banner
 Start   Aktualności   Dokumenty
 Brzask
 Galeria
 Świat
 Historia
 Forum
 Kontakt
 Linki 

Babcia


Był rok 1945. Jesień miała się ku końcowi, wiatr ogałacał gałęzie drzew z resztek liści, hulał w kominach, zrywał poszycie wiejskich chałup. Bandy grasowały na całego, siały śmierć, rabowały, niszczyły dobytek. Ciosy spadały przede wszystkim na posterunki milicji, dość gęsto rozsiane wówczas po całym województwie. Różne były losy napadniętych milicjantów. Śmierć lub rany, w najlepszym wypadku rozbrojenie lub chłosta. Coraz częściej jednak bandyci dostawali tęgie lanie, ale i obrońcy tę zwycięską walkę z wewnętrznym wrogiem okupowali ciężkimi stratami. A w sytuacjach, gdy posterunek atakowało kilkudziesięciu doskonale uzbrojonych opryszków, los garstki obrońców był z góry przesądzony. Dzień w dzień rozbijano jakiś posterunek, niektóre nachodzono kilkakrotnie w ciągu miesiąca. W tamtych czasach posterunki przyjmowały pierwsze uderzenie. Stanowiły prawdziwe bastiony demokracji, gdzie ludzie często walczyli do ostatniego naboju. Śmiem twierdzić, że największe straty w ludziach poniosły wtedy właśnie posterunki.

Kiedy po raz piąty rozbito posterunek w Zalesiu, władze wojewódzkie długo zastanawiały się, czy jest sens organizować go na nowo. Zapadła wreszcie decyzja - tak! Resztki poprzedniej załogi przeniesiono do sąsiednich powiatów, a Zalesie obsadzono nowymi ludźmi. Byli to tacy sami rozbitkowie. Mnie powierzono stanowisko komendanta. Miałem kilkunastu milicjantów, dość nędznie ubranych i skromnie uzbrojonych, a na dodatek porządnie wygłodzonych. Jako tako uporządkowaliśmy pomieszczenia i zaczęliśmy rozglądać się za pożywieniem. Wieś była spora, na pierwszy rzut oka zamożna, sądziłem więc, że kłopotów z kupieniem żywności nie będzie.

Już u pierwszego chłopa spotkało nas rozczarowanie. Odmówił szorstko, tłumacząc się brakiem produktów. W następnej zagrodzie to samo, wąsaty rolnik najwyraźniej lekceważył przedstawicieli władzy, a kiedy zamierzaliśmy wejść na podwórze, zaszedł nam drogę. Po kilku dalszych, równie bezowocnych próbach nawiązania kontaktu z miejscową ludnością zrezygnowaliśmy ostatecznie z ugotowania ciepłej strawy. A tymczasem żelazne porcje szybko znikły w żołądkach młodych i silnych mężczyzn.

Nazajutrz historia się powtórzyła. Chłopi wyraźnie nas unikali.
- A może zastosować ostrzejsze środki? - zagadnął nieśmiało mój zastępca. Szybko przywołałem go do porządku, chociaż w duchu przyznawałem mu rację. Wysłałem łącznika do powiatu.

Wieczorem przyszedł sołtys, dokładnie zamknął drzwi i usiadł na krześle bardzo wystraszony. Patrzyłem na tego małego człowieka wyczekująco. Co go sprowadza?
- Panie komendancie - zaczął wreszcie - szkoda waszego czasu i zdrowia. Nic z tego. Uchodźcie stąd czym prędzej, jeżeli nie chcecie podzielić losu kolegów. "Boryna" zakazał żywić "czerwonych", groził podpaleniem i śmiercią. Ludziska chcą żyć. Zrozum pan...
- Niedoczekanie wasze - odburknąłem - Zostaniemy!
- Nie moje, panie władzo, nie moje - wyrecytował sołtys. - Ja z dobrego serca... ostrzegam... doradzam... narażam się... Leśni nikogo nie uszanują.
- A jednak zostaniemy - wycedziłem przez zęby - choćbyśmy mieli zdychać z głodu.

Chwilę odprowadzałem wzrokiem ginącą w ciemnościach sylwetkę człowieka. Wróg czy przyjaciel? Któż to wie... Długo nie mogłem usnąć na niewygodnej pryczy. Łącznik wrócił dopiero w południe. Przywiózł trochę chleba i konserw oraz słowa otuchy - głowy do góry, tam o nas myślą.

Chłopcy tymczasem naprawiali wokół posterunku zasieki, a ja sporządzałem alarmujący meldunek do zwierzchnika w powiecie. Ledwie dopisałem ostatnie słowa, kiedy do pokoju wszedł dyżurny.
- Obywatelu plutonowy, jakaś starsza kobieta prosi o przyjęcie. Mówi, że jest sąsiadką z przeciwka.
- Niech wejdzie! - skwitowałem krótko i zająłem miejsce za czymś, co przypominało biurko. Po chwili siedziała przede mną drobna, może siedemdziesięcioletnia kobiecina. Miała na sobie ciemny, wyświechtany płaszcz, głowę jej otulała gruba wełniana chusta, nogi tkwiły w staromodnych, lecz przyzwoicie wyglądających pantoflach. Widać odzież została wyjęta dopiero z kufra, bo w pokoju unosiła się woń stęchlizny i zwietrzałego środka przeciw molom.
- Co babcię sprowadza tutaj? - zagadnąłem zaciekawiony tą niespodziewaną wizytą. - Bezpieczniej chyba w domu siedzieć lub sąsiadów odwiedzać.
- Ano, właśnie... sąsiadów - przytaknęła. - Tom przyszła. My sąsiedzi. O, widzi pan - tu wskazała palcem okno - moja chata wedle waszej. Samiuteńka jestem, niczym sierotka, Niemcy zabili synową i syna, a Józik, drugi syn znaczy, poszedł z tamtymi... Duszę diabłu zaprzedał, podli się gdzieś w lesie, z krzywdy ludzkiej żyje. Psubraty zbałamucili chłopaka, niech im ziemia lekką będzie. Miejscowi powiadają, że ubili go za nieposłuszeństwo. Prawda to?

Staruszka ocierała łzy dłonią, pociągała nosem, oczekiwała pocieszenia. Milczałem, szukając odpowiedzi, lecz nic stosownego nie przychodziło mi do głowy.
- Może to i prawda - wykrztusiłem wreszcie - a może i fałsz. Kto to wie... Wdzięczni jesteśmy za odwiedziny, przychodźcie częściej, dobrych sąsiadów poznać wypada.
- A żebyś wiedział, gołąbeczku. Święta prawda. Ja tam wiem swoje. Niejednego doznałam w życiu. Ot, pomyśl, mieszkam tu od kolebki, znam wszystkich, mnie znają. I co z tego? Sama haruję ciężko. Swój nie pomoże, a wasi zawsze. Ludzcy byli, wyrozumiali, odważni. Znam wasze kłopoty, po to tu przyszłam. Czego chcecie? Mów! Chleb, ziemniaki, kapusta. Starczy mnie i wam. Przeczekamy parę dni, tygodni. Zapłaty nie potrzebuję. Ugotować mogę, bieliznę uprać, posprzątać.

Z sympatią patrzyłem na tę starą kobietę o pomarszczonej twarzy i spracowanych dłoniach, ale czułym sercu i mądrym spojrzeniu. Nazajutrz rano po raz pierwszy od trzech dni jedliśmy ciepłą strawę. Babcia energicznie krzątała się po kuchni, później dokładnie posprzątała sypialnię, pościerała kurz ze stołów. Mówiła mało, choć widać było, że szuka okazji do dyskusji. Zyskaliśmy wspaniałą gospodynię, prawdziwego przyjaciela. Codziennie przygotowywała posiłki, nawet wówczas, kiedy posterunek prawie pustoszał. Bandy nie zasypiały bowiem gruszek w popiele. Krwawy "Boryna" hasał bezkarnie, okradał spółdzielnie, chłostał rolników, mordował, groził. Kiedyś roztrzęsiona staruszka przyniosła pomiętą kartkę papieru.
- Czytaj! - rzuciła jednym tchem. - Grożą wałkonie, niedoczekanie ich. Wiem, co robię!

Koślawe pismo kłuło w oczy. Anonimowy autor groził: "Jeżeli nie skończysz z nimi, my skończymy z tobą. Pamiętaj!" Na próżno perswadowałem, żeby pozbyła się kłopotów, wróciła na własne podwórko.
- Co im po mnie - odpowiedziała. - Straszą i tyle. Albo to mi pierwszyzna. Widzisz, ciągle żyję. Ot, smarkacze. Boga się nie boją.

I tak już pozostało. Milicjanci polubili babcię, wyręczali ją w cięższych pracach, dzielili się własnymi przydziałami żywności, które zaczęły dość regularnie napływać z powiatu. Trudno było teraz wyobrazić sobie nasz "dom" bez tej pracowitej i uśmiechniętej kobiety.

Pewnej nocy obudził nas głos dzwonu alarmowego. Płonęła obora babci. Zdołaliśmy uratować krowę i dwie owce, a przed spłonięciem stodołę i chałupę. Zmarkotniała staruszka nieco przygasła. Trwało to jednak krótko. Po kilku dniach wszystko wróciło do normy, a nasza gospodyni z jeszcze większą werwą zabrała się do roboty. Zaproponowaliśmy jej zamieszkanie w posterunku. Początkowo odmówiła oburzona, lecz w końcu uległa. Do swojej chatki chodziła po to, by podlać kwiaty i nakarmić chudobę.

W grudniu przeżyliśmy pierwszy napad. Banda była liczna, lecz skutecznie odpieraliśmy ataki. Wróg w końcu wycofał się, zabierając rannych i zabitych. Warownia w Zalesiu zdała więc egzamin. Babcia przez cały czas zachowywała się dzielnie. Pod adresem napastników padło z jej ust sporo ostrych słów. Gdyby słowa mogły zabijać, żaden bandyta nie uszedłby z życiem. Po tym wydarzeniu babcia zupełnie poważnie zainteresowała się bronią.
- Naucz mnie strzelać - powiada. - Co będzie, jak was nie stanie? Ciągle jeździcie. Ja i wartownik - tu siebie wymieniła na pierwszym miejscu - poradzimy sobie z tymi ciemięgami. Widziałeś, wiali jak opętani. Tchórze! Zachciało im się wojenki. Bezbronnych gnębić to potrafią.

Pokłóciłem się z tą upartą kobietą. Ani rusz nie chciała zrozumieć, że karabin "kopie", że strzelanie to męska sprawa. Przez kilka następnych dni unikała mnie, chodziła obrażona, wreszcie demonstracyjnie oznajmiła, że "idzie do siebie".
- Nie boję się nikogo - skomentowała krótko decyzję. - Raz kozie śmierć. W razie czego obronisz staruchę, prawda?

Cóż było robić, nie oponowałem, wzruszyłem ramionami i bez słowa odprowadziłem wzrokiem kobietę, którą przecież kochaliśmy jak matkę. Odwiedzała nasze gospodarstwo trzy razy dziennie z dokładnością zegarka, chociaż przedmiotu takiego u niej w domu nikt z nas nie widział. Przynosiła warzywa, ziemniaki, pachnący chleb, niekiedy trochę masła i tuzin jaj.
- Pieniądze? - patrzyła na mnie zdziwiona. - Dobre wasze, dobre moje. Zresztą co wy wiecie - zakończyła tajemniczo i umilkła.

A jednak coś niecoś wiedzieliśmy. Niektórzy rolnicy, cisi sprzymierzeńcy, od pewnego czasu za pośrednictwem babci zaopatrywali naszą spiżarnię. Prosili o dyskrecję, milczała więc jak mur. Stosunki z miejscową ludnością były nadal chłodne, raczej oficjalne. Nie odczuwaliśmy wszakże jawnej wrogości. Do milicji ludzie przychodzili w poważniejszych sprawach, drobne porachunki załatwiano między sobą, bez zbytniego rozgłosu. Honor nie pozwalał z byle czym lecieć do władzy. Silnie były tu bowiem zakorzenione tradycje szlacheckie. Za szlachcica uchodził w Zalesiu prawie każdy, ba, nawet nasza gospodyni powoływała się kiedyś na błękitną krew ojcowską.

Usiłowaliśmy przełamać lody. Szło opornie. Uporządkowaliśmy teren przed budynkiem posterunku, później postawiliśmy "na nogi" parkan okalający szopę. Mieszkańcy zaczęli patrzeć na milicjantów coraz przychylniej. A już absolutne poważanie zdobył sobie Franek Zagiełło, ratując czteroletnią dziewczynkę przed niechybną śmiercią. Spod nóg rozszalałego konia, pośrodku wsi, wyrwał nieświadome niczego dziecko. Długo komentowano odważny czyn najmłodszego milicjanta.

"Boryna" jakby przycichł po ostatniej akcji grupy operacyjnej z województwa. Nieźle przetrzebiono wówczas jego bandę, a sam watażka cudem uniknął śmierci.

Przyroda budziła się już do życia, rolnicy wychodzili w pole. Babciną działkę zaorali i obsiali chłopcy z posterunku, a czynili to z wielką wprawą i energią. Święto Pracy minęło spokojnie. Zaraz po pierwszym zaginęła nagle babcia. Wróciłem właśnie z powiatu. Dyżurny niezwłocznie zameldował mi o tajemniczym zniknięciu Eugenii Gradeckiej.
- Zawsze przychodziła regularnie przygotować posiłki, aż raptem taka zmiana. Sprawdzaliśmy: drzwi zamknięte, w chacie żywej duszy.
- Byliście wewnątrz? - zapytałem.
- Nie! - odparł zdziwiony dyżurny.

Dochodziła godzina szósta wieczorem, a więc minęło co najmniej kilkanaście godzin od zniknięcia Gradeckiej. Tknęło mnie złe przeczucie. Postanowiłem osobiście obejrzeć mieszkanie. Drzwi otworzyliśmy bez trudu. W kuchni i pokoju panował idealny porządek, tylko dawno widać nie wietrzoną alkowę wypełniało stęchłe powietrze. Na stole znalazłem małą kartkę zwiniętą w rulonik. Ostrożnie odwinąłem. Odczytałem słowa nakreślone niewprawnym charakterem pisma: "Droga Mamo! Jutro wczesnym rankiem przyjdź na Czarcią Polanę. Będę czekał. A ino uważaj... Józek". Poczułem drżenie rąk, zimny pot wystąpił mi na czoło. Zwietrzyłem szatański podstęp. Nie było czasu do stracenia. Wzięliśmy ze sobą ociągającego się sołtysa. Był wyraźnie niezadowolony z roli przewodnika, coś mruczał pod nosem, lecz w końcu ruszył w kierunku lasu. Za wsią skręciliśmy w prawo, a po przejściu wąską ścieżką kilkuset metrów i przekroczeniu płytkiej rzeczki znaleźliśmy się na łące usłanej złocistożółtymi kaczeńcami. Do lasu podchodziliśmy tyralierą, z bronią w pogotowiu, zachowując absolutną ciszę. Szedłem obok sołtysa, trząsł się jak osika, pozostawał w tyle. Wkrótce wchłonął nas sosnowy las, gałęzie szumiały szarpane porywistym wiatrem, który od wsi niósł czarne chmury.

- To tu! - szepnął przewodnik, wskazując obszerną polanę porośniętą nielicznymi krzakami jałowca i usłaną omszałymi kamieniami różnej wielkości. Niespokojnie rozejrzałem się wokół, lecz nic nie wskazywało na obecność ludzi. Nakazałem dokładną penetrację polany i najbliższego otoczenia, ponaglałem do pośpiechu, bo lada moment mógł spaść deszcz. Zanim upłynęła minuta, poczułem dotknięcie czyjejś ręki. Był to Franek Zagiełło. Bez słowa wskazał krzak jałowca rosnący między dwoma sporymi kamieniami. Pobladła twarz chłopca nie wróżyła nic dobrego. Po twarzy spływały łzy, a może krople deszczu...

Dotychczas prześladuje mnie tamten widok. Babcia leżała na plecach, w głowie widniał mały otworek, krew zastygła na pomarszczonych policzkach. Miała na sobie ten sam płaszcz i te same pantofle, w których przyszła pierwszy raz odwiedzić posterunek. Tylko głowę otulała inna chustka, chyba jedwabna w niebiesko-czerwone wzory. Obok stał kosz przykryty śnieżnobiałą serwetką. W odległości dwóch metrów, przy sąsiednim kamieniu leżał niemłody już mężczyzna, twarz miał przeoraną serią z pistoletu maszynowego. Sołtys rozpoznał w zabitym Józefa Gradeckiego.

- Matka i syn - wymamrotał z dziwnym błyskiem w oczach. - Przeklęci mordercy! Nie oszczędzili nawet swojego. A czymże zawiniła ta dobra kobieta? Czym? Przeklęci!

Były to ostatnie ofiary okrutnego "Boryny". W ciągu kilku miesięcy banda została rozbita. W jej likwidacji wydatnej pomocy udzielili nam mieszkańcy Zalesia.

Od tamtych tragicznych wydarzeń minęło ponad ćwierć wieku. Ale pamięć o tej odważnej kobiecie nie zginęła. Niekiedy odwiedzam mały cmentarzyk wiejski, gdzie pośród mogił poległych milicjantów znajduje się grób Eugenii Gradeckiej. Naszej babci.

***

Romuald Łabanow

[w:] "Z maską i bez maski", Warszawa 1977, str. 30-37