|
Raport Burdenki
Komunikat
Komisji Specjalnej do ustalenia i zbadania okoliczności
rozstrzelania przez niemieckich najeźdźców faszystowskich w lesie
Katyńskim jeńców wojennych – oficerów polskich.
Na mocy postanowienia
Nadzwyczajnej Komisji Państwowej do ustalenia i zbadania zbrodni
niemieckich najeźdźców i ich wspólników została powołana
Komisja Specjalna do ustalenia i zbadania okoliczności rozstrzelania
przez niemieckich najeźdźców faszystowskich w lesie Katyńskim (w
pobliżu Smoleńska) jeńców wojennych – polskich oficerów.
W skład komisji weszli:
członek Nadzwyczajnej Komisji Państwowej, członek Akademii Nauk N.
Burdenko (przewodniczący); członek Nadzwyczajnej Komisji
Państwowej, członek Akademii Nauk Aleksy Tołstoj; członek
Nadzwyczajnej Komisji Państwowej Metropolita Mikołaj;
przewodniczący Komitetu Wszechsłowiańskiego generał-lejtnant A.
Gundorow; przewodniczący Komitetu Wykonawczego Związku Towarzystw
Czerwonego Krzyża i Czerwonego Półksiężyca S. Kolesnikow; Ludowy
Komisarz Oświaty RFSRR, członek Akademii Nauk W. Potiomkin; szef
Służby Sanitarnej Armii Czerwonej generał-pułkownik E. Smirnow;
przewodniczący Smoleńskiego Obwodowego Komitetu Wykonawczego R.
Mielnikow.
Celem wykonania zleconego
jej zadania Komisja powołała do udziału w swej pracy następujących
biegłych sądowo-lekarskich: głównego rzeczoznawcę
sądowo-lekarskiego Ludowego Komisariatu Zdrowia ZSRR, dyrektora
Państwowego Instytutu Naukowo-Badawczego Medycyny Sądowej W.
Prozorowskiego, profesora medycyny sądowej 2. Moskiewskiego
Uniwersytetu Medycznego, dra medycyny W. Smolianinowa, starszego
pracownika naukowego Państwowego Instytutu Naukowo-Badawczego
Medycyny Sądowej Ludowego Komisariatu Zdrowia ZSRR P.
Siemienowskiego, starszego pracownika naukowego Państwowego
Instytutu Naukowo-Badawczego Medycyny Sądowej Ludowego Komisariatu
Zdrowia ZSRR docenta M. Szwajkową, naczelnego lekarza-patologa
frontu majora służby sanitarnej, profesora D. Wyropajewa.
Komisja Specjalna
dysponowała obszernym materiałem, przedłożonym przez członka
Nadzwyczajnej Komisji Państwowej, członka Akademii Nauk N.
Burdenkę, jego współpracowników i biegłych sądowo-lekarskich,
którzy przybyli do Smoleńska 26 września 1943 r. natychmiast po
wyzwoleniu tego miasta i przeprowadzili wstępne śledztwo oraz
zbadali okoliczności wszystkich dokonanych przez Niemców zbrodni.
Komisja Specjalna
sprawdziła i ustaliła na miejscu, że na szosie Witebskiej, w
pobliżu lasu Katyńskiego, 15 km od Smoleńska, w miejscowości
zwanej „Kozie Góry”, w odległości 200 m od szosy, na
południowy zachód w kierunku Dniepru, znajdują się groby, w
których zakopani są jeńcy wojenni – Polacy, rozstrzelani przez
okupantów niemieckich.
Z polecenia Komisji
Specjalnej i w obecności wszystkich członków Komisji Specjalnej
oraz biegłych sądowo-lekarskich groby zostały rozkopane. W grobach
wykryto wielką ilość zwłok w polskich mundurach wojskowych.
Ogólna liczba zwłok według obliczeń biegłych sądowo-lekarskich
sięga 11 tys.
Biegli sądowo-lekarscy
dokonali szczegółowego zbadania wydobytych zwłok oraz dokumentów
i dowodów rzeczowych, które znaleziono przy trupach i w grobach.
Jednocześnie z
rozkopaniem grobów i zbadaniem zwłok Komisja Specjalna przesłuchała
wielu świadków spośród ludności miejscowej, których zeznania
ustalają ściśle czas i okoliczności zbrodni, dokonanych przez
okupantów niemieckich.
Z zeznań świadków
wynika co następuje:
Las Katyński
Z dawien dawna las
Katyński był ulubionym miejscem, w którym ludność Smoleńska
zwykła była szukać odpoczynku w dni świąteczne. Ludność
okoliczna pasała w lesie Katyńskim bydło i zbierała tam opał.
Żadnych zakazów ani ograniczeń wstępu do lasu Katyńskiego nie
było.
Taki stan rzeczy w lesie
Katyńskim trwał aż do wojny. Jeszcze latem 1941 r. w lesie tym
znajdował się obóz pionierski Przemysłowej Kasy Ubezpieczeń
Społecznych, który został zlikwidowany dopiero w lipcu 1941 r.
Po zajęciu Smoleńska
przez okupantów niemieckich, w lesie Katyńskim wprowadzono zupełnie
inne porządki. Lasu pilnowały wzmocnione posterunki, w wielu
miejscach pojawiły się napisy uprzedzające, że osoby wchodzące
do lasu bez specjalnej przepustki zostaną rozstrzelane na miejscu.
Szczególnie surowo
pilnowano tej części lasu Katyńskiego, którą nazywano „Kozie
Góry”, oraz terytorium nad brzegiem Dniepru, gdzie w odległości
700 m od wykrytych mogił jeńców wojennych – Polaków, znajdowała
się willa – dom wypoczynkowy Smoleńskiego Urzędu Ludowego
Komisariatu Spraw Wewnętrznych. Po przyjściu Niemców w willi tej
rozmieścił się urząd niemiecki, który nazywał się: „Sztab
537 batalionu roboczego”.
Jeńcy wojenni – Polacy w okolicach Smoleńska
Komisja Specjalna
stwierdziła, że przed zajęciem Smoleńska przez okupantów
niemieckich, jeńcy wojenni – polscy oficerowie i żołnierze
pracowali w zachodnich rejonach obwodu przy budowie i naprawie szos.
Jeńcy wojenni – Polacy byli rozmieszczeni w trzech obozach
specjalnych, zwanych: obóz nr 1-ON, nr 2-ON, nr 3-ON, w odległości
od 25 do 45 km na zachód od Smoleńska.
Zeznania świadków i
dokumenty stwierdzają, że po rozpoczęciu działań wojennych
wskutek wytworzonej sytuacji nie można było we właściwym czasie
ewakuować obozów i wszyscy jeńcy wojenni – Polacy, jak również
część straży i pracowników obozów, dostali się do niewoli
niemieckiej.
Przesłuchany przez
Komisję Specjalną b. komendant obozu nr 1-ON – major państwowej
służby bezpieczeństwa W. Wietosznikow zeznał:
„...Czekałem na
rozkaz zlikwidowania obozu, ale łączność ze Smoleńskiem została
przerwana. Wtedy wyjechałem do Smoleńska wraz z kilkoma
współpracownikami, żeby wyjaśnić sytuację. W Smoleńsku
zastałem napiętą sytuację. Zwróciłem się do naczelnika ruchu
smoleńskiego odcinka Kolei Zachodniej tow. Iwanowa z prośbą, aby
przydzielił obozowi wagony dla przewiezienia jeńców wojennych –
Polaków. Ale tow. Iwanow odpowiedział, że nie mogę liczyć na
otrzymanie wagonów. Usiłowałem również skomunikować się z
Moskwą, aby otrzymać zezwolenie na wyruszenie pieszo, ale to mi się
nie udało.
W tym czasie Smoleńsk
był już odcięty od obozu przez Niemców i co się stało z jeńcami
wojennymi – Polakami i z pozostałą w obozie strażą – nie
wiem”.
Inżynier S. Iwanow,
który zastępował w lipcu 1941 r. naczelnika ruchu smoleńskiego
odcinka Kolei Zachodniej zeznał przed Komisją Specjalną:
„Zwróciła się do
mnie, do wydziału ruchu, administracja obozów dla jeńców
wojennych – Polaków, żeby otrzymać wagony dla transportu
Polaków, ale wolnych wagonów nie mieliśmy. Oprócz tego nie
mogliśmy wysłać wagonów na odcinek Gusino, gdzie było najwięcej
jeńców wojennych – Polaków, gdyż droga ta była już
ostrzeliwana. Nie mogliśmy dlatego wykonać prośby administracji
obozów. Wobec tego jeńcy wojenni – Polacy zostali w obozie
wojennym w obwodzie smoleńskim”.
Obecność jeńców
wojennych – Polaków w obozach obwodu smoleńskiego potwierdzają
zeznania wielu świadków, którzy widzieli tych Polaków w pobliżu
Smoleńska podczas pierwszych miesięcy okupacji, do września 1941
r. włącznie.
Świadek Saszniewa Maria
Aleksandrowna, nauczycielka szkoły początkowej we wsi Zieńkowo
opowiedziała Komisji Specjalnej, że w sierpniu 1941 roku ukryła w
swoim domu we wsi Zieńkowo jeńca wojennego – Polaka, który
uciekł z obozu:
„...Polak był w
polskim mundurze wojskowym, który od razu poznałam, ponieważ w
ciągu 1940-41 roku widziałam na szosie grupy jeńców wojennych –
Polaków, którzy pod eskortą wykonywali jakieś roboty na szosie...
Polak zainteresował mnie dlatego, że – jak się okazało –
przed powołaniem do wojska był w Polsce nauczycielem w szkole
powszechnej. Ponieważ sama ukończyłam technikum pedagogiczne i
zamierzałam zostać nauczycielką, wdałam się z nim w rozmowę.
Opowiedział mi, że ukończył w Polsce seminarium nauczycielskie,
następnie uczył się w jakiejś szkole wojskowej i był
podporucznikiem rezerwy. Na początku działań wojennych między
Polską a Niemcami został powołany do czynnej służby, znajdował
się w Brześciu Litewskim, gdzie został wzięty do niewoli przez
Armię Czerwoną... Przeszło rok znajdował się w obozie pod
Smoleńskiem.
Kiedy przyszli Niemcy,
zajęli oni polski obóz i zaprowadzili w nim okrutny reżym. Niemcy
nie uważali Polaków za ludzi, gnębili ich wszelkimi sposobami i
znęcali się nad nimi. Były wypadki rozstrzeliwania Polaków bez
żadnego powodu. Wtedy postanowił on uciec. Opowiadając o sobie,
powiedział, że żona jego też jest nauczycielką, że ma dwóch
braci i dwie siostry...”
Odchodząc nazajutrz,
Polak wymienił swoje nazwisko, Saszniewa zanotowała je w książce.
W książce przedstawionej Komisji Specjalnej przez Saszniewą –
„Zajęcia praktyczne z przyrodoznawstwa” Jagodowskiego – na
ostatniej stronie znajduje się notatka: „Łojek Józef i Zofia.
Zamość. Ulica Ogrodowa nr 25”.
W opublikowanych przez
Niemców wykazach Łojek Józef, porucznik, figuruje pod numerem 3796
jako rozstrzelany w „Kozich Górach” w lesie Katyńskim wiosną
roku 1940. Z informacji niemieckich wynika zatem, że Łojek Józef
został rozstrzelany na rok przedtem, nim widziała go świadek
Saszniewa.
Świadek N. Danilenkow,
chłop z kołchozu „Krasnaja Zaria” gminy katyńskiej, zeznał:
„W roku
1941, w
sierpniu-wrześniu, kiedy przyszli Niemcy, spotykałem Polaków,
pracujących na szosie grupami po 15-20 osób”.
Takie same zeznania
złożyli świadkowie: Sołdatienkow – b. sołtys wsi Borok, A.
Kołaczew – lekarz ze Smoleńska, A. Ogłoblin – duchowny, T.
Sergiejew – majster drogowy, P. Smiriagin – inżynier, A.
Moskowska – mieszkanka m. Smoleńska, A. Aleksiejew –
przewodniczący kołchozu we wsi Borok, I. Kucew –
technik-hydraulik, W. Gorodecki – duchowny, A. Baziekina –
buchalterka, E. Wietrowa – nauczycielka, I. Sawwatiejew – dyżurny
stacji Gniezdowo i inni.
Obławy na jeńców wojennych – Polaków
Obecność jeńców
wojennych – Polaków jesienią roku 1941 w okolicy Smoleńska
potwierdza również fakt przeprowadzania przez Niemców licznych
obław na tych jeńców wojennych, którzy uciekli z obozów.
Świadek I. Kartoszkin,
cieśla, zeznał:
„Jesienią 1941 roku
Niemcy szukali jeńców wojennych – Polaków nie tylko w lasach,
lecz używano również policji do nocnych rewizji we wsiach”.
B. sołtys wsi Nowe
Batieki – M. Zacharow zeznał, że jesienią 1941 roku Niemcy
dokładnie „przetrsząsali” wsie i lasy w poszukiwaniu jeńców
wojennych – Polaków.
Świadek N. Danilenkow,
chłop z kołchozu „Krasnaja Zaria”, zeznał:
„Przeprowadzano u
nas specjalne obławy w poszukiwaniu jeńców wojennych – Polaków,
którzy uciekli z obozu. Takie rewizje odbyły się dwa lub trzy razy
w moim domu. Po jednej z rewizji zapytałem sołtysa Konstantego
Siergejewa, kogo szukają w naszej wsi. Siergejew powiedział, że
otrzymano rozkaz komendantury niemieckiej, aby we wszystkich bez
wyjątku domach przeprowadzić rewizję, ponieważ w naszej wsi
ukrywają się jeńcy wojenni – Polacy, którzy uciekli z obozu. Po
pewnym czasie rewizje ustały”.
Świadek T. Fatkow,
kołchoźnik, zeznał:
„Obławy w
poszukiwaniu jeńców – Polaków przeprowadzono kilkakrotnie. Było
to w sierpniu-wrześniu 1941 r. Po wrześniu 1941 r. takie obławy
ustały i więcej już nikt nie widział jeńców wojennych –
Polaków”.
Rozstrzeliwanie jeńców wojennych – Polaków
Wspomniany wyżej „Sztab
537 batalionu roboczego”, który mieścił się w willi w „Kozich
Górach”, żadnych robót budowlanych nie prowadził. Działalność
jego była ściśle zakonspirowana.
O tym, czym się ten
„Sztab” zajmował w rzeczywistości, zeznało wielu świadków
m.in. świadkowie: A. Aleksiejewa, O. Michajłowa i Z. Konachowska –
mieszkanki wsi Borok gminy katyńskiej.
Na mocy rozporządzenia
niemieckiego komendanta osady Katyń sołtys wsi Borok, W.
Sołdatienkow, skierował je do wspomnianej willi do pracy, która
miała polegać na obsługiwaniu personelu „Sztabu”.
Gdy przybyły do „Kozich
Gór”, zakomunikowano im, za pośrednictwem tłumacza, o szeregu
ograniczeń: zabroniono im w ogóle opuszczać teren willi i chodzić
do lasu, wchodzić do pokojów willi bez wezwania i bez asysty
żołnierzy niemieckich, pozostawać na terenie willi w porze nocnej.
Przychodzić do pracy i wracać do domu wolno im było tylko ściśle
określoną drogą i tylko w asyście żołnierzy.
Uprzedził o tym
Aleksiejewą, Michajłową i Konachowską – za pośrednictwem
tłumacza – sam naczelnik niemieckiego urzędu, oberst-leutnant
Arnes, który w tym celu wzywał je do siebie, każdą z osobna.
O personelu „Sztabu”
A. Aleksiejewa zeznała:
„W willi w <<Kozich
Górach>> znajdowało się stale około 30 Niemców, dowódcą
ich był oberst-leutnant Arnes, adiutantem jego oberleutnant Rex. Był
tam również leutnant Hott, wachmistrz Luehmert, podoficer
gospodarczy Rose, jego pomocnik Isike, oberfeldfebel Grenewsky, który
zarządzał elektrownią, fotograf – obergefreiter, którego
nazwiska nie pamiętam, tłumacz – Niemiec nadwołżański, któremu
na imię było zdaje się Johann, ale nazywaliśmy go Iwanem, kucharz
– Niemiec Gustaw i szereg innych, których nazwiska i imiona nie są
mi znane”.
Wkrótce po przystąpieniu
do pracy Aleksiejewa, Michajłowa i Konachowska zauważyły, że na
terenie willi Niemcy zajmują się „jakimiś ciemnymi sprawami”.
A. Aleksiejewa zeznała:
„...Tłumacz Johann
ostrzegał nas kilkakrotnie w imieniu Arnesa, że mamy <<trzymać
język za zębami>> i nie gadać o tym, co widzimy i słyszymy
na terenie willi. Poza tym z całego szeregu okoliczności domyślałam
się, że w tej willi Niemcy zajmują się jakimiś ciemnymi
sprawami...
W końcu sierpnia i
przez większą część września 1941 roku do willi w <<Kozich
Górach>> niemal codziennie przyjeżdżało po kilka samochodów
ciężarowych.
Początkowo nie
zwróciłam na to uwagi, później jednak zauważyłam, że samochody
te, ilekroć wjeżdżały na teren willi, uprzednio na pół godziny,
a czasem nawet na całą godzinę zatrzymywały się gdzieś na
drodze polnej, prowadzącej od szosy do willi. Wywnioskowałam to z
tego, że warkot samochodów w jakiś czas po wjeździe ich na teren
willi cichł. Z chwilą, gdy ustawał warkot samochodów, zaczynały
rozlegać się pojedyncze strzały. Strzały następowały jeden po
drugim, w krótkich, lecz mniej więcej równych odstępach czasu.
Potem strzały milkły i samochody zajeżdżały przed willę.
Z samochodów
wysiadali niemieccy żołnierze i podoficerowie. Rozmawiając
hałaśliwie między sobą szli do łaźni aby się umyć, po czym
urządzali pijatyki. W łaźni w te dni zawsze palono w piecu.
W dni, kiedy
przyjeżdżały samochody, do willi przybywali dodatkowo żołnierze
z jakiegoś niemieckiego oddziału wojskowego. Wstawiano dla nich
specjalne łóżka w pomieszczeniu kantyny żołnierskiej, urządzonej
w jednej z sal willi. W dni te w kuchni gotowano wielką ilość
obiadów, a do stołu podawano podwójną porcję napojów
alkoholowych.
Na krótko przed
przybyciem samochodów na teren willi żołnierze ci szli z bronią
do lasu, zapewne do miejsca postoju samochodów, gdyż po upływie
pół godziny lub po godzinie wracali tymi samochodami z żołnierzami,
którzy stale mieszkali w willi.
Prawdopodobnie nie
obserwowałabym i nie zauważyłabym jak cichnie i znów rozlega się
warkot przybywających na teren willi samochodów, gdyby nie to, że
za każdym razem, kiedy przyjeżdżały samochody, nas (mnie,
Konachowską i Michajłową) zapędzano do kuchni, jeżeli
znajdowałyśmy się w tym czasie na dworze koło willi, albo też
nie wypuszczano z kuchni, jeżeli znajdowałyśmy się w niej.
Okoliczność ta, a
także i to, że kilka razy zauważyłam ślady świeżej krwi na
odzieży dwóch gefreitrów, sprawiła, że zaczęłam przyglądać
się uważnie temu, co się dzieje na terenie willi. Wówczas to
zauważyłam dziwne przerwy w ruchu samochodów, ich postoje w lesie.
Zauważyłam również, że ślady krwi były zawsze na odzieży tych
samych ludzi – dwóch gefreitrów. Jeden z nich był wysoki, rudy,
drugi – średniego wzrostu, blondyn.
Z tego wszystkiego
wywnioskowałam, że Niemcy przywozili w samochodach ludzi i ludzi
tych rozstrzeliwali. Domyślałam się nawet mniej więcej, gdzie się
to odbywało, gdyż nieopodal drogi wiodącej do willi widziałam w
kilku miejscach świeżo usypaną ziemię. Powierzchnia tej świeżo
usypanej ziemi stawała się z każdym dniem większa. Z biegiem
czasu ziemia w tych miejscach przybrała zwykły wygląd”.
Na pytania Komisji
Specjalnej, jakich to ludzi rozstrzeliwano w lesie, w pobliżu willi,
Aleksiejewa odpowiedziała, że rozstrzeliwano jeńców wojennych –
Polaków i na potwierdzenie swych słów opowiedziała, co następuje:
„Zdarzały się dni,
kiedy samochody do willi nie przyjeżdżały, żołnierze zaś
wychodzili z willi do lasu, skąd dobiegały częste pojedyncze
strzały. Po powrocie żołnierze, jak zwykle, szli do łaźni, a
potem upijali się.
Zdarzył się jeszcze
taki wypadek. Pewnego razu zostałam w willi nieco dłużej niż
zwykle. Michajłowa i Konachowska już poszły. Nie skończyłam
jeszcze pracy, dla wykonania której zostałam, gdy nagle przyszedł
żołnierz i powiedział, że mogę sobie iść. Powołał się przy
tym na rozkaz Rosego. Ten sam żołnierz odprowadził mnie do szosy.
Kiedy przeszłam szosą
150-200 m od zakrętu wiodącego do willi, zobaczyłam idącą grupę
jeńców wojennych – Polaków, ze 30 ludzi, pod wzmocnionym
konwojem Niemców. Wiedziałam, że są to Polacy, ponieważ jeszcze
przed rozpoczęciem wojny, jak również w jakiś czas po przyjściu
Niemców, spotykałam na szosie jeńców wojennych – Polaków
noszących takie same mundury i charakterystyczne czworokątne
czapki.
Przystanęłam na
skraju drogi, żeby zobaczyć dokąd ich prowadzą i przekonałam
się, że skręcili na drogę prowadzącą do naszej willi w <<Kozich
Górach>>. Ponieważ w tym czasie obserwowałam uważnie
wszystko, co się dzieje w willi, zainteresowałam się tym faktem,
cofnęłam się kilka kroków, schowałam się w krzakach przy drodze
i czekałam. Po upływie jakichś 20-30 minut usłyszałam
charakterystyczne, znane mi już pojedyncze strzały. Wówczas
wszystko zrozumiałam i poszłam do domu.
Z faktu tego
wywnioskowałam również, że Niemcy rozstrzeliwali Polaków, jak
widać, nie tylko w ciągu dnia, kiedy pracowałyśmy w willi, ale i
w nocy, w czasie naszej nieobecności. Stało się to dla mnie
wówczas jasne również i dlatego, że przypomniałam sobie wypadki,
kiedy wszyscy zamieszkujący willę oficerowie i żołnierze, z
wyjątkiem wartowników, wstawali późno, o jakiejś 12 w południe.
Kilka razy o przybyciu
Polaków do <<Kozich Gór>> domyślałyśmy się z
napiętej atmosfery, jaka panowała wówczas w willi... Wszyscy
oficerowie wychodzili wówczas z willi, w budynku pozostawało tylko
kilku wartowników, wachmistrz zaś nieustannie kontrolował
posterunki przez telefon...”
O. Michajłowa zeznała:
„We wrześniu 1941
roku w lesie <<Kozie Góry>> bardzo często rozlegała
się strzelanina, Początkowo nie zwracałam uwagi na zajeżdżające
przed naszą willę samochody ciężarowe, kryte z boków i z góry,
pomalowane na zielono i konwojowane zawsze przez podoficerów.
Później zauważyłam, że samochody te nigdy nie zajeżdżają do
naszego garażu ani też nigdy się ich nie wyładowuje. Te samochody
ciężarowe przyjeżdżały bardzo często, zwłaszcza we wrześniu
1941 roku.
Spośród podoficerów,
którzy zawsze siedzieli w szoferkach obok kierowców, zwróciłam
uwagę na jednego wysokiego o bladej twarzy i rudych włosach. Kiedy
samochody te zajeżdżały przed willę, wszyscy podoficerowie jak na
komendę szli do łaźni i długo się tam myli, potem upijali się
na zabój w willi. Pewnego razu ów wysoki rudy Niemiec wysiadł z
samochodu, udał się do kuchni i poprosił o wodę. Kiedy pił ze
szklanki wodę, ujrzałam krew na wyłogach prawego rękawa jego
munduru”.
O. Michajłowa i Z.
Konachowska widziały pewnego razu na własne oczy, jak rozstrzelano
dwóch jeńców wojennych – Polaków, którzy widocznie uciekli
Niemcom, a następnie zostali schwytani.
Michajłowa zeznała o
tym:
„Pewnego razu ja i
Konachowska, jak zwykle, pracowałyśmy w kuchni, kiedy usłyszałyśmy
jakiś hałas w pobliżu willi. Wyszłyśmy z kuchni i zobaczyłyśmy
dwóch jeńców wojennych – Polaków, otoczonych przez żołnierzy
niemieckich, którzy tłumaczyli coś podoficerowi Rosemu. Potem
przyszedł do nich oberst-leutnant Arnes i powiedział coś Rosemu.
Ukryłyśmy się z boku, gdyż bałyśmy się, że Rose pobije nas za
naszą ciekawość. Zauważono nas jednak i mechanik Gliniewski na
znak Rosego zapędził nas do kuchni, a Polaków wyprowadzili poza
obręb willi. Po upływie kilku minut usłyszałyśmy strzały.
Żołnierze niemieccy, którzy niebawem wrócili, i podoficer Rose –
rozmawiali o czymś z ożywieniem. Ja i Konachowska, chcąc się
dowiedzieć, jak postąpili Niemcy z zatrzymanymi Polakami, znów
wyszłyśmy na ulicę. Adiutant Arnesa, który jednocześnie wyszedł
z willi głównymi drzwiami, zapytał o coś po niemiecku Rosego, na
co ten odpowiedział również po niemiecku: <<wszystko w
porządku>>. Słowa te zrozumiałam, ponieważ Niemcy często
używali ich w rozmowach między sobą. Ze wszystkich tych
okoliczności wywnioskowałam, że ci dwaj Polacy zostali
rozstrzelani”.
Analogiczne zeznania w
tej sprawie złożyła również Z. Konachowska.
Przerażone tym, co się
działo na terenie willi Aleksiejewa, Michajłowa i Konachowska
postanowiły pod jakimkolwiek dogodnym pretekstem porzucić pracę w
willi. Skorzystały one z tego, że na początku stycznia 1942 r.
obniżono im „płacę” z 9 marek do 3 marek miesięcznie i za
radą Michajłowej nie przyszły do pracy. Tego samego dnia wieczorem
przyjechał po nie samochód, przywieziono je do willi i za karę
posadzono do karceru – Michajłową na 8 dni, a Aleksiejewą i
Konachowską na 3 dni.
Po odbyciu kary zostały
zwolnione z pracy.
Przez cały czas pracy w
willi Aleksiejewa, Michajłowa i Konachowska obawiały się dzielić
wzajemnie swymi spostrzeżeniami odnośnie tego, co dzieje się w
willi. Dopiero po aresztowaniu, siedząc w karcerze, w nocy
podzieliły się swymi spostrzeżeniami.
Michajłowa,
przesłuchiwana 24 grudnia 1943 r., zeznała:
„Tutaj po
raz
pierwszy
pomówiłyśmy otwarcie o tym, co się dzieje na terenie willi.
Powiedziałam wszystko, co wiedziałam, okazało się jednak, że i
Konachowskiej i Aleksiejewej wszystkie te fakty również były
znane, ale i one, tak samo jak i ja, bały się o tym mówić. Tutaj
też dowiedziałam się, że Niemcy w <<Kozich Górach>>
rozstrzeliwali właśnie jeńców wojennych – Polaków, Aleksiejewa
bowiem opowiedziała, że pewnego razu jesienią 1941 r., idąc z
pracy, na własne oczy widziała, jak Niemcy zapędzili do lasu w
<<Kozich Górach>> wielką grupę jeńców wojennych –
Polaków, a potem słyszała w tym miejscu strzelaninę”.
Analogiczne zeznania w
tej sprawie złożyły Aleksiejewa i Konachowska.
Aleksiejewa, Michajłowa
i Konachowska skonfrontowały swe obserwacje i doszły do niezbitego
wniosku, że w sierpniu i wrześniu 1941 r. w willi w <<Kozich
Górach>> Niemcy rozstrzeliwali masowo jeńców wojennych –
Polaków.
Zeznania Aleksiejewej
potwierdza również jej ojciec – Michał Aleksiejew, któremu
jeszcze w okresie swej pracy w willi jesienią 1941 r. opowiadała
ona o swych obserwacjach na temat zbrodni dokonywanych przez Niemców
w willi.
„Córka długo
niczego mi nie mówiła – zeznał Michał Aleksiejew – tylko
kiedy przychodziła do domu, żaliła się, że praca w willi
przeraża ją i że nie wie, jak się ma stamtąd wyrwać. Kiedy ją
pytałem, co ją przeraża, mówiła, że w lesie bardzo często
słychać strzelaninę. Pewnego razu, powróciwszy do domu,
opowiedziała mi w tajemnicy, że w lesie <<Kozie Góry>>
Niemcy rozstrzeliwują Polaków. Kiedy mi to córka powiedziała,
nakazałem jej stanowczo, żeby nikomu więcej o tym nie mówiła, bo
inaczej dowiedzą się Niemcy i ucierpi cała nasza rodzina”.
Zeznania o sprowadzeniu
do „Kozich Gór” jeńców wojennych – Polaków niewielkimi
grupami od 20 do 30 osób pod konwojem 5-7 żołnierzy niemieckich
złożyli również inni świadkowie, badani przez Komisję
Specjalną: P. Kisielew, chłop z chutoru „Kozie Góry”, M.
Kriwoziercew – cieśla ze stacji „Krasnyj Bor” w lesie
Katyńskim, S. Iwanow – b. zawiadowca stacji Gniezdowo w rejonie
lasu Katyńskiego, I. Sawwatiejew – dyżurny tejże stacji, M.
Aleksiejew – przewodniczący kołchozu we wsi Borok, A. Ogłoblin –
duchowny cerkwi Kupryńskiej i inni.
Świadkowie ci również
słyszeli strzały rozlegające się po lesie w „Kozich Górach”.
Szczególnie wielkie
znaczenie, jeśli chodzi o wyjaśnienie tego, co się działo w willi
w „Kozich Górach” jesienią 1941 roku, mają zeznania profesora
astronomii, dyrektora Obserwatorium w Smoleńsku – B.
Bazylewskiego. Na samym początku okupacji Smoleńska Niemcy zmusili
przemocą prof. Bazylewskiego do objęcia stanowiska zastępcy
burmistrza miasta. Burmistrzem miasta mianowany został przez Niemców
adwokat B. Mieńszagin, który później ewakuował się wraz z nimi,
zdrajca, cieszący się szczególnym zaufaniem dowództwa
niemieckiego, w szczególności zaś komendanta Smoleńska von
Schwetza.
Na początku września
1941 roku Bazylewski zwrócił się do Mieńszagina z prośbą, aby
ten zabiegł u komendanta von Schwetza o zwolnienie z obozu jeńców
wojennych nr 126 pedagoga Żyglińskiego. Spełniając tę prośbę
Mieńszagin zwrócił się do von Schwetza, po czym zakomunikował
Bazylewskiemu, że prośba jego nie może być spełniona, gdyż, jak
mu oświadczył von Schwetz:
„otrzymano dyrektywę
z Berlina nakazującą bezwzględne wprowadzenie jak
najokrutniejszego reżymu w stosunku do jeńców wojennych i nie
dopuszczającą żadnych odstępstw w tym względzie”.
„Mimo woli
odpowiedziałem – zeznał świadek Bazylewski - <<Cóż może
być okrutniejszego od istniejącego w obozie reżymu?>>
Mieńszagin dziwnie spojrzał na mnie, nachylił się do mnie i
powiedział cicho: <<Może być! Rosjanie będą przynajmniej
umierali sami, ale jeńców – Polaków polecono po prostu
uśmiercić>>.
<<Jakże to? Jak
to należy rozumieć?>> - wykrzyknąłem.
<<Rozumieć
należy w sensie dosłownym. Jest taka dyrektywa z Berlina>> -
odpowiedział Mieńszagin i zaraz mnie poprosił, zaklinając mnie
<<na wszystkie świętości>>, żebym nikomu o tym nie
mówił...
Po jakichś dwóch
tygodniach po opisanej wyżej rozmowie z Mieńszaginem, będąc znów
w jego gabinecie, nie mogłem się powstrzymać i zapytałem: <<Co
tam słychać o Polakach?>>. Mieńszagin zawahał się, po
chwili jednak odpowiedział: <<Z nimi zrobiono już koniec. Von
Schwetz powiedział mi, że rozstrzelano ich gdzieś niedaleko
Smoleńska>>.
Widząc moje
zdenerwowanie, Mieńszagin znów ostrzegł mnie, że sprawę tę
należy zachować w jak najściślejszej tajemnicy, a następnie
zaczął <<tłumaczyć>> mi linię postępowania Niemców
w tej sprawie. Powiedział, że rozstrzeliwanie Polaków jest jednym
z ogniw w ogólnym łańcuchu uprawianej przez Niemcy antypolskiej
polityki, która uległa szczególnemu zaostrzeniu w związku z
zawarciem umowy rosyjsko-polskiej”.
Bazylewski opowiedział
również Komisji Specjalnej o swej rozmowie z sonderfuehrerem 7
oddziału komendantury niemieckiej Hirschfelda – Niemcem
nadbałtyckim, dobrze mówiącym po rosyjsku.
„Hirschfeld
oświadczył mi cynicznie, że wykazana została historycznie
szkodliwość Polaków i ich niższość, przeto zmniejszenie
ludności polskiej przyczyni się do użyźnienia gruntu i da możność
rozszerzenia przestrzeni życiowej Niemców. W związku z tym
Hirschfeld opowiadał chełpliwie, że w Polsce z inteligencji nic
już nie zostało, ponieważ powywieszano ją, rozstrzelano lub
osadzono w obozach”.
Zeznania Bazylewskiego
potwierdza przesłuchany przez Komisję Specjalną świadek –
profesor fizyki I. Jefimow, któremu Bazylewski wtedy jeszcze,
jesienią 1941 roku, opowiedział o swej rozmowie z Mieńszaginem.
Dokumentarnym
potwierdzeniem zeznań Bazylewskiego i Jefimowa są własnoręczne
notatki Mieńszagina poczynione przezeń w swym notesie. Notes ten,
zawierający niepełne 17 stron, znaleziono w aktach Zarządu
Miejskiego Smoleńska po wyzwoleniu tego miasta przez Armię
Czerwoną.
Fakt, że wspomniany
notes należał do Mieńszagina, jak również to, że notatki pisane
są jego charakterem pisma, poświadczają zarówno zeznania
Bazylewskiego, który dobrze znał charakter pisma Mieńszagina, jak
i ekspertyza grafologiczna.
Jak świadczą widniejące
w notesie daty, treść jego odnosi się do okresu, od pierwszych dni
sierpnia 1941 roku do listopada tegoż roku. Wśród różnych uwag,
dotyczących spraw gospodarczych (drzewa opałowego, energii
elektrycznej, handlu itp.) znajduje się szereg notatek, poczynionych
przez Mieńszagina zapewne dla pamięci, jak np. instrukcje
niemieckiej komendantury Smoleńska.
Notatki te całkiem
wyraźnie zarysowują krąg spraw, jakimi zajmował się Zarząd
Miejski jako organ wykonujący wszystkie dyrektywy dowództwa
niemieckiego . Na pierwszych trzech stronicach notesu podany jest
szczegółowo sposób organizacji getta żydowskiego i systemu
represji, jaki ma być stosowany wobec Żydów.
Na stronicy 10, datowanej
na 15 sierpnia 1941 roku, widnieje notatka: „Wszystkich
zbiegłych jeńców wojennych – Polaków zatrzymywać i odprowadzać
do komendantury”.
Na stronicy 15 (bez
daty): „Czy krążą wśród ludności pogłoski o
rozstrzeliwaniu jeńców wojennych – Polaków w Koz. Gór.
(Umnow)”.
Z pierwszej notatki
wynika, po pierwsze, że 15 sierpnia 1941 roku jeńcy wojenni –
Polacy znajdowali się jeszcze w rejonie Smoleńska i, po drugie, że
władze niemieckie aresztowały ich. Druga notatka świadczy o tym,
że dowództwo niemieckie w obawie, że wieści o popełnionych przez
nich zbrodniach mogą dotrzeć do ludności cywilnej, udzielało
specjalnych wskazówek, mających na celu sprawdzenie tego
przypuszczenia.
Umnow, wspomniany w
notatce, był naczelnikiem policji rosyjskiej Smoleńska w ciągu
pierwszych miesięcy okupacji.
Jak powstała niemiecka prowokacja
Zimą roku 1942-43 ogólna
sytuacja zmieniła się zdecydowanie na niekorzyść Niemiec. Potęga
wojskowa Związku Radzieckiego coraz bardziej wzrastała,
konsolidowała się jedność między ZSRR a sojusznikami. Niemcy
postanowili uciec się do prowokacji, wykorzystując w tym celu
zbrodnie, popełnione przez siebie w lesie Katyńskim, i przypisując
je organom władzy radzieckiej. Liczyli na to, że uda się im w ten
sposób pokłócić Rosjan z Polakami i zatrzeć ślady swej zbrodni.
Duchowny wsi Kuprino
rejonu smoleńskiego A. Ogłoblin zeznał:
„... Po
wydarzeniach
stalingradzkich, kiedy Niemcy poczuli się niepewni, zainicjowali oni
tę sprawę. Wśród ludności zaczęły się rozmowy, że <<Niemcy
poprawiają swoje sprawy>>”.
Przystępując do
przygotowania prowokacji katyńskiej Niemcy przede wszystkim zabrali
się do poszukiwania „świadków”, którzy by mogli pod wpływem
namów, przekupienia lub pogróżek złożyć potrzebne Niemcom
zeznania.
Uwagę Niemców zwrócił
mieszkający najbliżej willi „Kozie Góry” w swoim chutorze
chłop Kisielew Parfien Gawriłowicz, urodzony w 1870 r. Kisielewa
wezwano do gestapo jeszcze w końcu 1942 r. i, grożąc represjami,
zażądano, aby złożył fałszywe zeznania, jakoby wiedział, że
na wiosnę roku 1940 bolszewicy rozstrzelali jeńców wojennych –
Polaków na terenie willi urzędu Ludowego Komisariatu Spraw
Wewnętrznych w „Kozich Górach”.
Kisielew w tej sprawie
zeznał:
„Jesienią roku 1942
przyszło do mego domu dwóch policjantów i kazało mi udać się do
gestapo na stację Gniezdowo. Tego samego dnia poszedłem do gestapo,
które mieściło się w jednopiętrowym domu obok stacji kolejowej.
W pokoju, do którego wszedłem, znajdował się niemiecki oficer i
tłumacz. Oficer niemiecki zaczął mnie wypytywać za pośrednictwem
tłumacza, czy dawno zamieszkuję w tym rejonie, czym się zajmuję,
jaki jest mój stan materialny.
Odpowiedziałem mu, że
mieszkam w chutorze w okolicy <<Kozich Gór>> od roku
1907 i pracuję na swoim gospodarstwie. O swym stanie materialnym
powiedziałem, że bywa mi trudno, ponieważ sam jestem sędziwym
starcem, a synowie są na wojnie.
Po krótkiej rozmowie
na ten temat oficer oświadczył mi, że według posiadanych przez
gestapo wiadomości funkcjonariusze Ludowego Komisariatu Spraw
Wewnętrznych rozstrzelali w roku 1940 polskich oficerów w lesie
Katyńskim na odcinku <<Kozich Gór>> i zapytał mnie,
jakie mogę złożyć w tej sprawie zeznania. Odpowiedziałem mu, że
w ogóle nigdy nie słyszałem, żeby Ludowy Komisariat Spraw
Wewnętrznych dokonywał rozstrzeliwań w <<Kozich Górach>>,
zresztą, jak wytłumaczyłem oficerowi, jest to chyba niemożliwe,
ponieważ <<Kozie Góry>> - to miejsce zupełnie otwarte,
ludne i, gdyby tam rozstrzeliwano, to wiedziałaby o tym cała
ludność pobliskich wsi.
Oficer odpowiedział
mi, że mimo to muszę złożyć takie zeznanie, ponieważ jest to
rzekomo fakt. Za to zeznanie obiecano mi wielkie wynagrodzenie.
Oświadczyłem znowu oficerowi, że o rozstrzeliwaniach nic nie wiem
i że nie mogło się to zdarzyć przed wojną w naszej miejscowości.
Mimo to oficer stanowczo domagał się, abym złożył fałszywe
zeznania.
Po pierwszej rozmowie,
o której już zeznałem, wezwano mnie powtórnie do gestapo w lutym
1943 r. W tym czasie wiedziałem już o tym, że do gestapo wzywano
również innych mieszkańców okolicznych wsi i że od nich domagano
się również takich zeznań jak ode mnie.
W gestapo ten sam
oficer i tłumacz, którzy mnie przesłuchiwali za pierwszym razem,
zażądali znowu, abym złożył zeznania, że byłem naocznym
świadkiem rozstrzeliwań oficerów polskich, dokonanych rzekomo
przez Ludowy Komisariat Spraw Wewnętrznych w roku 1940. Oświadczyłem
ponownie oficerowi gestapo, że jest to kłamstwo, ponieważ przed
wojną nic nie słyszałem o żadnych rozstrzeliwaniach i że
fałszywych zeznań składać nie będę. Ale tłumacz nawet mnie nie
wysłuchał. Wziął ze stolika napisany odręcznie dokument i
odczytał go. Było w nim powiedziane, że je, Kisielew, mieszkaniec
chutoru położonego w pobliżu <<Kozich Gór>>,
widziałem na własne oczy, jak w roku 1940 funkcjonariusze Ludowego
Komisariatu Spraw Wewnętrznych rozstrzeliwali oficerów polskich. Po
odczytaniu tego dokumentu tłumacz zaproponował mi, abym to
podpisał. Odmówiłem. Wtedy tłumacz zaczął mnie przymuszać
wymyślaniem i pogróżkami. W końcu oświadczył: <<Albo
natychmiast podpiszecie, albo was zabijemy. Wybierajcie!>>.
Uląkłszy się
pogróżek podpisałem ten dokument, przypuszczając, że na tym
sprawa się zakończy”.
Później,
kiedy Niemcy zorganizowali zwiedzanie grobów katyńskich przez
rozmaite „delegacje”, Kisielewa zmuszono, aby wystąpił przed
przybyłą „polską delegacją”. Kisielew, który zapomniał
treści podpisanego w gestapo protokołu, zaplątał się i w końcu
odmówił wyjaśnień. Wtedy gestapo aresztowało Kisielewa i,
katując go nielitościwie w przeciągu półtora miesiąca, znowu
wymusiło na nim zgodę na „publiczne wystąpienie”.
Kisielew
zeznał o tym:
„W rzeczywistości
wyszło to inaczej. Na wiosnę roku 1943 Niemcy podali do wiadomości,
że wykryli w lesie Katyńskim w okolicy <<Kozich Gór>>
groby oficerów polskich, rzekomo rozstrzelane przez organa Ludowego
Komisariatu Spraw Wewnętrznych w roku 1940.
Wkrótce potem
przyszedł do mnie do domu tłumacz gestapo i zaprowadził mnie do
lasu w rejonie <<Kozich Gór>>. Kiedyśmy wyszli z domu i
zostaliśmy sami, tłumacz uprzedził mnie, że muszę teraz
znajdującym się w lesie ludziom opowiedzieć z największą
dokładnością wszystko, co było napisane w dokumencie, który
podpisałem w gestapo.
Kiedyśmy przyszli do
lasu, ujrzałem rozkopane groby i grupę nieznanych mi ludzi. Tłumacz
powiedział mi, że są to <<polscy delegaci>>, którzy
przyjechali w celu obejrzenia grobów. Kiedyśmy się zbliżyli do
grobów, <<delegaci>> zaczęli mi zadawać po rosyjsku
rozmaite pytania dotyczące rozstrzelania Polaków. Ponieważ jednak
od chwili wezwania mnie do gestapo upłynął przeszło miesiąc,
zapomniałem wszystkiego, co było w podpisanym przeze mnie
dokumencie, i zacząłem plątać się, a w końcu powiedziałem, że
nic o rozstrzelaniu oficerów polskich nie wiem. Niemiecki oficer
bardzo się rozzłościł, a tłumacz brutalnie odciągnął mnie od
<<delegacji>> i przepędził.
Nazajutrz rano do
mojej zagrody podjechał samochód, w którym siedział oficer
gestapo. Znalazłszy mnie na podwórzu oświadczył mi, że jestem
aresztowany, wsadził mnie do samochodu i zawiózł do więzienia
smoleńskiego. Po aresztowaniu wiele razy wzywano mnie na
przesłuchanie, lecz więcej mnie bito niż przesłuchiwano. Za
pierwszym razem wezwali mnie, zbili i zwymyślali, oświadczając, że
ich oszukałem, potem zaprowadzono mnie z powrotem do celi.
Następnym razem
powiedziano mi, że muszę oświadczyć publicznie, iż byłem
naocznym świadkiem rozstrzelania oficerów polskich przez
bolszewików i że póki gestapo nie przekona się, że będę to
wykonywał rzetelnie, nie zwolnią mnie z więzienia. Oświadczyłem
oficerowi, że wolę siedzieć w więzieniu niż kłamać ludziom w
żywe oczy. Potem mocno mnie zbito. Takich przesłuchań, którym
towarzyszyło bicie, było kilka. W rezultacie zupełnie osłabłem,
zacząłem źle słyszeć i nie mogłem poruszać prawą ręką.
Mniej więcej w
miesiąc po moim aresztowaniu oficer niemiecki wezwał mnie i
powiedział: <<Widzicie teraz Kisielew, do czego doprowadził
wasz upór. Postanowiliśmy was uśmiercić. Jutro zawieziemy was do
lasu Katyńskiego i powiesimy>>. Prosiłem oficera, by tego nie
robili, zacząłem go przekonywać, że nie nadaję się do roli
<<naocznego świadka>> rozstrzelania, ponieważ w ogóle
nie potrafię kłamać i dlatego znowu coś poplączę. Oficer jednak
nastawał. Po kilku minutach do gabinetu weszli żołnierze i zaczęli
bić mnie gumowymi pałkami.
Nie wytrzymawszy bicia
i katowania wyraziłem zgodę na wystąpienie publiczne ze zmyślonym
opowiadaniem o rozstrzelaniu Polaków przez bolszewików. Zwolniono
mnie wówczas z więzienia pod warunkiem, że na pierwsze żądanie
Niemców wystąpię przed <<delegacjami>> w lesie
Katyńskim...
Za każdym razem,
zanim prowadzono mnie do lasu do rozkopanych grobów, tłumacz
przychodził do mnie do domu, wywoływał na dwór, odprowadzał na
bok, żeby nikt nie słyszał, i w ciągu pół godziny zmuszał
uczyć się na pamięć wszystkiego, co będę musiał mówić o
rzekomym rozstrzelaniu oficerów polskich w roku 1940 przez Ludowy
Komisariat Spraw Wewnętrznych.
Przypominam sobie, że
tłumacz mówił mi mniej więcej tak: <<Mieszkam w chutorze w
rejonie „Kozich Gór” niedaleko willi Ludowego Komisariatu Spraw
Wewnętrznych. Na wiosnę roku 1940 widziałem, jak zwożono do lasu
Polaków i w nocy tam ich rozstrzeliwano>>. I koniecznie
musiałem dosłownie oświadczyć, że było to <<dokonane
przez Ludowy Komisariat Spraw Wewnętrznych>>.
Gdy nauczyłem się
tego, co mi mówił tłumacz, odprowadzał mnie on do lasu do
rozkopanych grobów i zmuszał powtarzać to wszystko w obecności
przybyłych <<delegacji>>. Opowiadania moje były surowo
kontrolowane i podpowiadali mi je tłumacze gestapo.
Pewnego razu, kiedy
wystąpiłem przed jakąś <<delegacją>>, zadano mi
pytanie: <<Czy widziałem osobiście tych Polaków przed
rozstrzelaniem ich przez bolszewików>>. Nie byłem do takiego
pytania przygotowany i odpowiedziałem, jak to było rzeczywiście,
czyli, że widziałem jeńców wojennych – Polaków przed
rozpoczęciem się wojny, ponieważ pracowali na drogach. Wtedy
tłumacz brutalnie odciągnął mnie na stronę i przepędził do
domu.
Proszę mi wierzyć,
że przez cały czas dręczyło mnie sumienie, ponieważ wiedziałem,
że w rzeczywistości oficerów polskich rozstrzelali Niemcy w roku
1941, ale nie miałem innego wyjścia, bo ustawicznie żyłem pod
grozą ponownego aresztu i katuszy”.
Zeznania
P. Kisielewa o jego wezwaniu do gestapo, o aresztowaniu, jakie potem
nastąpiło i pobiciu potwierdzają zamieszkali wraz z nim: jego żona
Kisielewa Aksinja, urodzona w 1870 r., syn Kisielew Wasyl, urodzony w
1911 r. i synowa Kisielewa Maria, urodzona w 1918 r., jak również
majster drogowy Siergiejew Timofiej Iwanowicz, urodzony w 1901 r.,
który mieszkał u Kisielewa. Obrażenia cielesne zadane Kisielewowi
w gestapo (uszkodzenie ramienia, znaczna utrata słuchu), potwierdza
akt badania lekarskiego.
W
poszukiwaniu „świadków” Niemcy zainteresowali się następnie
pracownikami stacji kolejowej Gniezdowo, która znajduje się w
odległości dwóch i pół kilometra od „Kozich Gór”. Na tę
stację wiosną roku 1940 przybywali jeńcy wojenni – Polacy, toteż
Niemcy chcieli widocznie otrzymać odpowiednie zeznania kolejarzy. W
tym celu wiosną roku 1943 Niemcy wezwali do gestapo byłego
zawiadowcę stacji Gniezdowo – S. Iwanowa, dyżurnego stacji I.
Sawwatiewa i innych.
O
okolicznościach wezwania do gestapo S. Iwanow, urodzony w 1882 roku,
zeznaje:
„... Było to w
marcu 1943 r. Przesłuchiwał mnie oficer niemiecki w obecności
tłumacza. Zapytawszy mnie za pośrednictwem tłumacza, kim jestem i
jakie stanowisko zajmowałem na stacji Gniezdowo przed okupacją
rejonu przez Niemców, oficer zadał mi pytanie, czy wiadomo mi, że
wiosną roku 1940 na stację Gniezdowo przybyli kilkoma pociągami, w
większych grupach, jeńcy wojenni – oficerowie polscy.
Odpowiedziałem, że
wiem o tym. Wtedy oficer zapytał mnie, czy wiadomo mi, że
bolszewicy tejże wiosny 1940 r., wkrótce po przybyciu oficerów
polskich, wszystkich ich rozstrzelali w lesie Katyńskim.
Odpowiedziałem, że
nic o tym nie wiem, i że jest to niemożliwe, ponieważ jeńców
wojennych – oficerów polskich, przybyłych wiosną roku 1940 na
stację Gniezdowo, spotykałem na robotach drogowych w ciągu roku
1940-41, aż do zajęcia Smoleńska przez Niemców.
Wtedy oficer
oświadczył mi, że skoro niemiecki oficer twierdzi, że Polacy
zostali rozstrzelani przez bolszewików, to znaczy, że tak było w
rzeczywistości. <<Dlatego – ciągnął dalej oficer – nie
macie się czego obawiać i możecie ze spokojnym sumieniem podpisać
protokół, iż jeńcy wojenni – oficerowie polscy zostali
rozstrzelani przez bolszewików i że wy byliście naocznym tego
świadkiem>>.
Odpowiedziałem mu, że
jestem starcem, mam już 61 lat i nie chcę na starość brać
grzechu na swe sumienie. Mogę jedynie zeznać, że jeńcy wojenni –
Polacy rzeczywiście przybyli na stację Gniezdowo wiosną 1940 r.
Wtedy niemiecki oficer zaczął mnie namawiać, abym złożył
wymagane zeznania, obiecując w razie zgody przenieść mnie ze
stanowiska stróża na rozjeździe na stanowisko zawiadowcy stacji
Gniezdowo, które zajmowałem za władzy radzieckiej oraz
zabezpieczyć mnie pod względem materialnym.
Tłumacz podkreślił,
że zeznania moje, jako byłego pracownika kolejowego stacji
Gniezdowo, położonej najbliżej lasu Katyńskiego, są nadzwyczaj
ważne dla dowództwa niemieckiego i że nie będę żałował,
jeżeli złożę takie zeznania. Zrozumiałem, że znalazłem się w
wyjątkowo trudnej sytuacji i że oczekuje mnie smutny los, ale mimo
to ponownie odmówiłem złożenia oficerowi niemieckiemu fałszywych
zeznań.
Potem oficer zaczął
na mnie krzyczeć, grozić skatowaniem i rozstrzelaniem,
oświadczając, że nie rozumiem własnej korzyści. Jednakże
stanowczo obstawałem przy swoim. Wtedy tłumacz sporządził krótki
protokół po niemiecku na jednej stronie i opowiedział mi swoimi
słowami jego treść. Protokół ten stwierdzał, jak mi streścił
tłumacz, jedynie fakt przybycia jeńców wojennych – Polaków na
stację Gniezdowo. Kiedy zacząłem prosić, aby moje zeznania
spisane zostały nie tylko po niemiecku, lecz również po rosyjsku,
oficer wściekł się, zbił mnie pałką gumową i wyrzucił z
pokoju...”
I.
Sawwatiejew, urodzony w 1880 r. zeznał:
„...
Zeznałem w gestapo, iż rzeczywiście wiosną roku 1940 na stację
Gniezdowo przybywali jeńcy wojenni – Polacy w kilku transportach i
odjeżdżali samochodami dalej, ale dokąd – nie wiem. Dodałem
również, że później na szosie Moskwa-Mińsk spotykałem
niejednokrotnie tych Polaków, pracujących w niewielkich grupach
przy remoncie szosy.
Oficer oświadczył
mi, że ja mylę fakty, że nie mogłem spotykać Polaków na szosie,
ponieważ rozstrzelali ich bolszewicy, i zażądał, abym właśnie
tak zeznał. Odmówiłem. Po dłuższych pogróżkach i namowach
oficer naradził się o czymś po niemiecku z tłumaczem i tłumacz
napisał wówczas krótki protokół i dał mi go do podpisania,
wyjaśniając, że protokół streszcza moje zeznania. Prosiłem
tłumacza, aby mi dano możność samemu przeczytać protokół, lecz
ten przerwał mi, obrzucając mnie wymysłami i kazał mi go
niezwłocznie podpisać i wynosić się. Chwilę zwlekałem, a wtedy
tłumacz chwycił wiszącą na ścianie pałkę gumową i zamierzył
się na mnie. Wówczas podpisałem podsunięty mi protokół. Tłumacz
powiedział, żebym się wynosił do domu i nikomu nic nie opowiadał,
w przeciwnym razie zostanę rozstrzelany...”
Poszukiwania
„świadków” nie ograniczyły się do wymienionych osób. Niemcy
usiłowali znaleźć byłych pracowników Ludowego Komisariatu Spraw
Wewnętrznych i zmusić ich do złożenia potrzebnych im fałszywych
zeznań. Aresztowano przypadkowo byłego robotnika garażu urzędu
Ludowego Komisariatu Spraw Wewnętrznych obwodu smoleńskiego E.
Ignatiuka. Niemcy groźbami i katowaniem uporczywie usiłowali
wymusić na nim złożenie zeznań, jakoby był on nie robotnikiem
garażu, lecz szoferem i woził osobiście jeńców wojennych –
Polaków na rozstrzelanie.
W
sprawie tej E. Ignatiuk, urodzony w 1903 r., zeznał:
„Kiedy pierwszy raz
byłem na przesłuchaniu u komendanta policji Alferczika, ten,
oskarżając mnie o prowadzenie agitacji przeciwko władzom
niemieckim, zapytał, w jakim charakterze pracowałem w urzędzie
Ludowego Komisariatu Spraw Wewnętrznych. Odpowiedziałem mu, że
pracowałem w garażu urzędu Ludowego Komisariatu Spraw Wewnętrznych
obwodu smoleńskiego jako robotnik. Alferczik podczas tego
przesłuchania chciał wymusić ode mnie zeznanie, że pracowałem w
urzędzie Ludowego Komisariatu Spraw Wewnętrznych nie jako robotnik
garażu, lecz jako szofer.
Nie otrzymawszy ode
mnie potrzebnych zeznań Alferczik bardzo się zirytował i wespół
ze swoim adiutantem, którego nazywał Georges, zawiązali mi głowę
i usta jakąś szmatą, zdjęli ze mnie spodnie, położyli na stole
i zaczęli bić gumowymi pałkami.
Później znowu
wezwano mnie na przesłuchanie i Alferczik zażądał ode mnie, abym
złożył fałszywe zeznania, że oficerów polskich w lesie
Katyńskim rozstrzelały organa Ludowego Komisariatu Spraw
Wewnętrznych w 1940 r., o czym mi rzekomo wiadomo jako szoferowi,
który uczestniczył w przewożeniu oficerów polskich do lasu
Katyńskiego i był obecny podczas ich rozstrzelania. W razie mojej
zgody na złożenie takich zeznań Alferczik obiecał zwolnić mnie z
więzienia i urządzić na posadzie w policji, gdzie zapewnią mi
dobre warunki życia. W przeciwnym razie zostanę rozstrzelany...
Ostatni raz
przesłuchiwał mnie na policji sędzia śledczy Aleksandrow, który
żądał ode mnie takich samych fałszywych zeznań o rozstrzelaniu
oficerów polskich, jak i Alferczik, ale również na tym
przesłuchaniu odmówiłem złożenia fałszywych zeznań.
Po tym badaniu znowu
mnie zbito i odesłano do gestapo...
… W gestapo żądano
ode mnie, podobnie jak w policji, fałszywych zeznań o rozstrzelaniu
przez władze radzieckie oficerów polskich w lesie Katyńskim w roku
1940, o czym mi rzekomo wiadomo jako szoferowi”.
W
wydanej przez niemieckie Ministerstwo Spraw Zagranicznych książce,
w której zamieszczono sfabrykowane przez Niemców materiały w
„sprawie katyńskiej”, oprócz wyżej wymienionego P. Kisielewa
wymienieni są w charakterze „świadków” Godezow (onże
Godunow), urodzony w 1877 r., Silwerstow Grzegorz, urodzony w 1891
r., Andrejew Iwan, urodzony w 1917 roku, Żygulew Michał, urodzony w
1915 r., Krywoziercew Iwan, urodzony w 1915 r. i Zacharow Matwiej,
urodzony w 1893 r.
Przeprowadzone
dochodzenie ustaliło, że pierwsi dwaj spośród wymienionych
(Godezow i Silwerstow) zmarli w roku 2943 przed wyzwoleniem obwodu
Smoleńskiego przez Armię Czerwoną; następni trzej (Andrejew,
Żygulew i Krywoziercew) ewakuowali się z Niemcami a może zostali
przez nich uprowadzeni przemocą, ostatni zaś – Zacharow Matwiej –
były spinacz na stacji Smoleńsk, który pracował przy Niemcach
jako sołtys we wsi Nowe Batioki, został odnaleziony i przesłuchany
przez Komisję Specjalną.
Zacharow
opowiedział, w jaki sposób Niemcy wydobyli od niego potrzebne im
fałszywe zeznania w „sprawie katyńskiej”.
„Na początku marca
1943 r. - zeznał Zacharow – przyszedł do mego mieszkania
funkcjonariusz gniezdowskiego gestapo – nazwiska jego nie znam –
i powiedział mi, że wzywa mnie oficer. Kiedy przyszedłem do
gestapo, oficer niemiecki za pośrednictwem tłumacza oświadczył
mi: <<Wiadomo nam, żeście pracowali jako spinacz na stacji
Smoleńsk Centralny, musicie więc zeznać, że w roku 1940 przez
Smoleńsk przejeżdżały wagony z jeńcami wojennymi – Polakami na
stację Gniezdowo, po czym Polacy zostali rozstrzelani w lesie w
pobliżu <<Kozich Gór>>.
W odpowiedzi na to
oświadczyłem, że wagony z Polakami rzeczywiście przejeżdżały w
1940 roku przez Smoleńsk w kierunku zachodnim, ale jaka była stacja
docelowa, tego nie wiem...
Oficer powiedział mi,
że jeżeli ja nie zechcę składać zeznań po dobremu, to zmusi on
mnie do tego przemocą. Po tych słowach wziął gumową pałkę i
zaczął mnie bić. Następnie położono mnie na ławce i oficer
wraz z tłumaczem bili mnie. Ile mi zadano uderzeń – nie pamiętam,
ponieważ wkrótce straciłem przytomność.
Kiedy odzyskałem
przytomność, oficer zażądał ode mnie podpisania protokołu
przesłuchania i ja stchórzywszy, pod wpływem bicia i pod groźbą
rozstrzelania, złożyłem fałszywe zeznania i podpisałem protokół.
Po podpisaniu protokołu zwolniono mnie z gestapo...
W kilka dni po
wezwaniu mnie do gestapo, mniej więcej w połowie marca 1943 r.
przyszedł do mego mieszkania tłumacz i powiedział, że muszę
pójść do niemieckiego generała i potwierdzić swoje zeznania.
Kiedyśmy przyszli do
generała, ten zapytał mnie, czy potwierdzam swoje zeznania.
Powiedziałem, że potwierdzam, albowiem jeszcze po drodze uprzedził
mnie tłumacz, że jeżeli odmówię potwierdzenia zeznań, spotka
mnie coś znacznie gorszego niż to, co było w gestapo za pierwszym
razem. Bojąc się powtórzenia tortur, odpowiedziałem, że
potwierdzam swoje zeznania. Następnie tłumacz kazał mi podnieść
prawą rękę do góry i oświadczył mi, że złożyłem przysięgę
i mogę pójść do domu”.
Zostało
stwierdzone, że Niemcy, stosując namowy, pogróżki i tortury,
usiłowali wydobyć potrzebne im zeznania również od innych osób,
m.in. od byłego zastępcy naczelnika więzienia smoleńskiego – N.
Kawerzniewa, byłego funkcjonariusza tego więzienia W. Kowalewa i
innych. Ponieważ poszukiwania potrzebnej liczby świadków nie
zostały uwieńczone powodzeniem. Niemcy rozkleili w Smoleńsku i
okolicznych wsiach następującą odezwę, której oryginał znajduje
się w materiałach Komisji Specjalnej:
„Wezwanie do ludności
Kto może dostarczyć
danych o masowym wymordowaniu przez bolszewików w roku 1940 jeńców
– oficerów polskich i księży w lesie <<Kozie Góry>>
w pobliżu szosy Gniezdowo-Katyń?
Kto widział transporty
samochodowe z Gniezdowa do <<Kozich Gór>> lub kto
widział lub słyszał rozstrzeliwania? Kto zna mieszkańców, którzy
mogą o tym powiedzieć?
Wszelka informacja
zostanie wynagrodzona.
Informacje kierować –
Smoleńsk, policja niemiecka, ulica Muziejnaja 6, Gniezdowo, policja
niemiecka, dom nr 105 przy dworcu.
Voss
leutnant policji
polowej”
3 maja 1943 roku.
Takie
samo ogłoszenie zamieszczone zostało w wydawanej przez Niemców w
Smoleńsku gazecie Nowyj Put', nr 35 (157) z dnia 6 maja 1943 r.
O
tym, że Niemcy obiecywali nagrodę za złożenie potrzebnych im
zeznań w „sprawie katyńskiej”, opowiedzieli przesłuchani przez
Komisję Specjalną świadkowie – mieszkańcy Smoleńska: O.
Sokołowa, E. Puszczina, I. Byczkow, G. Bondarew, E. Ustinow i wielu
innych.
Obróbka grobów katyńskich
Obok
poszukiwań „świadków” Niemcy przystąpili do odpowiedniego
przygotowania grobów w lesie Katyńskim: do usunięcia z odzieży
zamordowanych przez nich jeńców wojennych – Polaków wszelkich
dokumentów oznaczonych datą późniejszą niż kwiecień 1940 r.,
tzn. po terminie, w którym zgodnie z niemiecką prowokacyjną wersją
Polacy zostali rozstrzelani przez bolszewików; do usunięcia
wszelkich dowodów rzeczowych, które mogłyby tę prowokacyjną
wersję obalić.
Dochodzenie,
przeprowadzone przez Komisję Specjalną, wykazało, że w tym celu
Niemcy posługiwali się jeńcami – Rosjanami w liczbie do 500
osób, specjalnie dobranymi z obozu jeńców wojennych nr 126.
Komisja Specjalna rozporządza licznymi zeznaniami świadków w tej
sprawie. Na szczególną uwagę spośród tych zeznań zasługują
zeznania personelu lekarskiego wymienionego obozu.
Lekarz
A. Czyżow, który pracował w obozie nr 126 w okresie niemieckiej
okupacji Smoleńska, zeznał:
„...
Mniej więcej na początku marca 1943 r. ze smoleńskiego obozu
jeńców wojennych nr 126, spośród jeńców silniejszych pod
względem fizycznym, wyznaczono kilka grup w liczbie ogólnej około
500 ludzi: miano ich jakoby posłać do rycia okopów. Z jeńców
tych nikt już do obozu nie wrócił”.
Lekarz
W. Chmyrow, który pracował podczas okupacji niemieckiej w tym samym
obozie, zeznał:
„Wiadomo
mi, że mniej więcej w drugiej połowie lutego albo na początku
marca 1943 r. wysłano z naszego obozu w niewiadomym mi kierunku
około 500 jeńców – czerwonoarmistów. Jeńców tych wysłano
jakoby do rycia okopów, toteż dobierano ludzi faktycznie silnych”.
Identyczne
zeznania złożyli: pielęgniarka O. Leńkowska, pielęgniarka A.
Timofiejewa, świadkowie P. Orłowa, E. Dobrosierdowa i W. Koczetkow.
Dokąd
w rzeczywistości skierowano 500 radzieckich jeńców wojennych z
obozu nr 126 – wynika z zeznań świadka A. Moskowskiej. Obywatelka
Moskowska Aleksandra Michajłowna, która mieszkała na przedmieściu
Smoleńska i w okresie okupacji pracowała w kuchni jednego z
niemieckich oddziałów wojskowych, złożyła 5 października 1943
r. podanie do Nadzwyczajnej Komisji do zbadania zbrodni okupantów
niemieckich, w którym to podaniu prosiła o przesłuchanie, gdyż ma
do złożenia ważne zeznania.
Wezwana
przez Komisję Specjalną opowiedziała, że w kwietniu 1943 r. przed
pójściem do pracy weszła po drzewo do swojej szopy, znajdującej
się na podwórzu nad brzegiem Dniepru i zastała w tej szopie
nieznajomego człowieka, który okazał się rosyjskim jeńcem
wojennym.
A.
Moskowska, urodzona w r. 1922, zeznała:
„...
Z rozmowy z nim dowiedziałam się rzeczy następujących: Nazywa się
Jegorow, na imię – Mikołaj, leningradczyk. Od końca roku 1941
trzymany był przez cały czas w niemieckim obozie jeńców wojennych
nr 126 w Smoleńsku. Na początku marca 1943 r. został on z partią
jeńców wojennych, liczącą kilkaset osób, wysłany z obozu do
lasu Katyńskiego. Tam kazano im, w tej liczbie również Jegorowowi,
rozkopywać groby, w których znajdowały się trupy w mundurach
polskich oficerów, wyciągać te trupy z dołów i wyjmować z ich
kieszeni dokumenty, listy, fotografie i wszystkie inne rzeczy. Niemcy
wydali surowy rozkaz, aby w kieszeniach trupów nic nie zostawiano.
Dwóch jeńców rozstrzelano za to, że po zrewidowaniu przez nich
trupów oficer niemiecki znalazł przy tych trupach jakieś papiery.
Rzeczy, dokumenty i
listy, wyjmowane z odzieży, która była na trupach, przeglądali
oficerowie niemieccy. Po tym oficerowie kazali jeńcom część
papierów wkładać z powrotem do kieszeni trupów, pozostałe zaś
rzucali na stos wyjętych w ten sposób rzeczy i dokumentów, które
potem palono. Prócz tego Niemcy kazali wkładać do kieszeni trupów
oficerów polskich jakieś papiery, które wyciągali z
przywiezionych ze sobą skrzynek czy waliz (dokładnie nie pamiętam).
Wszyscy jeńcy wojenni
przebywali na terenie lasu Katyńskiego w strasznych warunkach, pod
gołym niebem i byli czujnie strzeżeni...
Na początku kwietnia
1943 r. wszystkie roboty, przewidziane przez Niemców, zostały, jak
widać, zakończone, przez 3 dni bowiem nikogo z jeńców nie
zmuszano do pracy...
Nagle wśród nocy
wszystkich ich bez wyjątku zbudzono i dokądś poprowadzono. Straż
wzmocniono. Jegorowowi wydało się to podejrzane, zaczął więc ze
szczególną uwagą obserwować wszystko, co się dzieje. Szli przez
3-4 godziny w niewiadomym kierunku. Zatrzymali się w lesie na
jakiejś polanie przed dołem. Ujrzał, jak grupę jeńców odłączono
od ogólnej masy, popędzono w kierunku dołu, a następnie zaczęto
rozstrzeliwać.
Wywołało to wśród
jeńców wzburzenie. Wszczął się wśród nich hałas, tłum
zafalował. Opodal Jegorowa kilku jeńców rzuciło się na straż,
inni strażnicy pobiegli w tym kierunku. Jegorow skorzystał z tego
momentu zamieszania i rzucił się do ucieczki w mrok lasu. Z tyłu
słyszał krzyki i strzały.
Gdy usłyszałam to
straszne opowiadanie – wryło mi się ono w pamięć na całe życie
– zrobiło mi się żal Jegorowa, poprosiłam go, żeby wszedł do
mnie do pokoju, ogrzał się i ukrywał się u mnie, póki nie
nabierze sił. Ale Jegorow nie zgodził się... Powiedział, że bez
względu na wszystko pójdzie tej nocy dalej i postara się
przedostać przez linię frontu do oddziałów Armii Czerwonej.
W ten wieczór jednak
Jegorow nie poszedł. Nazajutrz rano, kiedy poszłam sprawdzić,
zastałam go w szopie. Jak się okazało, usiłował pójść w nocy,
ale zaledwie przeszedł 50 kroków, poczuł taką słabość, że
musiał wrócić. Widać był to skutek wycieńczenia, spowodowanego
długotrwałym pobytem w obozie i głodu ostatnich dni.
Zdecydowaliśmy, że pobędzie on u mnie jeszcze jeden dzień-dwa,
żeby nabrać sił. Nakarmiłam Jegorowa i poszłam do pracy.
Kiedy wieczorem
wróciłam do domu, sąsiadki moje – Baranowa Maria Iwanowna i
Kabanowska Katarzyna Wiktorowna powiadomiły mnie, że w ciągu dnia
podczas obławy policjanci niemieccy znaleźli w mojej szopie jeńca
– czerwonoarmistę, którego zabrali ze sobą”.
W
związku z wykryciem w szopie Moskowskiej jeńca wojennego Jegorowa
wezwano Moskowską do gestapo, gdzie ją oskarżono o ukrywanie jeńca
wojennego. Moskowska przesłuchiwana w gestapo, zaprzeczyła
stanowczo, jakoby miała z tym jeńcem jakikolwiek związek,
twierdząc, że o tym, iż przebywał on w szopie do niej należącej,
nic nie wiedziała. Gestapo nic z Moskowskiej nie wydobyło, a że i
jeniec Jegorow, jak widać jej nie zdradził, zwolniono ją.
Tenże
Jegorow opowiedział Moskowskiej, że część jeńców wojennych,
którzy pracowali w lesie Katyńskim, poza wykopywaniem zwłok
zajmowała się również zwożeniem do lasu Katyńskiego trupów z
innych miejsc. Przywiezione trupy wrzucano do dołów razem z
wykopanymi uprzednio trupami.
Fakt
zwózki do mogił katyńskich wielkiej ilości zwłok osób,
rozstrzelanych przez Niemców w innych miejscowościach, potwierdzają
również zeznania inżyniera-mechanika P. Suchaczewa.
P.
Suchaczew, urodzony w r. 1912, inżynier-mechanik organizacji
„Rosgławchleb”, który pod okupacją niemiecką pracował jako
maszynista w smoleńskim młynie miejskim, złożył 8 października
1943 r. podanie, w którym prosi o przesłuchanie go.
Wezwany
przed Komisję Specjalną, zeznał:
„...
Pewnego razu w drugiej połowie marca 1943 r. nawiązałem w młynie
rozmowę z szoferem niemieckim, który trochę władał językiem
rosyjskim. Gdym się dowiedział, że wiezie on do wsi Sawienko mąkę
dla oddziału wojskowego i nazajutrz wraca do Smoleńska, poprosiłem
go, by zabrał mnie z sobą, chciałem bowiem kupić na wsi tłuszczu.
Miałem przy tym na względzie, że jadąc samochodem niemieckim nie
będę narażony na to, iż zatrzyma mnie posterunek. Niemiecki
szofer zgodził się na to za opłatą. Tegoż dnia wyjechaliśmy
między dziewiątą a dziesiątą wieczór na szosę
Smoleńsk-Witebsk. Było nas w samochodzie dwóch – ja i
Niemiec-szofer. Noc była widna i księżycowa, jednakże mgła, jaka
się słała wzdłuż drogi, zmniejszyła nieco widzialność. Na
jakimś 22-23 kilometrze od Smoleńska obok zburzonego mostku na
szosie zrobiono objazd o dość stromym spadku. Zjeżdżaliśmy już
z szosy objazdem, gdy nagle naprzeciw nas wynurzył się z mgły
samochód ciężarowy. Czy to dlatego, że hamulce naszego wozu nie
działały sprawnie, czy też może szofer nie miał wprawy, nie
zdołaliśmy zahamować naszej ciężarówki, a że objazd był dość
wąski, zderzyliśmy się z jadącym naprzeciw nas samochodem.
Zderzenie nie było silne, ponieważ szofer jadącego naprzeciw
samochodu zdążył skierować samochód w bok, wobec czego samochody
zderzyły się tylko bokami. Jednakże jadący naprzeciw samochód
wpadł prawym kołem do rowu, zwalił się jednym bokiem na skarpę.
Nasz samochód stał na kołach. Ja i szofer wyskoczyliśmy
natychmiast z kabiny i podeszliśmy do wywróconej ciężarówki.
Uderzył mnie silny odór trupi, unoszący się, jak widać, z
samochodu. Gdy podeszliśmy bliżej, ujrzałem, że ciężarówka
wiozła ładunek, pokryty z wierzchu brezentem, przewiązanym
sznurami. Od uderzenia sznury pękły i część ładunku wywaliła
się na skarpę. Był to straszny ładunek. Były to trupy ludzi,
odzianych w mundury wojskowe.
Koło samochodu
znajdowało się – o ile pamiętam – jakich 6-7 ludzi, w tym
jeden szofer Niemiec, dwóch Niemców uzbrojonych w automaty,
pozostali zaś byli to jeńcy rosyjscy, mówili bowiem po rosyjsku i
byli odpowiednio ubrani.
Niemcy rzucili się z
wyzwiskami na mojego szofera, potem usiłowali postawić samochód na
kołach. Po dwóch minutach do miejsca wypadku podjechały jeszcze
dwie ciężarówki i zatrzymały się. Z samochodów tych wysiadła
grupa Niemców i jeńców rosyjskich, ogółem jakieś 10 osób.
Podeszli do nas i wspólnymi siłami zaczęliśmy podnosić samochód.
Korzystając ze sposobności, spytałem po cichu jednego z jeńców
rosyjskich <<Co to ma być?>>. Ten odpowiedział mi
również cicho: <<Ileż to już nocy z rzędu wozimy trupy do
lasu Katyńskiego>>.
Przewróconej
ciężarówki jeszcze nie podniesiono, kiedy do mnie i do mego
szofera podszedł podoficer niemiecki i rozkazał nam natychmiast
jechać dalej. Ponieważ samochód nasz żadnych poważnych uszkodzeń
nie doznał, szofer skierował go nieco w bok, wyprowadził na szosę
i pojechaliśmy dalej. Kiedy mijaliśmy dwa kryte brezentem
samochody, które nadjechały później, tak samo poczułem okropny
trupi odór”.
Zeznania
Suchaczewa znajdują potwierdzenie w zeznaniach Jegorowa Włodzimierza
Afanasjewicza, który w czasie okupacji był policjantem. Jegorow
zeznał, że mając z tytułu służby powierzony sobie posterunek na
moście na skrzyżowaniu szos Moskwa-Mińsk i Smoleńsk-Witebsk,
kilkakrotnie widział w nocy w końcu marca i w pierwszych dniach
kwietnia 1943 roku wielkie samochody ciężarowe, kryte brezentem,
przejeżdżające w kierunku na Smoleńsk. Z samochodów tych unosił
się silny trupi odór. W kabinach samochodów i z tyłu na brezencie
siedziało po kilku ludzi, niektórzy z nich mieli broń i byli
niewątpliwie Niemcami.
O
swoich spostrzeżeniach Jegorow zameldował komendantowi urzędu
policyjnego we wsi Archipowka, Gołowniewowi Kuźmie Demianowiczowi,
który poradził mu „trzymać język za zębami” i dodał: „To
nie nasza sprawa, nie mieszajmy się lepiej do niemieckich spraw”.
O
tym, że Niemcy przewozili zwłoki samochodami ciężarowymi do lasu
Katyńskiego, zeznał również Jakowlew-Sokołow Fłor Maksymowicz,
urodzony w r. 1896, były agent wydziału zaopatrzenia smoleńskiego
trustu zakładów zbiorowego żywienia, za rządów niemieckich zaś
– komendant katyńskiego posterunku policyjnego.
Zeznał
on, że pewnego razu na początku kwietnia 1943 roku widział na
własne oczy, jak z szosy skręciły do lasu Katyńskiego 4
ciężarówki kryte brezentem, w których siedziało kilku ludzi
uzbrojonych w automaty i karabiny. Z ciężarówek unosił się ostry
trupi odór.
Z
przytoczonych zeznań świadków można wnioskować w sposób nie
nasuwający żadnych wątpliwości, że Niemcy rozstrzeliwali Polaków
i w innych miejscowościach. Zwożąc ich trupy do lasu Katyńskiego,
mieli oni na względzie potrójny cel: po pierwsze, zatrzeć ślady
własnych zbrodni; po drugie, zwalić swoje zbrodnie na władze
radzieckie; po trzecie – zwiększyć liczbę „bolszewickich
ofiar” w grobach lasu Katyńskiego.
„Wycieczki” na groby katyńskie
W
kwietniu 1943 roku okupanci niemieccy, ukończywszy wszystkie prace
przygotowawcze przy grobach w lesie Katyńskim, przystąpili do
szeroko zakrojonej agitacji prasowej i radiowej, usiłując przypisać
władzy radzieckiej bestialskie zbrodnie, które sami popełnili
wobec jeńców wojennych – Polaków. Jedną z metod tej
prowokacyjnej agitacji było organizowane przez Niemców zwiedzanie
grobów katyńskich przez mieszkańców Smoleńska i jego okolic oraz
przez „delegacje” z krajów okupowanych przez zaborców
niemieckich lub znajdujących się w lennej od nich zależności.
Komisja
Specjalna przesłuchała szereg świadków, którzy brali udział w
„wycieczkach” na groby katyńskie. Świadek K. Zubkow, lekarz –
anatomo-patolog, który pracował w Smoleńsku jako biegły
sądowo-lekarski, zeznał w Komisji Specjalnej:
„...
Odzież trupów, zwłaszcza płaszcze, buty i pasy zachowały się w
dobrym stanie. Części metalowe odzieży – klamry pasów, guziki,
haftki, podkucia butów itp. były pokryte niezbyt wyrazistym nalotem
rdzy, w pewnych wypadkach zaś zachowały miejscami połysk metalu.
Dostępne dla oględzin tkanki ciała trupów – twarzy, szyi, rąk,
miały przeważnie brudno-zielonkawy odcień, w poszczególnych
wypadkach zaś – brudno-brunatny, zupełnego jednak rozkładu
tkanki, gnicia nie było. W poszczególnych wypadkach widoczne były
obnażone ścięgna białawej barwy i części mięśni. Podczas
mojej obecności przy rozkopywaniu grobów na dnie wielkiego dołu
pracowali ludzie, którzy porządkowali i wydobywali zwłoki.
Posługiwali się przy tym łopatami i innymi narzędziami, brali
również zwłoki rękami, wlekli je za ręce, za nogi i odzież z
miejsca na miejsce. W ani jednym wypadku nie zauważyłem, aby zwłoki
rozpadały się, lub żeby odrywały się od nich poszczególne
członki.
Uwzględniając
wszystko to, co wyżej powiedziałem, doszedłem do wniosku, że
zwłoki leżały w ziemi nie trzy lata, jak twierdzili Niemcy, lecz
znacznie krócej. Mając na uwadze, że w grobach zbiorowych gnicie
trupów następuje szybciej niż w pojedynczych, a tym bardziej bez
trumien, doszedłem do wniosku, że masowego rozstrzelania Polaków
dokonano około półtora roku temu i że mogło ono nastąpić
jesienią roku 1941 albo wiosną 1942. Będąc obecnym przy
rozkopywaniu mogił, przekonałem się niezbicie, że popełniona
potworna zbrodnia jest dziełem rąk niemieckich”.
Zeznania
stwierdzające, że odzież trupów, jej części metalowe, obuwie
jak również same zwłoki zachowały się w dobrym stanie, złożyli
liczni świadkowie przesłuchani przez Komisję Specjalną, którzy
brali udział w „wycieczkach” na groby katyńskie, m. in.:
kierownik smoleńskiej sieci wodociągowej I. Kucew, nauczycielka
szkoły katyńskiej E. Wietrowa, telefonistka smoleńskiego oddziału
łączności N. Szczedrowa, mieszkaniec wsi Borok M. Aleksiejew,
mieszkaniec wsi Nowe Batioki N. Kriwoziercew, dyżurny stacji
Gniezdowo I. Sawwatiejew, mieszkanka Smoleńska E. Puszczina, lekarz
2. szpitala smoleńskiego T. Sidoruk, lekarz tegoż szpitala P.
Kiesarew i inni.
Usiłowania Niemców zmierzające do zatarcia
śladów ich zbrodni
Organizowane
przez Niemców „wycieczki” nie osiągały zamierzonego celu. Kto
był na grobach, dochodził do przekonania, że ma przed sobą
ordynarną, jawną prowokację faszystów niemieckich. Dlatego też
władze niemieckie przedsiębrały środki, żeby zmusić do
milczenia ludzi powątpiewających.
Komisja
Specjalna rozporządza zeznaniami całego szeregu świadków, którzy
opowiadali o tym, jak prześladowały władze niemieckie tych, którzy
powątpiewali albo nie wierzyli w prowokację. Zwalniano ich z pracy,
aresztowano, grożono rozstrzelaniem. Komisja ustaliła dwa wypadki
rozstrzelania ludzi, którzy nie umieli „trzymać języka za
zębami”. Tak rozprawiono się z byłym policjantem niemieckim
Zagajnowem i z A. Jegorowem,
który pracował przy rozkopywaniu grobów w lesie Katyńskim.
Zeznania
o prześladowaniu przez Niemców ludzi, którzy wypowiadali swe
wątpliwości po zwiedzeniu grobów w lesie Katyńskim złożyli:
sprzątaczka apteki nr 1 w Smoleńsku M. Zubariewa, pomocnica lekarza
sanitarnego rejonowego wydziału zdrowia dzielnicy Stalinowskiej
Smoleńska W. kozłowa i inni.
Były
komendant katyńskiego rewiru policyjnego F. Jakowlew-Sokołow
zeznał:
„Wytworzyła
się sytuacja wywołująca w niemieckiej komendanturze poważne
zaniepokojenie. Aparatowi policyjnemu w terenie wydano niezwłocznie
instrukcje, nakazujące przeciąć za wszelką cenę wszelkie
szkodliwe rozmowy i aresztować wszystkie osoby, wypowiadające się
z niedowierzaniem o <<sprawie katyńskiej>>.
Mnie osobiście, jako
komendantowi rewiru policyjnego, instrukcje takie dali: w końcu mają
roku 1943 niemiecki komendant wsi Katyń, oberleutnant Braung, i na
początku czerwca – komendant smoleńskiej policji rejonowej
Kamieniecki.
Zwołałem zebranie
instrukcyjne policjantów mego rewiru, na którym poleciłem
zatrzymywać i odprowadzać na policję każdego, wykazującego brak
zaufania i powątpiewającego o prawdopodobieństwie komunikatów
niemieckich w prawie rozstrzelania przez bolszewików jeńców
wojennych – Polaków.
Wykonując te
instrukcje władz niemieckich, postępowałem obłudnie, sam bowiem
byłem przekonany, że <<sprawa katyńska>> jest
prowokacją niemiecką. Całkowicie się co do tego upewniłem, kiedy
sam byłem z <<wycieczką>> w lesie Katyńskim”.
Widząc,
że „wycieczki” ludności miejscowej na groby katyńskie nie
prowadzą do celu, niemieckie władze okupacyjne zarządziły latem
roku 1943 zasypanie tych mogił.
Przed
wycofaniem się ze Smoleńska niemieckie władze okupacyjne zaczęły
w pośpiechu zacierać ślady swych zbrodni. Willa, którą zajmował
„Sztab 537 batalionu roboczego”, została doszczętnie spalona.
Trzech dziewcząt – Aleksiejewej, Michajłowej i Konachowskiej
Niemcy poszukiwali we wsi Borok, żeby je uprowadzić z sobą a może
zamordować. Poszukiwali również Niemcy swego głównego „świadka”
P. Kisielewa, ale ten zdążył ukryć się wraz z rodziną. Niemcy
spalili jego dom.
Niemcy
starali się również schwytać innych „świadków” - byłego
zawiadowcę stacji Gniezdowo S. Iwanowa i b. dyżurnego tej stacji I.
Sawwatiejewa, jak również b. spinacza stacji Smoleńsk M.
Zacharowa.
Tuż
przed wycofaniem się ze Smoleńska faszystowscy okupanci niemieccy
poszukiwali profesorów Bazylewskiego i Jefimowa. Obydwu im udało
się uniknąć wywiezienia lub śmierci jedynie dlatego, że się
zawczasu ukryli.
Jednakże
nie udało się faszystowskim najeźdźcom niemieckim zatrzeć śladów
i ukryć swych zbrodni. Dokonana ekspertyza sądowo-lekarska
ekshumowanych zwłok dowodzi niezbicie, że rozstrzelania jeńców
wojennych-Polaków dokonali sami Niemcy. Poniżej przytoczony jest
akt ekspertyzy sądowo-lekarskiej.
Akt ekspertyzy sądowo-lekarskiej
Z
polecenia Komisji Specjalnej do ustalenia i zbadania okoliczności
rozstrzelania przez niemieckich najeźdźców faszystowskich w lesie
Katyńskim (w pobliżu m. Smoleńska) jeńców wojennych – oficerów
polskich, komisja biegłych sądowo-lekarskich w składzie:
- Naczelny
ekspert sądowo-lekarski Ludowego Komisariatu Zdrowia ZSRR, dyrektor
Państwowego Instytutu Naukowo-Badawczego Medycyny Sądowej Ludowego
Komisariatu Zdrowia ZSRR – W.
Prozorowski;
- Profesor
medycyny sądowej 2. Moskiewskiego Państwowego Instytutu Medycznego,
doktor medycyny – W. Smolianinow;
- Profesor
anatomii patologicznej, doktor medycyny – D. Wyropajew;
- Starszy
pracownik naukowy Wydziału Tanatologicznego Państwowego Instytutu
Naukowo- Badawczego Medycyny Sądowej Ludowego Komisariatu Zdrowia
ZSRR, doktor P. Siemienowski;
- Starszy
pracownik naukowy Wydziału Sądowo-Chemicznego Państwowego
Instytutu Naukowo- Badawczego Medycyny Sądowej Ludowego Komisariatu
Zdrowia ZSRR, docent M. Szwajkowa;
z
udziałem:
- Naczelnego
eksperta sądowo-lekarskiego Frontu Zachodniego, majora służby
sanitarnej, Nikolskiego;
- Eksperta
sądowo-lekarskiego N... armii, kapitana służby sanitarnej,
Budojedowa;
- Kierownika
Laboratorium Anatomo-Patologicznego nr 92, majora służby
sanitarnej, Subbotina;
- Majora
służby sanitarnej, Ogłoblina;
- Lekarza-specjalisty,
starszego lejtnanta służby sanitarnej, Sadykowa;
- Starszego
lejtnanta służby sanitarnej, Puszkariewej,
w
okresie od 16 do 23 stycznia 1944 r. przeprowadzała ekshumację i
badania sądowo-lekarskie zwłok jeńców wojennych – Polaków,
pochowanych w grobach na terytorium „Kozie Góry” w lesie
Katyńskim, w odległości 15 kilometrów od Smoleńska. Zwłoki
jeńców wojennych – Polaków były pochowane w masowym grobie o
wymiarach około 60 na 60 na 3 metry – i oprócz tego w oddzielnie
położonym grobie o wymiarach około 7 na 6 na 3,5 metra. Z grobów
ekshumowano i zbadano zwłoki 925 ludzi.
Ekshumację
i badania sądowo-lekarskie zwłok przeprowadzono w celu
stwierdzenia:
a)
tożsamości nieboszczyków;
b)
przyczyny śmierci
c)
czasu pochowania
Okoliczności
sprawy: patrz materiały Komisji Specjalnej,
Dane
obiektywne: patrz protokoły sądowo-lekarskie badań zwłok.
Orzeczenie
Komisja
biegłych sądowo-lekarskich, opierając się na wynikach
sądowo-lekarskich badań zwłok, dochodzi do następujących
wniosków:
Po
rozkopaniu grobów i wydobyciu z nich zwłok stwierdzono:
a) w
masie zwłok jeńców wojennych – Polaków znajdują się zwłoki w
ubraniu cywilnym, liczba ich w stosunku do liczby ogólnej zbadanych
zwłok jest nieznaczna (zaledwie 2 na 925 wydobytych zwłok), na
zwłokach były buty typu wojskowego;
b)
odzież na zwłokach jeńców wojennych świadczy, że jeńcy ci byli
oficerami i częściowo szeregowcami armii polskiej;
c)
ujawnione przy oględzinach odzieży przecięcia kieszeni i butów,
wywrócone kieszenie i rozdarcia ich świadczą, że cała odzież na
wszystkich zwłokach (płaszcz, spodnie itd.) z reguły nosi ślady
rewizji, dokonanej na zwłokach;
d) w
niektórych wypadkach przy oględzinach odzieży stwierdzono, że
kieszenie są całe. W kieszeniach tych jak również w pociętych i
podartych kieszeniach pod podszewką munduru, w paskach spodni,
onucach i skarpetkach znaleziono skrawki gazet, broszury,
modlitewniki, znaczki pocztowe, karty pocztowe i listy, pokwitowania,
notatki oraz inne dokumenty, jak również przedmioty wartościowe
(sztabka złota, złote dolary), fajki, scyzoryki, bibułki do
papierosów, chusteczki do nosa itp.;
e) na
części dokumentów (nawet bez badań specjalnych) przy ich
oględzinach stwierdzono daty, odnoszące się do okresu od 12
listopada 1940 r. do 20 czerwca 1941 r.;
f)
materiał odzieży, zwłaszcza płaszczy, mundurów, spodni i koszul
wierzchnich, zachował się dobrze i z wielkim trudem dawał się
przedrzeć rękoma;
g) u
bardzo niewielkiej liczby zwłok (20 spośród 925) ręce były z
tyłu związane za pomocą białych plecionych sznurów.
Stan
odzieży na zwłokach, mianowicie fakt, że mundury, koszule, paski,
spodnie i kalesony są zapięte, buty lub buciki są na nogach,
szaliki i krawaty zawiązane dookoła szyi, szelki zapięte, koszule
wpuszczone do spodni – świadczy, że oględzin zewnętrznych
tułowia i kończyn zwłok przedtem nie dokonywano.
Zachowanie
się w całości skóry na głowie i brak na niej, jak również na
skórze piersi i brzucha (oprócz 3 wypadków na 925) jakichkolwiek
nacięć, przecięć i innych oznak czynności ekspertów świadczy,
że badań sądowo-lekarskich zwłok nie dokonywano, sądząc według
zwłok ekshumowanych przez komisję biegłych sądowo-lekarskich.
Zewnętrzne
i wewnętrzne oględziny 925 zwłok pozwalają stwierdzić rany
postrzałowe głowy i szyi, w czterech wypadkach połączone z
uszkodzeniem kości sklepienia czaszki tępym, twardym, ciężkim
narzędziem. Oprócz tego w nieznacznej liczbie wypadków stwierdzono
uszkodzenie brzucha przy równoczesnym zranieniu głowy.
Otwory
wejściowe ran postrzałowych z reguły pojedyncze, rzadziej –
podwójne, położone są w okolicy potylicowej głowy blisko pagórka
potylicowego, wielkiego otworu potylicowego lub na jego krawędzi. W
niewielkiej liczbie wypadków wejściowe otwory postrzałowe
ujawniono na tylnej powierzchni szyi na poziomie 1, 2, 3 kręgu
szyjnego.
Otwory
wyjściowe znajdują się najczęściej w okolicy czoła, rzadziej w
okolicy ciemienia i skroni, a także na twarzy i szyi. W 27 wypadkach
rany postrzałowe okazały się ślepe (bez otworów wyjściowych) i
u wylotu kanałów postrzałowych pod miękkimi powłokami czaszki, w
jej kościach, w błonie i szarej masie mózgowej znaleziono
zniekształcone, słabo zniekształcone lub wcale nie zniekształcone
kule, używane do strzelania z pistoletów automatycznych, głównie
kalibru 7,65 mm.
Rozmiary
otworów wejściowych na kości potylicowej pozwalają wnioskować,
że przy rozstrzeliwaniu używano broni palnej dwóch kalibrów: w
przeważającej większości wypadków – poniżej 8 mm czyli 7,65
mm i mniej; a w mniejszej liczbie wypadków – powyżej 8 mm, czyli
9 mm.
Rodzaj
pęknięć kości czaszki i stwierdzenie w niektórych wypadkach
resztek prochu przy otworach wejściowych kul świadczą o tym, że
wystrzałów dokonywano wprost lub prawie wprost.
Układ
wejściowych i wyjściowych otworów kul świadczy, że wystrzałów
dokonywano z tyłu w głowę pochyloną ku przodowi. Przy tym kanał
rany postrzałowej przechodził przez ważne dla życia części
mózgu lub blisko nich i zniszczenie tkanki mózgu było przyczyną
śmierci.
Stwierdzone
na kościach sklepienia czaszki uszkodzenia tępym, twardym, ciężkim
narzędziem towarzyszyły ranom postrzałowym głowy i same przez się
nie stanowiły przyczyny śmierci.
Badania
sądowo-lekarskie zwłok, przeprowadzone w okresie od 16 do 23
stycznia 1944 r., świadczą o tym, że wcale nie ma zwłok w stanie
rozkładu lub zniszczenia i że wszystkie 925 zwłok dobrze się
zachowały – znajdują się w stadium początkowej utraty przez nie
wilgoci (co najczęściej i najwyraźniej wystąpiło w okolicy
piersi i brzucha, niekiedy również na kończynach, w stadium
początkowym tworzenia się woszczku tłuszczowego; w ostrym stopniu
tworzenia się woszczku tłuszczowego u zwłok wydobytych z dna
mogił; w stadium odwodnienia tkanek zwłok połączonego z
tworzeniem się woszczku tłuszczowego).
Na
specjalną uwagę zasługuje okoliczność, że mięśnie tułowia i
kończyn całkowicie zachowały swą strukturę makroskopową i swój
zwykły prawie kolor; wewnętrzne organa klatki piersiowej i jamy
brzusznej zachowały swą konfigurację, w całym szeregu przypadków
mięsień serca na przecięciach miał wyraźnie występującą
budowę i właściwe mu zabarwienie, a mózg ujawniał
charakterystyczne właściwości strukturalne z wyraźnie odcinającą
się granicą szarej i białej masy. Oprócz badania makroskopowego
tkanek i organów zwłok ekspertyza sądowo-lekarska wyodrębniła
odpowiedni materiał do dalszych badań mikroskopowych i chemicznych
w warunkach laboratoryjnych.
Dla
zachowania się całości tkanek i organów zwłok pewne znaczenie
miały właściwości gleby w miejscu znalezienia zwłok.
Po
rozkopaniu mogił, zwłoki po wydobyciu ich na powierzchnię znalazły
się na powietrzu i ulegały działaniu ciepła i wilgoci w okresie
wiosny – lata 1943 r. Mogło to wywrzeć wpływ na gwałtowny
rozwój procesu rozkładania się zwłok.
Jednakże
stopień odwodnienia zwłok i tworzenia się w nich woszczku
tłuszczowego, szczególnie zaś dobre zachowanie się mięśni i
organów wewnętrznych oraz odzieży pozwalają stwierdzić, że
zwłoki znajdowały się w ziemi przez niedługi okres czasu.
Zestawiając
stan zwłok w grobach na terytorium „Kozich Gór” ze stanem zwłok
w innych miejscach pochówku w Smoleńsku i jego najbliższych
okolicach – W Gedeonowce, Magalenszczynie, Readowce, w obozie nr
126, w Krasnymborze itd. (por. akt ekspertyzy sądowo-lekarskiej z
dnia 22 października 1943 r.) należy uznać, że zwłoki jeńców
wojennych – Polaków pochowano na terytorium „Kozich Gór”
przed dwoma laty. Znajduje to swoje całkowite potwierdzenie w
dokumentach znalezionych w ubraniach zwłok, wykluczających
wcześniejszy termin pochowania (por. pkt. „e” str 36 oraz opis
dokumentów).
- Komisja
biegłych sądowo-lekarskich na podstawie danych i wyników badań –
uważa za fakt stwierdzony uśmiercenie za pomocą rozstrzelania
jeńców wojennych – oficerów i częściowo szeregowców armii
polskiej;
- stwierdza,
że rozstrzelanie to nastąpiło przed dwoma laty, czyli między
wrześniem a grudniem 1941 r.;
- upatruje
w fakcie znalezienia przez komisję biegłych sądowo-lekarskich w
ubraniach zwłok przedmiotów wartościowych i dokumentów noszących
datę 1941 r. - dowód, że niemieckie władze faszystowskie, które
przeprowadziły wiosną – latem 1943 roku rewizję zwłok,
przeprowadziły ją nieskrupulatnie, znalezione zaś dokumenty
świadczą o tym, że rozstrzelania dokonano po czerwcu 1941 r.;
- stwierdza,
że w 1943 r. Niemcy dokonali nader znikomej ilości sekcji zwłok
rozstrzelanych jeńców wojennych – Polaków;
- stwierdza
całkowitą identyczność metody rozstrzeliwania jeńców wojennych
– Polaków i sposobu rozstrzeliwania radzieckiej ludności cywilnej
i radzieckich jeńców wojennych, które to sposoby niemieckie władze
faszystowskie szeroko stosowały na przejściowo okupowanym
terytorium ZSRR, m.in. w miastach: Smoleńsk, Orzeł, Charków,
Krasnodar, Woroneż.
Naczelny ekspert
sądowo-lekarski Ludowego Komisariatu Zdrowia ZSRR, dyrektor
Państwowego Instytutu Naukowo-Badawczego Medycyny Sądowej Ludowego
Komisariatu Zdrowia ZSRR
W.
PROZOROWSKI
Profesor medycyny
sądowej 2. Moskiewskiego Państwowego Instytutu Medycznego
dr med.
W. SMOLIANINOW
Prof. Anatomii
Patologicznej
dr med.
D. WYROPAJEW
Starszy pracownik
naukowy Wydziału Tanatologicznego Państwowego Instytutu
Naukowo-Badawczego Medycyny Sądowej Ludowego Komisariatu Zdrowia
ZSRR
dr P.
SIEMIENOWSKI
Starszy pracownik naukowy
Wydziału Sądowo-Chemicznego Państwowego Instytutu
Naukowo-Badawczego Medycyny Sądowej Ludowego Komisariatu Zdrowia
ZSRR
docent
M. SZWAJKOWA
Smoleńsk,
24 stycznia 1944 r.
Dokumenty znalezione przy zwłokach
Oprócz
danych, zawartych w akcie ekspertyzy sądowo-lekarskiej, czas
rozstrzelania jeńców wojennych – oficerów polskich przez Niemców
(jesień 1941 r., a nie wiosna 1940 r., jak twierdzą Niemcy)
ustalają również znalezione po rozkopaniu mogił dokumenty,
odnoszące się nie tylko do drugiej połowy 1940 r., lecz również
do wiosny i lata (marzec – czerwiec) 1941 r.
Spośród
znalezionych przez biegłych sądowo-lekarskich, dokumentów, na
szczególną uwagę zasługują następujące:
1) Na
zwłokach nr 92:
List
w Warszawy, adresowany do Czerwonego Krzyża dla Centralnego Biura
Jeńców Wojennych – Moskwa, ul. Kujbyszewa nr 12. List napisany po
rosyjsku. W liście tym Zofia Zygoń prosi o podanie jej miejsca
pobytu jej męża Tomasza Zygonia. List datowany 12.09.1940 r. Na
kopercie widnieje niemiecki stempel pocztowy - „Warszawa, IX-40”
i stempel - „Moskwa, Urząd Pocztowy nr 9, ekspedycja, 28 IX 1940
r.” oraz rezolucja czerwonym atramentem po rosyjsku: „ewid.
ustalić obóz i skierować dla wręczenia. 15 IX 40 r.” (podpis
nieczytelny).
2) Na
zwłokach nr 4:
Karta
pocztowa polecona nr 0112 z Tarnopola ze stemplem pocztowym „Tarnopol
12 XI 40 r.” (Tekst napisany odręcznie i adres wyblakły).
3) Na
zwłokach nr 101:
Kwit
nr 10293 z 19 XII 1939, wydany przez obóz kozielski, na otrzymany od
Lewandowskiego Edwarda Adamowicza złoty zegarek. Na odwrocie kwitu
notatka z 14 marca 1941 r. o sprzedaży tego zegarka w magazynie
„Juwelirtorgu”.
4) Na
zwłokach nr 46:
Kwit
(numer nieczytelny) wydany 16 XII 1939 r. przez obóz starobielski na
otrzymany od Araszkiewicza Włodzimierza Rudolfowicza złoty zegarek.
Na odwrocie kwitu notatka z 25 marca 1941 r., że zegarek sprzedano w
magazynie „Juwelirtorgu”.
5) Na
zwłokach nr 71:
Papierowy
obrazek święty z wizerunkiem Chrystusa, znaleziony między 144 i
145 stroną modlitewnika katolickiego. Na odwrocie obrazka świętego
napis, z którego czytelny jest podpis - „Jadwinia” i data „4
kwietnia 1941 r.”
6) Na
zwłokach nr 46:
Kwit
z dnia 6 kwietnia 1941 r., wydany przez obóz nr 1-ON, na otrzymane
od Araszkiewicza pieniądze w sumie 225 rubli.
7) Na
tychże zwłokach nr 46:
Kwit
z dnia 5 maja 1941 r., wydany przez obóz nr 1-ON, na otrzymane od
Araszkiewicza pieniądze w sumie 102 rubli.
8) Na
zwłokach nr 101:
Kwit
z dnia 18 maja 1941 r. wydany przez obóz nr 1-ON, na otrzymane od
Lewandowskiego E. pieniądze w sumie 175 rubli.
9) Na
zwłokach nr 53:
Nie
wysłana kartka pocztowa, pisana po polsku, adresowana: Warszawa,
Bagatela 15 m. 47. Irena Kuczyńska. Datowana 20 czerwca 1941 r.
Nadawca: Stanisław Kuczyński.
Wnioski ogólne
Ze
wszystkich materiałów znajdujących się w posiadaniu Komisji
Specjalnej, mianowicie – z zeznań przeszło 100 przesłuchanych
przez Komisję świadków, z danych ekspertyzy sądowo-lekarskiej, z
dokumentów i dowodów rzeczowych, wydobytych z grobów lasu
Katyńskiego, wypływają z niezaprzeczalną jasnością następujące
wnioski:
1)
Jeńcy wojenni – Polacy, którzy przebywali w trzech obozach na
zachód od Smoleńska i zatrudnieni byli przed rozpoczęciem się
wojny na robotach drogowych, znajdowali się tam również i po
wtargnięciu okupantów niemieckich do Smoleńska – do września
1941 r. włącznie;
2) W
lesie Katyńskim na jesieni 1941 r. niemieckie władze okupacyjne
dokonywały masowych rozstrzeliwań jeńców wojennych – Polaków z
wyżej wymienionych obozów;
3)
Masowych rozstrzeliwań jeńców wojennych – Polaków w lesie
Katyńskim dokonywał niemiecki urząd wojenny, ukrywający się pod
umowną nazwą „Sztab 537 batalionu roboczego”, na czele którego
stał oberst-leutnant Arnes i jego współpracownicy – oberleutnant
Rex, leutnant Hott;
4) W
związku z pogorszeniem się dla Niemiec na początku r. 1943 ogólnej
sytuacji wojennej i politycznej niemieckie władze okupacyjne
przedsięwzięły w celach prowokacyjnych szereg środków,
zmierzających do przypisania ich własnych zbrodni organom władzy
radzieckiej z takim wyrachowaniem, aby skłócić Rosjan z Polakami;
5) W
tym celu:
a)
niemieccy najeźdźcy faszystowscy za pomocą namów, prób
przekupstwa, gróźb i barbarzyńskiego znęcania się starali się
znaleźć „świadków” spośród obywateli radzieckich, od
których usiłowali wydobyć fałszywe zeznania o tym, że jeńcy
wojenni – Polacy zostali rzekomo rozstrzelani przez organa władzy
radzieckiej wiosną 1940 r.,
b)
niemieckie władze okupacyjne wiosną 1943 r. zwoziły z innych
miejsc zwłoki rozstrzelanych przez nich jeńców wojennych –
Polaków i wrzucały je do rozkopanych grobów lasu Katyńskiego,
mając na celu zatarcie śladów własnych zbrodni i zwiększenie
liczby „ofiar bestialskich zbrodni bolszewickich” w lesie
Katyńskim;
c)
przygotowując się do swej prowokacji niemieckie władze okupacyjne
użyły do robót związanych z rozkopaniem grobów w lesie
Katyńskim, wydobyciem stamtąd kompromitujących je dokumentów i
dowodów rzeczowych, około 500 jeńców wojennych – Rosjan, którzy
po wykonaniu tych robót zostali przez Niemców rozstrzelani.
6)
Dane ekspertyzy sądowo-lekarskiej ustalają w sposób nie budzący
żadnych wątpliwości, że:
a)
egzekucje odbyły się jesienią 1941 r.;
b)
oprawcy niemieccy, rozstrzeliwując jeńców wojennych – Polaków
stosowali ten sam sposób, który stosowali przy masowych
morderstwach obywateli radzieckich w innych miastach, jak np. w Orle,
Woroneżu, Krasnodarze i w tymże Smoleńsku, tj. wystrzał z
pistoletu w tył czaszki.
7)
Wnioski, wypływające z zeznań świadków i ekspertyzy
sądowo-lekarskiej, że jeńcy wojenni – Polacy rozstrzelani
zostali przez Niemców jesienią 1941 r. znajdują całkowite
potwierdzenie w dowodach rzeczowych i dokumentach, wydobytych z
grobów katyńskich;
8)
Rozstrzeliwując jeńców wojennych – Polaków w lesie Katyńskim,
niemieccy najeźdźcy faszystowscy konsekwentnie realizowali swoją
politykę eksterminacji narodów słowiańskich.
Przewodniczący
Komisji Specjalnej, Członek Nadzwyczajnej Komisji Państwowej,
Członek Akademii Nauk
N.
BURDENKO
CZŁONKOWIE:
Członek Nadzwyczajnej
Komisji Państwowej, Członek Akademii Nauk
ALEKSY
TOŁSTOJ
Członek Nadzwyczajnej
Komisji Państwowej
Metropolita
MIKOŁAJ
Przewodniczący
Komitetu Wszechsłowiańskiego,
generał
lejtnant A. GUNDOROW
Przewodniczący
Komitetu Wykonawczego Związku Towarzystw „Czerwonego Krzyża” i
„Czerwonego Półksiężyca”
S.
KOLESNIKOW
Ludowy Komisarz
Oświaty RFSRR, Członek Akademii Nauk
W.
POTIOMKIN
Szef Służby
Sanitarnej Armii Czerwonej,
generał-pułkownik
E. SMIRNOW
Przewodniczący
Smoleńskiego Obwodowego Komitetu Wykonawczego
R.
MIELNIKOW
Smoleńsk,
24 stycznia 1944 r.
(Wydrukowano
w Prawdzie 26 stycznia 1944 r.)
(Cyt.
Wg dodatku do tygodnika „Nowe Czasy”, nr 10. z dnia 5 marca 1952
r.)
|