banner
 Start   Aktualności   Dokumenty
 Brzask
 Galeria
 Świat
 Historia
 Forum
 Kontakt
 Linki 

"Ale różne są nasze ojczyzny..."


5 czerwca 1920 roku po kilku krótkich, gwałtownych potyczkach Pierwsza Armia Konna Budionnego przerwała front polski na styku 3 i 4 polskich armii rozgromiwszy zagradzającą jej drogę brygadę kawalerii generała Sawickiego i ruszyła w stronę Ryżyn. (...) Siódmego czerwca o świcie w kierunku Żytomierza mknęła już czwarta dywizja czerwonej kawalerii. W rozwiniętym jak wachlarz szyku bojowym nie hamowali już pod Żytomierzem rozpędzonych koni i zaiskrzyli się w słońcu srebrnym blaskiem szabel (...) Zaskoczeni legioniści nie stawiali prawie oporu. Miejscowy garnizon został zmiażdżony.

(...) Długie wąskie korytarze więzienia rozbrzmiewały krzykiem. W celach, po brzegi wypełnionych ludźmi o zmęczonych, wyniszczonych twarzach, panuje podniecenie. W mieście toczy się bój - czyż można uwierzyć, że to wolność! Że to są swoi, którzy nie wiadomo jak się tu wdarli?

Wystrzały rozlegają się na podwórzu. Korytarzami biegną ludzie. I nagle bliski, niewymownie drogi okrzyk: "Towarzysze, wychodźcie!" (...) Po korytarzu prowadzono już dozorców popychając ich naganami. Korytarz napełnił się obdartymi, nie mytymi od dawna ludźmi, opanowanymi szaloną radością. Otworzywszy na oścież szerokie drzwi Paweł wbiegł do celi.
- Towarzysze, jesteście wolni. My jesteśmy budionnowcy, nasza dywizja zdobyła miasto.

Jakaś kobieta z oczami wilgotnymi od łez rzuciła się ku Pawłowi i objąwszy go jak kogoś bliskiego, załkała.

Więcej niż zdobycz i więcej niż zwycięstwo cieszyło żołnierzy dywizji to, że uwolnili pięć tysięcy siedemset jeden bolszewików wtrąconych przez białych Polaków do tych murowanych klatek i oczekujących lada dzień rozstrzelania lub szubienicy. Ponadto uwolniono dwa tysiące pracowników politycznych Armii Czerwonej. Dla siedmiu tysięcy rewolucjonistów ponura noc przemieniła się nagle w jasne słońce upalnego dnia czerwcowego. Jeden z uwięzionych, o twarzy żółtej jak skórka od cytryny, podbiegł radośnie do Pawła. Był to Samuel Lecher, zecer z drukarni w Szepietówce.

Paweł słuchał opowiadania Samuela. Poszarzała mu twarz. Samuel opowiadał o krwawej tragedii, jaka się rozegrała w ich miasteczku rodzinnym, i słowa jego padały w serce chłopca jak krople roztopionego metalu.

- Zabrano nas nocą wszystkich razem, zdradził nas łotr-prowokator. Wpadliśmy w łapy żandarmerii. Bito nas, Pawle, okropnie. Męczyłem się mniej niż inni: zaraz po pierwszych ciosach upadłem nieprzytomny na podłogę. Lecz inni byli mocniejsi. Nic nie dało się ukryć. Żandarmeria poinformowana była o wszystkim lepiej od nas. Wiedziała o każdym naszym kroku.

Jakże nie miała wiedzieć, skoro mieliśmy w swoim gronie zdrajcę! Trudno opowiedzieć o tych strasznych dniach! Wielu z aresztowanych, Pawle, znasz: Walę Bruzżak, Różę Grincman z powiatowego miasta, niemal że podlotka, bo liczącą zaledwie siedemnaście lat: dobra to była dziewczyna, oczy miała jakieś pełne ufności. Potem Saszę Bunszafta, wiesz tego zecera, wesołego chłopaka, co to zawsze rysował karykatury właściciela. A więc następnie dwaj gimnazjaliści - Nowosielski i Tużyc. Tych wszystkich znasz. A pozostali - z powiatowego miasteczka i wioski. Ogółem aresztowano dwadzieścia dziewięć osób, pomiędzy nimi sześć kobiet. Wszystkich ich bestialsko męczono. Walę i Różę zgwałcono już pierwszego dnia. Znęcano się nad nimi straszliwie. Gdy przywleczono je do celi, były na wpół martwe. Róża zaczęła majaczyć, a po kilku dniach dostała pomieszania zmysłów.

W obłęd jej nie wierzono, uważano ją za symulantkę i podczas każdego przesłuchania bito. Gdy ją rozstrzeliwano, strach było na nią patrzeć: twarz miała czarną od razów, a oczy dzikie, obłąkane - zupełna staruszka.

Wala Bruzżak do ostatniej chwili trzymała się dobrze. Wszyscy zginęli jak prawdziwi bojownicy. Nie wiem, skąd czerpali siły, lecz czy można, Pawle, opowiedzieć wszystko o ich śmierci? Nie, to jest niemożliwe. Ta śmierć okropniejsza jest od słów... Wala brała udział w najniebezpieczniejszej robocie: utrzymywała kontakt z radiotelegrafistami sztabu polskiego i ją właśnie dla skontaktowania się z nimi posyłano do powiatu. Podczas rewizji znaleziono u niej dwa granaty i brauning. Granaty doręczył jej ten sam prowokator. Wszystko było tak ukartowane, by móc oskarżyć ją o zamiar wysadzenia sztabu w powietrze.

Ech, Pawle, trudno mi mówić o tych ostatnich dniach, no, ale jeśli tego żądasz, to ci powiem. Sąd polowy skazał Walę i jeszcze dwóch na powieszenie, resztę towarzyszy - na rozstrzelanie. Żołnierzy polskich, wśród których prowadziliśmy robotę, sądzono o dwa dni wcześniej niż nas.

Młodego kaprala, radiotelegrafistę Śniegurkę, który przed wojną pracował w Łodzi jako elektromonter, oskarżono o zdradę ojczyzny i o propagandę komunistyczną wśród żołnierzy. Skazano go na rozstrzelanie. Nie złożył prośby o ułaskawienie i został rozstrzelany w dobę po wyroku.

Walę wezwano jako świadka w jego sprawie. Opowiadała nam potem, że Śniegurko przyznał się do szerzenia propagandy komunistycznej, lecz w ostry sposób zaprotestował przeciwko oskarżeniu go o zdradę ojczyzny. "Moja ojczyzna - powiedział - to ludowa, socjalistyczna Polska. Tak, jestem członkiem Komunistycznej Partii Polski, do wojska wcielono mnie gwałtem i otwierałem oczy takim jak ja żołnierzom, których gnaliście na front. Możecie mnie za to powiesić, lecz ja mojej ojczyzny nie zdradziłem i nie zdradzę. Ale różne są nasze ojczyzny: wasza jest pańska, a moja - robotniczo-chłopska. I w tej mojej ojczyźnie, która powstanie - jestem o tym głęboko przekonany - nikt nie nazwie mnie zdrajcą".

Po wyroku wszystkich nas trzymano już razem, a przed straceniem zagnali nas do więzienia. W ciągu nocy na wprost więzienia, przy szpitalu, ustawiono szubienice; tuż przy lesie, opodal drogi nad urwiskiem, wybrano miejsce na egzekucję; tam też wykopano dla nas wspólny dół.

W mieście wywieszono ogłoszenie o wyroku, by wszyscy o nim wiedzieli. Żandarmi postanowili rozprawić się z nami na oczach ludności, w dzień, żeby wszyscy zobaczyli i bali się. Z rana jęli spędzać ludzi z miasta ku szubienicy. Niektórzy szli z ciekawości, chociaż oblatywał ich strach - jednakże szli. Przy szubienicach zebrał się wielki tłum. Gdziekolwiek okiem sięgnąć, widać było głowy ludzkie. Więzienie, jak wiesz, otoczone jest płotem z belek. Szubienicę postawiono tuż obok więzienia i dolatywał nas ludzki gwar. Na ulicy ustawiono karabin maszynowy, a z całego okręgu spędzono pieszą i konną żandarmerię. Cały batalion otoczył ogrody warzywne i ulice. Dla skazanych na powieszenie wykopano dół tuż przy szubienicy. Oczekiwaliśmy śmierci w milczeniu, zamieniając ze sobą niekiedy parę słów. O wszystkim pomówiliśmy już poprzedniego dnia i wtedy też pożegnaliśmy się. Tylko Róża szeptała w kącie celi coś niezrozumiałego, rozmawiając sama ze sobą. Wala, zmęczona gwałtem i biciem, nie mogła chodzić i przeważnie leżała. A komunistki z miasteczka, rodzone siostry, padłszy sobie w objęcia, żegnały się i nie mogąc zapanować nad sobą wybuchnęły płaczem. Stiepanow z powiatu, chłopak młody i silny jak atleta, który broniąc się przed aresztowaniem zranił dwóch żandarmów, ciągle powtarzał siostrom: "Nie trzeba łez! Wypłaczcie się tutaj, by już nie płakać tam. Po cóż krwawe psy mają się cieszyć! I tak nie zlitują się nad nami, i tak zginiemy, więc lepiej już umierać mężnie. Niech nikt z nas nie upadnie na kolana. Towarzysze, pamiętajcie, że umierać trzeba godnie".

I oto przyszli po nas. Na przedzie Szwarkowski, naczelnik kontrwywiadu, wściekły pies, sadysta. Ten, jeżeli sam nie gwałcił, to kazał gwałcić żandarmom, sam zaś rozkoszował się tym widokiem. Między więzieniem a szubienicą stał kordon żandarmów. stały te "kanarki", jak ich z racji żółtych wyłogów nazywano, z obnażonymi szablami.

Wypędzili nas kolbami na podwórzec więzienny, ustawili czwórkami i otworzywszy wrota wyprowadzili na ulicę. Postawiono nas przed szubienicą, żebyśmy się przyglądali straceniu naszych towarzyszy, a potem miała przyjść kolej i na nas. Szubienica była wysoka, zbita z grubych belek. Na niej wisiały trzy pętle z grubego, kręconego powrozu, a pomost z drabinką oparty był o słupek odrzutowy. Morze ludzkich głów ledwo dosłyszalnie szumi, kołysze się. Wszystkie spojrzenia skierowane są na nas. Poznajemy swoich.

Na ganku opodal zebrali się panowie dziedzice z lornetkami, a wśród nich i oficerowie. Przyszli popatrzeć, jak to się będzie wieszać bolszewików.

Pod stopami miękki śnieg, las od śniegu jest siwy, drzewa jak gdyby pokryte watą, płatki śniegu wirują, powoli opadają i topnieją na naszych gorących twarzach, a podnóżek jest również przyprószony śniegiem. Jesteśmy wszyscy prawie nadzy, lecz nikt z nas nie czuje zimna, a Stiepanow nie spostrzega nawet, że jest tylko w samych skarpetkach.

Przy szubienicy stanął prokurator i wyżsi oficerowie. Wyprowadzono wreszcie z więzienia Walę i owych dwóch towarzyszy skazanych na powieszenie. Wszyscy troje trzymali się pod ręce. Walę wzięli pomiędzy siebie, nie miała siły iść, towarzysze podtrzymywali ją, a ona starała się iść prosto, pomna słów Stiepanowa: "Trzeba nam pięknie umierać!". Nie miała na sobie palta, tylko sweter.

Szwarkowskiemu nie podobało się widocznie, że szli trzymając się pod ręce, i popchnął ich. Wala powiedziała coś i za to słowo żandarm konny z całej siły smagnął ją w twarz nahajką.

W tłumie krzyknęła przeraźliwie jakaś kobieta; miotając się i obłędnie zawodząc usiłowała przedrzeć się przez kordon żołnierzy ku idącym, lecz schwytano ją i gdzieś zawleczono. Na pewno była to matka Wali. Gdy znaleźli się w pobliżu szubienicy, Wala zaśpiewała. Nigdy nie słyszałem podobnego głosu - z takim żarem może śpiewać tylko idący na śmierć. Zaśpiewała Warszawiankę, towarzysze jej zawtórowali. Smagały ich nahaje kawalerzystów; bito ich z tępą wściekłością. Lecz oni jak gdyby nie czuli ciosów. Zwalono ich wreszcie z nóg i zawleczono ku szubienicy jak worki. Szybko odczytano wyrok i zaczęto zarzucać im pętle. Wtedy zaśpiewaliśmy:
- Wyklęty powstań ludu ziemi...

Rzucono się ku nam z różnych stron. Widziałem tylko, jak żołnierz wybił kolbą słupek spod podnóżka i jak wszyscy troje zakołysali się na stryczkach... Nam, dziesięciu, dopiero pod murem odczytano wyrok zamieniający - z łaski generała - karę śmierci na dwadzieścia lat katorgi. Pozostałych siedemnastu rozstrzelano.

Samuel szarpnął kołnierz koszuli, jak gdyby go dusił.
- Powieszonych nie zdejmowano w ciągu trzech dni. Przy szubienicy w dzień i w nocy stał patrol. Potem przyprowadzono do naszego więzienia nowych aresztantów. Opowiadali oni: "Na czwarty dzień spadło ciało towarzysza Toboldina, był on najcięższy. wówczas zdjęto też pozostałych i zakopano tuż obok". Lecz szubienica została i gdy nas tu prowadzono, widzieliśmy ją. I dotąd jeszcze stoi ze stryczkami - w oczekiwaniu nowych ofiar.

Samuel umilkł utkwiwszy gdzieś w dali nieruchome spojrzenie. A Paweł nie zauważył, że opowiadanie jest już skończone. Przed oczyma jego wyraźnie wyrastały trzy ludzkie ciała, kołyszące się w milczeniu, ze strasznymi, przechylonymi na bok głowami... Na ulicy rozległ się ostry sygnał na zbiórkę. Na dźwięk ten Paweł, jak gdyby się ocknął i powiedział cichym, ledwo dosłyszalnym głosem:
- Chodźmy stąd Samuelu!

Przez ulicę otoczoną kordonem kawalerii szli wzięci do niewoli. Przed bramą więzienia stał komisarz pułkowy i kończył właśnie pisanie rozkazu na kartce polowego notatnika.
- Weźcie to, towarzyszu Antipow - wręczył kartkę barczystemu dowódcy szwadronu. - przydzielcie patrol konny i wszystkich jeńców odeślijcie do Nowogrodu Wołyńskiego. Rannych należy opatrzyć, położyć na fury i wysłać w tym samym kierunku. Odprowadźcie ich dwadzieścia wiorst poza miasto i niech jadą dalej. Nie mamy czasu zawracać sobie nimi głowy, uważajcie, by nikt brutalnie nie traktował jeńców.

Sadowiąc się w siodle Paweł obrócił się ku Samuelowi:
- Słyszałeś? Oni naszych wieszają, a my mamy odprowadzić ich do swoich i nie traktować brutalnie. Ale czy sił na to starczy?
Komisarz pułku obrócił ku niemu głowę i zatopił w nim wzrok. Paweł usłyszał twarde, oschłe słowa, które komisarz pułku powiedział jak gdyby do siebie samego:
- Za okrucieństwa w stosunku do bezbronnych jeńców będziemy rozstrzeliwali. Nie jesteśmy białymi!

Odjeżdżając od bramy Paweł przypomniał sobie ostatnie słowa rozkazu Rewolucyjnej Rady Wojennej odczytanego przed pułkiem: "Robotniczo-chłopski kraj kocha swą Armię Czerwoną, szczyci się nią i żąda, by na jej sztandarze nie było ani jednej plamy".
- Ani jednej plamy - szepcą usta Pawła.


Mikołaj Ostrowski, "Jak hartowała się stal",
Warszawa 1952, str. 180-189