banner
 Start   Aktualności   Dokumenty
 Brzask
 Galeria
 Świat
 Historia
 Forum
 Kontakt
 Linki 

Quo vadis Europo?

Jednym z najważniejszych wydarzeń bieżącego roku było bez wątpienia pokonanie ostatniej większej przeszkody na drodze do reformy UE i przekształcenia jej w państwo federalne o charakterze imperialistyczym – złamanie oporu społeczeństwa irlandzkiego, które w 2008 roku opowiedziało się w referendum przeciwko Trakatowi Lizbońskiemu – czyli dalszemu transferowi władzy z państw narodowych do Brukseli. Przypomnijmy, że zestaw dokumentów zwany Konstytucją Unii Europejskiej, odrzucony w narodowych referendach we Francji i w Holandii wrócił boczną furtką pod nazwą Traktatu z Lizbony. Traktat przewiduje m.in. nadrzędność prawa UE nad prawem międzynarodowym, nadanie UE osobowości prawnej i utworzenie rządu UE z prezydentem i ministrem spraw zagranicznych,  militaryzację i uworzenie armii UE, zacieśnioną współpracę z NATO, daje gwarancję nienaruszalności gospodarki kapitalistycznej oraz otwiera drogę do dalszej deregulacji, liberalizacji, prywatyzacji i innych przekształceń w duchu neoliberalnym. Zwiększone zostają kompetencje politycznego ramienia kapitału monopolistycznego, jakim jest Komisja Europejska oraz wyraziciela jej interesów – Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości (ETS) jak i pozostałych instytucji UE, np. Palamentu Europejskiego. Niedawne orzeczenia ETS w sprawach: Vikinga, Lavala, Rufferta i Luksemburga dają jasno do zrozumienia, że prawa do maksymalizacji kapitalistycznych zysków (określone np. jako „zasady swobodnego przepływu towarów i usług”) UE stawia ponad prawami robotników i reprezentujących ich organizacji. Wyraźnie widoczny jest cel tych zmian: likwidacja zdobyczy europeskiego ruchu robotniczego, prywatyzacja usług publicznych oraz konsolidacja i utwierdzenie władzy europejskiego imperializmu. Innymi słowy, te same siły, które doprowadziły do wybuchu II wojny światowej, teraz ponownie zmierzają do narzucenia swojej dominacji w Europie. Dotąd wszystkie tego typu próby były skutecznie blokowane. Jak to się stało tym razem?

***

Parodią demokracji można nazwać przebieg drugiego referendum irlandzkiego w sprawie Traktatu Lizbońskiego. Nie dość, że głosowanie powtórzono w celu uzyskania korzystnego dla siebie wyniku, co już zakrawa o śmieszność, to atmosfera wokół kampanii referendalnej uzyskała bardzo szczególny wymiar. Ogromne siły oraz środki zostały przeznaczone na manipulację irlandzką opinią publiczną. Jako że od 2008 roku kryzys zmienił oblicze całego kraju, doprowadzając do załamania się gospodarki i kilkunastoprocentowego wzrostu bezrobocia w krótkim czasie, nastroje społeczne uległy znacznemu pogorszeniu. Okazało się, że „tygrys celtycki”, który miał być dowodem na skuteczność deregulacji rynku, w rzeczywistości był jedynie środkiem transferu bogactwa w ręce nielicznej klasy kapitalistów i spekulantów. Co więcej, nadużycia bankowe doprowadziły państwo na skraj bankructwa.

W tych warunkach, niepewność jutra i strach powstałe w wyniku kryzysu zostały wykorzystane przez burżuazję – przez finansowaną i dowodzona przez Komisję Europejską kampanię na rzecz uchwalenia Traktatu Lizbońskiego w drugim referendum 02.10.2009. Wykorzystując gigantyczne, wielomilionowe nakłady, wszystkie dostępne gazety i stacje telewizyjne oraz wiele innych środków przekazu, posługując się hasłami obiecującymi pracę i odbudowę gospodarki i straszących ruiną, sankcjami UE w razie sprzeciwu, a unikając jakiejkolwiek merytorycznej dyskusji na temat treści samego dokumentu, udało się przedstawicielom wielkiego kapitału we współpracy ze wszystkimi partiami establishementu przeforsować Traktat większością 67% głosów. Wobec przeciwników Traktatu zastosowano metodę agresywnej izolacji. Przedstawiano ich jako ekstremistów, wywodzących się zarówno z prawej jak i z lewej strony. Ignorowano argumentację i wszystko to, co nie mieściło się w tym schemacie.

Sama kampania miała bardzo agresywny przebieg. Czołowe postacie opowiadające się za odrzuceniem Traktatu, np. Declan Ganley, stały się przedmiotem pełnych hipokryzji ataków personalnych. Niszczono plakaty ich organizacji (Coir, Socialist Party, Peoples Movement, Libertas, Eirigi, Komunistyczna Partia Irlandii, Sinn Fein i innych), ich działacze wielokrotnie stawali się przedmiotem agresji i szykan ze strony jej zwolenników (partii: Labour, Fine Gael, Fianna Fail, organizacji przedsiębiorców IPEC, licznych stowarzyszeń i pseudo-stowarzyszeń powołanych przez Komisję Europejską w celu sprawienia wrażenia różnorodności o dziwnie brzmiących nazwach, jak np. „Yes Generation”). Pomni klęski sprzed roku, burżuazyjni sprzymierzeńcy Brukseli przygotowali się tym razem znacznie lepiej. Uzbrojeni w niemal nieograniczone fundusze, mając poparcie takich firm jak Ryanair, który przeznaczył 500 000  euro na darmowe przeloty dla osób agitujących na „tak”, czy Intel – niemal zalali miasta i wsie setkami tysięcy plakatów, billboardów itp. obiecując ludziom pracę i odbudowę gospodarki. Absolutnym hitem był było hasło „Yes for Jobs”, które powielone w tysiącach egzemplarzy, zdobiło niemal każdy słup czy latarnię. Trudno oprzeć się wrażeniu nieskończonego cynizmu, który emanował z tej jakże wątpliwej pod względem moralnym obietnicy. Umieszczanie tych haseł w biednych dzielnicach robotniczych,  w których bezrobocie sięga niekiedy ponad 20%, okazało się być niezwykle skuteczne. Działało to jak  obietnica ciepłego posiłku dla kogoś, kto wiele dni nic nie miał w ustach. Aktywiści są zgodni co do tego, że zwolennicy Traktatu zawdzięczają swoje zwycięstwo hasłu „Yes for Jobs.”

W kampanii decydująca okazała się ogromna dysproporcja sił pomiędzy stronami. Dosłownie garstka, licząca nie więcej niż 1000 zaagnażowanych osób, pochodzących z różnych organizacji, a dysponując głównie własnymi, ograniczonymi środkami finansowania musiała stawić czoła połączonym siłom wszystkich większych partii politycznych (poza republikańską Sinn Fein), stowarzyszeń przedsiębiorców, związków zawodowych (poza TEEU i UNITE), wielkich korporacji, telewizji, prasy i radia, instytucji publicznych takich jak czołowe uniwersytety, których prezydenci podpisali apel o głosowanie na „tak”, wreszcie samej Komisji Europejskiej i organizacji powołanych i finansowanych przez nią w celu osiągnięcia doraźnego zwycięstwa w referendum. I cała walka odbywała się w atmosferze spowodowanego głębokim kryzysem strachu, niepewności i niewiedzy. Strona merytoryczna zastąpiona została poprzez obłudne slogany i obietnice, których nikt oczywiście nie ma zamiaru spełnić. Z tej okazji lider wywodzącej się z tradycji faszystowskiej partii Fine Gael – Enda Kenny, zatrudnił do tego celu mistrza w składaniu obietnic bez pokrycia – byłego prezydenta Polski Lecha Wałęsę. Wałęsa był obwożony przez tydzień w limuzynie po głównych miastach Irlandii, jednak ze spotkań otwartych poza konferencjami prasowymi zrezygnowano, najprawdopodobniej w obawie przed kompromitacją. Już w pierwszym wywiadzie dla Irish Times'a polski prezydent zaprzeczył sam sobie kilkukrotnie. Najwidoczniej obawiano się, że Lech Wałęsa każe Irlandczykom głosować za i zarazem przeciw Traktatowi. Pobyt naszego prezydenta do udanych na pewno nie należał. Co ciekawe, jak na ironię, za granicami nadal dominuje wizerunek Lecha Wałęsy jako bohatera narodowego, a on sam przedstawił się jako „rewolucjonista”.

Pomimo tych wszystkich okoliczności, niemal bohaterskie wysiłki aktywistów z różnych organizacji o różnych profilach i orientacjach politycznych,  wśród których na szczególna uwagę zasługuje heroiczny niemal wysiłek towarzyszy z Komunistycznej Partii Irlandii (CPI), którym, pomimo niewielkiej liczebności mieli znaczący wpływ i udział w całej kampanii, udało się zdobyć 33% głosów. W atmosferze terroru i zastraszania oraz przy stosunku sił i środków jak 1:10, można to uznać za wielki sukces. Warto również zauważyć, że wyniki głosowania ułożyły się podług kategorii klasowych.

Jako podsumowanie można przytoczyć parafrazę wypowiedzi P. McKenny, przewodniczącej organizacji People's Movement: Irlandczycy powiedzieli „tak”. Ale było to „tak” dla miejsc pracy („Yes for Jobs”), „tak” dla odbudowy gospodarki („Yes for Recovery”). Z Traktatem Lizbońskim niewiele miało wspólnego.

***

Konsekwencje tej decyzji dadzą się wkrótce odczuć. Trakat Lizboński oddaje potężne narzędzia prawne w ręce kapitału monopolistycznego i zabezpiecza zarówno jego interesy, jak i dominującą pozycję. Cementuje się nowy charakter Unii Europejskiej, w której nie tylko prawa robotnicze są zagrożone, ale również demokracja, prawa obywatelskie i wreszcie – prawa człowieka. Włodzimierz Lenin określił imperializm jako związek państwa z kapitałem finansowym. Unia Europejska jest niczym więcej jak federacyjnym związkiem państw o charakterze imperialistycznym. Zmiany, które przyniesie sobą ratyfikacja Traktatu Lizbońskiego, niechybnie doprowadzą w konsekwencji do zaostrzenia się sprzeczności wewnątrz gospodarki kapitalistycznej Europy. Socjaldemokracja a także kojarzone z nią państwo dobrobytu – to wszystko stanie się historią. Kryzys ideologii socjaldemokratycznej, której celem jest obrona i naprawianie kapitalizmu, jeszcze się pogłębi. Można się spodziewać, że konflikt pomiędzy kapitałem a pracą wybuchnie ponownie ze zdwojoną siłą. Czy komunistom uda się pokierować przyszłą rewolucją społeczna, do której wydaje się konsekwentnie zmierzać Europa? W tej chwili trudno znaleźć odpowiedź na to pytanie. 

Bartosz Bieszczad

Dublin, 05.10.2009