jest napisany jak dla filmy średiometrażowego i rozciągnięty do stu minut. Ze swej strony może warto wykorzystując nagrania z epoki zadbać o to, żeby statyści mieli czapki lub nie, co się kilka razy twórcom filmu pomyliło i wyszło nawet zabawnie, zwłaszcza gdy na miejscu niskiego faceta w berecie i okularach pojawia się, jako statysta, dryblas bez czapki. Sporo zarzutów do obsady i gry poszczególnych
aktorów. To szwankuje. Wojciech Pszoniak grający Władysław Gomułkę
wykonał swoje zadanie nieźle. Problem jednak w tym, że postać Gomułki z
filmu to jakiś absurd do kwadratu. Można Gomułkę lubić bardziej lub
mniej, ale bądźmy w tym uczciwi: Władysław Gomułka jako przywódca
państwa przez czternaście lat (w rzeczywistości odgrywał też ogromną
rolę w życiu politycznym już w latach czterdziestych, ale za datę
przejęcia przezeń przywództwa przyjmuje rok 1956) prowadził je drogą
pokoju i rozwoju. I w przeciwieństwie to przypadków innych rządów ze
wcześniejszych lub późniejszych okresów, rozwój nie opierał się na
zadłużaniu państwa, ale na budowie przemysłu i infrastruktury, wielkim
dziele odbudowania kraju po wojnie. Wzruszająca niemal jest historia o
tym, jak Wiesław każdego papierosa przed zapaleniem łamał na pół. Taki
był Gomułka. A w filmie został przedstawiony jako stetryczały staruszek
i główny inicjator pacyfikacji. Nie był wówczas ani jednym, ani drugim.
Ładna jest scena, gdy Gomułka wychodzi ciężkim krokiem z gabinetu, w
którym odbywa się posiedzenie Biura Politycznego i poklepuje po
ramieniu swego sekretarza. Nie spisał się za to Piotr Fronczewski
grający Zenona Kliszkę. U innych trudno dostrzec lepsze aktorstwo.
Marta Honzatko odgrywająca scenę rozpaczy robi to na modłę nazbyt
serialową.Przy zdjęciach z protestów przed gmachem Komitetu Miejskiego jest bodajże największa scena zbiorowa filmu. Statyści grający robotników skandują hasła. Kamera pokazuje ich w szeregu ujęć. I śmiech bierze. Niechże się może któryś z twórców wybierze w podróż tramwajem w okolice zakładów przemysłowych (takie zakłady istnieją, panowie, naprawdę) i przyjrzy się robotnikom jadącym lub wracającym z pracy. Zobaczy wtedy szereg typów fizycznych, o różnej budowie ciała. Ta uwaga jest gwoli stwierdzenia, że nie wszyscy robotnicy en masse wyglądają tak samo. ![]() ![]() ![]() Oprawa muzyczna filmu to jego oskarżenie wniesione przeciw sobie. Za muzykę w filmie robią ciągłe pojękiwania i postękiwania typu „eee” lub „uuu”, takie niby nastrojowe, i tak przez długie minuty. Jeżeli trafia to w czyjś smak to nie zazdroszczę. Smaku. Przede wszystkim muszę zaznaczyć, że denerwuje mnie lub śmieszy, w zależności od nastroju, konstrukcja najnowszej historii Polski serwowana przez grono zawodowych autorytetów. Jej najprężniejsze ideologiczne centrum dowodzenia znajdziemy w redakcji niezwykle popularnego dziennika. Takie dorabianie sobie mitologii to ich specjalność. Za swój początek uważają wydarzenia marcowe w 1968, ale w swe tryby potrafią wtłoczyć szereg innych. Dzięki rozlicznym wpływom potrafią uzyskać środki na finansowanie przedsięwzięć takich jak film. Jak ten film. Konsultacja naukowa filmu przez prof. Eislera jest tego gwarantem. Można zatem spodziewać się dobrych recenzji od tych, co muszą i złych od tych, co mogą. Nowak |