![]() |
| Start | Aktualności | Dokumenty |
Brzask |
Galeria |
Świat
|
Historia |
Forum
|
Kontakt |
Linki |
Jak Anglia i Francja rzuciły Polskę HitlerowiPrzedstawia się chętnie Anglię i Francję w okresie od 23 sierpnia do 1 września 1939 r. jako walecznych, nieprzejednanych i nieskalanych rycerzy, usiłujących własnymi siłami uratować Polskę przed hitlerowskim smokiem. Czyż Anglia nie udzieliła Polsce gwarancji podpisując z nią 25 sierpnia układ o wzajemnej pomocy? W rzeczywistości jednak Londyn i Paryż, zamiast - nie tracąc ani chwili - nawiązać ponownie kontakt z Moskwą - podążały w zgoła przeciwnym kierunku, ku nowemu Monachium. Dzisiaj mamy już jasny obraz tych decydujących dni. Zarówno przed jak i po 23 sierpnia dyplomacja anglo-francuska stosuje uporczywie te same metody, a nawet doprowadza politykę ustępstw do jej ostatecznych konsekwencji. Plan brytyjski polegał na realizacji - autorem tego określenia jest sam Coulondre - "polskiego Monachium". Chodziło o doprowadzenie po trupie Polski (podobnie jak Londyn poświęcił już uprzednio Czechosłowację) do sojuszu brytyjsko-niemieckiego, do nowego podziału świata. Wysiłki przedsięwzięte w tym celu na wiosnę i w lecie 1939 r. kontynuowano aż do ostatniej chwili. Za kulisami pojawia się znowu ów szczególny typ, bankier Dahlerus, krążący pomiędzy Londynem a Berlinem, lecz grę prowadzi przede wszystkim Henderson, ambasador brytyjski w Berlinie. Łatwo ją rozszyfrować, czytając "Błękitną Księgę" brytyjską. 23 sierpnia Henderson wręcza Hitlerowi w Berchtesgaden własnoręczny list Chamberlaina. "Uważam za możliwe - stwierdzał w nim Chamberlain - równoczesne przedyskutowanie problemów o szerszym zasięgu, dotyczących całości stosunków międzynarodowych, łącznie z kwestiami, które was i nas interesują." Jest to więc wyraźna oferta kompromisowej dyskusji. Coulondre tak przedstawia jej treść: "Chamberlain wzywa Hitlera do załatwienia jego sporu z Polską za pomocą rokowań bezpośrednich, które mogłyby być prowadzone przy życzliwych usługach ze strony trzeciego mocarstwa i równocześnie rozszerzone na problemy interesujące Anglię i Niemcy." Cóż odpowiada Hitler na tę ofertę? "Kwestia Gdańska i korytarza muszą być i będą załatwione", lecz dodaje (oświadczenie złożone Hendersonowi 25 sierpnia): "Uznaję imperium brytyjskie i gotów jestem osobiście się zaangażować w sprawie jego dalszej egzystencji oraz postawić potęgę Reichu do jego dyspozycji". Hitler radzi nawet Hendersonowi udać się samolotem do Londynu i przekazać Chamberlainowi tę pozytywną odpowiedź. W Londynie radość. Będzie się dyskutować: "polskie Monachium" wyraźnie się zarysowuje na horyzoncie. Lecz dyplomaci brytyjscy wiedzą, o co tu chodzi: porozumienie brytyjsko-niemieckie z konieczności możliwe jest tylko na drodze zaspokojenia rewindykacji niemieckich w stosunku do Polski. Londyn nie może sobie z tego nie zdawać sprawy. Fakt, że Anglia otwiera dyskusję w takich okolicznościach, jest dostatecznie obciążający. Hitler natomiast posługuje się po prostu taktyką wypróbowaną z takim powodzeniem w Monachium: izolować Polskę za pomocą zręcznych manewrów dyplomatycznych, sondować słabość brytyjską, a dopiero potem pokazać pazury. Licząc się z możliwością załatwienia problemu polskiego na wzór Monachium, Hitler na razie odwołuje rozkaz ataku na Polskę, przewidzianego początkowo na dzień 26 sierpnia. Zdaniem Churchilla, Hitler pragnie w ten sposób: "ułatwić rządowi Jego Królewskiej Mości niedotrzymania gwarancji udzielonej Polsce". Przez 48 godzin Londyn przygotowuje odpowiedź na tę hitlerowską ofertę. Odpowiedź jest gotowa 28 sierpnia i Londyn zawiadamia swego ambasadora w Warszawie, Kennarda, że porozumienie "zabezpieczy istotne interesy Polski". Jakież więc nieistotne interesy Warszawa powinna poświęcić? W każdym bądź razie zadaniem Kennarda jest skłanianie Warszawy do bezpośrednich rokowań z Berlinem. W nocy z 28 na 29 sierpnia odpowiedź brytyjska dochodzi do wiadomości Hitlera. Londyn gotów jest załatwić "pokojowo" problem polski i nalega na to, by Berlin zgodził się na bezpośrednie rokowania z Warszawą. Henderson, który przybył samolotem z Londynu do Berlina 28 sierpnia wieczorem "z goździkiem w butonierce", odwiedził Coulondre'a, zanim został przyjęty przez Hitlera, i dał mu do przeczytania odpowiedź brytyjską. Uderza jej treść utrzymana w monachijskim stylu: Londyn wyrażał zgodę na "załatwienie kwestii polskiej", lecz "wszystko będzie zależało od tego załatwienia i przyjętej w tym celu metody". Powtarza się zatem scenariusz z września 1938 r.: w depeszach dyplomatycznych z końca sierpnia 1939 r. odnajdujemy te same co wówczas sformułowania. Prawdziwy sens "gwarancji" brytyjskiej, udzielonej Polsce 25 sierpnia, nie budzi już wątpliwości. Miała ona służyć jako narzędzie nacisku na Hitlera, miała go skłonić do rokowań i przyjęcia kompromisu a la Monachium. Hitler, coraz bardziej przekonany o słabości brytyjskiej, powraca bez wahania do taktyki wypróbowanej w Godesburgu: wysuwa żądania idące dalej niż poprzednie. Do rewindykacji Gdańska i korytarza dodaje "wyrównanie granicy na Śląsku" i wspomina o możliwości rokowań tylko z "rozsądnym" rządem polskim. Henderson wysłuchuje 28 sierpnia tych nowych żądań Hitlera i nie zrażając się niczym, ponawia pytanie: czy Hitler zgadza się na bezpośrednie rokowania z Warszawą? Nazajutrz, 29 sierpnia, Chamberlain przemawia w Izbie Gmin. Premier brytyjski ośmiela się mówić o perspektywach "sprawiedliwego załatwienia zatargu polsko-niemieckiego", o "swobodnych" rokowaniach polsko-niemieckich, o mających po nich nastąpić negocjacjach na temat "szerszego" porozumienia brytyjsko-niemieckiego. Znając żądania Hitlera można rozumieć, że wypowiedź ta pozostawia wolną rękę agresorowi. E. N. Dzelepy słusznie określa to wszystko jako "prawdziwy spisek brytyjsko-niemiecki". Londyn popycha Warszawę do rokowań z Hitlerem, który właśnie zaznaczył wobec Hendersona swoje nieodwołalne postanowienie okrojenia polskiego terytorium! "Faza <<polskiego Monachium>> jest już przekroczona - pisze Dzelepy - rozpoczyna się faza rozwiązań w stylu Hachy." Jeszcze tego samego dnia, 29 sierpnia, Hitler wręcza Hendersonowi odpowiedź niemiecką na notę z 28 sierpnia: żąda w niej przybycia do Berlina, nie później niż 30 sierpnia, negocjatora polskiego zaopatrzonego w wystarczające pełnomocnictwa. Temu wysłannikowi polskiemu Niemcy podyktowaliby po prostu swoją wolę. Hendersona razi jedynie to, że jest to swego rodzaju ultimatum, które wyznacza tak krótki termin, podkreśla oschłość i krótkość odpowiedzi niemieckiej. I na tym koniec. Nie wyraża zastrzeżeń co do istoty sprawy, do kwestii wysłania pełnomocnika polskiego. Roztropniejszy Coulondre pisze: "Wbrew sugestii wysuniętej przez mego brytyjskiego kolegę odradzam przyjazd pułkownika Becka do Berlina... Moim zdaniem taka podróż fatalnie przypominałaby los Schuschnigga i Hachy." Zakłopotanie Brytyjczyków zaczyna wówczas wzrastać z godziny na godzinę. 30 sierpnia Londyn w swej odpowiedzi prosi Hitlera o przedłużenie terminu. Dlaczego? Dlatego, że Anglicy potrzebują pewnego czasu, aby przekonać Polskę o konieczności ofiary. Udają nawet, że nie widzą ultymatywnego charakteru żądań hitlerowskich, co pozwoli im później mówić o "nieporozumieniu". Anglia zwleka rozmyślnie z ostrzeżeniem Warszawy! (Leon Noel dobitnie to podkreśla.) Pragnąc zrealizować spotkanie polsko-niemieckie, Londyn prowadzi podwójną politykę. W Berlinie przytakuje taktyce niemieckiej, a w Warszawie gra rolę obrońcy nienaruszalności polskich granic. Taka dwuznaczność nie mogła trwać długo. Znika też ona istotnie 30 sierpnia wieczorem, po wygaśnięciu terminu. Wtedy to właśnie nastąpiło owo ciekawe spotkanie Ribbentrop-Henderson, podczas którego Ribbentrop odczytał po niemiecku notę zawierającą szesnaście artykułów. Ribbentrop nie wręczył odpisu tej noty, a Henderson nie żądał jej natychmiastowego przełożenia przez obecnego przy tym tłumacza. Twierdził później, że zrozumiał treść zaledwie kilku artykułów. W swej relacji o tym spotkaniu tłumacz Schmidt zaznacza, że Ribbentrop przeczytał notę "bez specjalnego pośpiechu, wbrew temu, co później mówiono, a nawet dodał nieco wyjaśnień co do paru punktów". Henderson musiał w wystarczającej mierze zrozumieć Ribbentropa, skoro 31 sierpnia o drugiej w nocy pojechał obudzić Lipskiego, ambasadora polskiego w Berlinie i zakomunikował mu "z rozmyślnym umiarem" - jak się sam o tym wyraża - przebieg rozmowy z Hitlerem i Ribbentropem. W tej rozmowie z Lipskim Henderson wyraził opinię, że "propozycje niemieckie nie są, ogólnie rzecz biorąc, nierozsądne", i sugerował natychmiastowe spotkanie Rydza-Śmigłego z Goeringiem... Henderson zrozumiał na tyle notę Ribbentropa, aby zdać sobie sprawę, że mowa tam o odstąpieniu Gdańska i plebiscycie w "korytarzu". Henderson wprowadził więc w błąd swego rozmówcę: Dyskusja z Goeringiem oznaczała po prostu poddanie się Goeringowi. "Na kilka dni przed wybuchem wojny - pisze Dzelepy - rząd Chambrleina był gotów się zgodzić na poświęcenie Polski, popychał ją rozmyślnie pod topór kata, zapatrzony w sojusz brytyjsko-niemiecki." 31 sierpnia Niemcy kładą kres wszelkim dwuznacznościom. Negocjator polski się nie zjawił, a Lipski oświadczył, że nie ma żadnych pełnomocnictw do podpisania czegokolwiek i że nic mu nie wiadomo o żadnym ultimatum. Wobec tego Ribbentrop notyfikuje mu o godzinie 18:30 zerwanie rozmów. W tej chwili pokój został faktycznie pogrzebany. Polska nie zgodziła się na podróż swego pełnomocnika do Berlina, wiedziała bowiem, co ją tam czeka: kapitulacja bez walki. Brytyjczykom nie udało się przełamać oporu Polski, nie potrafili jej zmusić do kapitulacji a la Monachium. 1 września około godziny pierwszej w nocy Halifax wysłał z Londynu do Kennarda w Warszawie rewelacyjny telegram. Czcigodny lord zakomunikował w nim swemu ambasadorowi, że "nie widzi trudności, jakie dostrzega rząd polski w sprawie upoważnienia swego ambasadora do przyjęcia dokumentu od rządu niemieckiego". Trudno o bardziej obciążające świadectwo! Nawet po zerwaniu rokowań Londyn usiłuje jeszcze zmusić Polaków do dyskusji, czyli do kapitulacji. 1 września 1939 roku, o świcie, niemieckie dywizje pancerne wkroczyły na polskie terytorium. Hitler był przekonany, wszak Ribbentrop wielokrotnie go o tym zapewniał, że Anglia się nie ruszy. Pobieżna choćby analiza wypadków w okresie od 23 sierpnia 1939 r. do 1 września ujawnia w sposób uderzający, że rząd brytyjski dokładał dużych starań, aby skłonić Polskę do kapitulacji wobec Rzeszy, lecz zaledwie parę dni przedtem uznał się niekompetentnym i niezdolnym do interweniowania w Warszawie w celu uzyskania zgody rządu polskiego na przemarsz wojsk radzieckich przez terytorium polskie. To porównanie potwierdza raz jeszcze dwulicowość Londynu w stosunku do Moskwy. Rząd francuski ze swej strony bez wahania aprobował i popierał taktykę brytyjską. Niemałą wagę ma pod tym względem wypowiedź Coulondre'a: "Na podstawie dokumentów przedstawionych podczas procesu w Norymberdze wiemy dzisiaj, że Hitler chciał załatwić swój spór z Polską z bronią w ręku. Jest jednak prawdopodobne, że licząc wciąż na bierność mocarstw zachodnich wierzył w możliwość późniejszego wciągnięcia ich rządów w ulepszoną konferencję monachijską... Chcielibyśmy wierzyć, że w Paryżu nic potajemnie nie powiedziano, aby go utwierdzić w tym przekonaniu." Coulondre, swoim zwyczajem, mówi jednocześnie i za dużo i za mało... Równolegle do rokowań oficjalnych nieoficjalny wysłannik, Dahlerus, mąż zaufania Chamberlaina i Goeringa, utrzymywał i rozwijał liczne kontakty. Jego działalność szła po tej samej linii, co rokowania oficjalne. Ale Hitler prowadził grę według monachijskich recept tylko po to, aby się upewnić co do brytyjskich zamiarów. Napadając na Polskę, zrywając rozmowy prowadzone z Londynem, Hitler zmusił Anglię do wojny. Długo obliczał jej słabość i w końcu ją przecenił. Anglia mogła przyjąć ugodowy rozbiór Polski pod warunkiem zamaskowania istotnych rozmiarów tej ofiary, przez dyplomatyczne formułki a la Monachium. Od 1937 r. dyplomaci brytyjscy powtarzali niestrudzenie Niemcom: "Zachowajcie pozory!" Tym razem Londyn i Paryż musiały się pogodzić z rzeczywistością: Rokowania w monachijskim stylu doprowadziły do fatalnych skutków. Przez trzy dni Paryż i Londyn się wahają, wreszcie wypowiadają wojnę Hitlerowi, lecz... pozwalają mu zgnieść Polskę. "Dziwna wojna" rozpoczyna się 3 września 1939 r. Londyn i Paryż niechętnie chwytają za broń, a raczej udają tylko, że to czynią. Ich politycy marzyli o uczynieniu Hitlera żandarmem Europy. Doszli jednak zbyt późno do wniosku, że Hitler nie zadowala się tą rolą i że chce być dowódcą żandarmerii, wyłącznym "panem i władcą" Europy. Oto przyczyna wypowiedzenia wojny przez Anglię i Francję. Wiktor Grosz, były ambasador Polski Ludowej w Pradze, słusznie pisze w swej książce "U źródeł września 1939 roku": "Chamberlain i Daladier zostali zmuszeni do wypowiedzenia wojny Hitlerowi". J. Bouvier, J. Gacon, "Rok 1939", Warszawa 1955, str. 165-173 |