![]() |
| Start | Aktualności | Dokumenty |
Brzask |
Galeria |
Świat
|
Historia |
Forum
|
Kontakt |
Linki |
|
„Niech się nazywa Włodzimierz...”
Wiemy, ze Helena jest dzielna, wiemy, że obcy jest jej strach. Ale pamiętamy o miesiącach przymusowego bezruchu, kiedy to faszystowska administracja za jakąś kolejną „karę” pozbawiła ją spaceru przez kilka miesięcy. Pamiętamy, że jeszcze miesiąc temu Helena brała udział w trzydniowej głodówce, którą komuna więzienna prowadziła w obronie praw więźniów politycznych. Wzmaga to nasz niepokój i potęguje napięcie. Poczucie bezsiły w takim momencie – za zamkniętymi drzwiami – doprowadza człowieka do pasji. Nagle do „judasza” wpada gorączkowy szept „kalefaktorki” (więźniarki kryminalnej na usługach administracji więziennej): „wasza towarzyszka umiera, te dranie ją zabiją!” Natychmiast poszły w ruch stołki i miski – raban. Walimy do drzwi czym się da. Komuna żąda: przenieść towarzyszkę Wieczorek do szpitala albo sprowadzić lekarza do więzienia. W kwadrans przyjeżdża pogotowie i wtedy zawisa nad naszym blokiem napięta, ciągnąca się w nieskończoność cisza, którą przerywa wreszcie nieludzki okrzyk bólu. I po chwili wyprowadzają mnie jako delegatkę więźniów politycznych do ponurej pojedynki, widzę Helę obłożoną duszami od żelazek („najnowsza metoda w ginekologii...”) i uśmiech matki rozpromieniający jej umęczoną twarz. Słabym ruchem ręki przywołała mnie do łóżka i ściskając mi dłoń, urywanym gwałtownym szeptem wtłaczała mi w ucho: - Niech się nazywa WŁODZIMIERZ...W to imię włożyła całą swoją nienawiść do barbarzyńskich metod
faszyzmu, pogardę dla stupajkowskiej administracji więziennej, swą
żarliwą wiarę w słuszność sprawy, za którą byłyśmy uwięzione. I imię to
zabrzmiało w moich uszach w grubych murach więziennych jak gorące,
natarczywe, bojowe wezwanie do walki. Tak oto 20 listopada 1933 roku
urodził się Włodzimierz Wieczorek, syn dobrze znanego na terenie Śląska
działacza komunistycznego, Józefa Wieczorka.
Komuna nasza rozpoczęła walkę przeciwko izolacji – tzw. celom „pojedynkom”. Trzymano nas w całkowitym odosobnieniu po dwa lata po zasądzeniu i uprawomocnieniu się wyroku. Była to jedna z najbardziej wyrafinowanych i łajdackich metod faszyzmu, chciano nas moralnie złamać przez izolację i pozbawienie książek. Przede wszystkim chodziło nam o przewiezienie do więzienia w Fordonie tow. Wieczorkowej z dzieckiem. Przypuszczałyśmy bowiem, że tam w większym kolektywie więźniów politycznych będzie miała znośniejsze warunki. Dopięłyśmy swego, a w miesiąc po Włodku, wyrwałam się i ja również – po osiemnastu i pół miesiącach pojedynki – z piekła poznańskiego więzienia. I znów w Fordonie spotkałam się z Włodziem w maleńkiej celce, gdzie wolnej przestrzeni pozostawało półtora kroku wzdłuż i niepełna krok – wszerz. Niejednego guza nabił sobie Włodek w tej celce. Włodzio służył nam jako łącznik. Przez niego szła poczta do towarzyszek. W pieluszkach jego zawsze były „grypsy”. Gdy Włodzio podrósł, musiałyśmy go „zdjąć ze stanowiska łącznika”, gdyż dziesięciomiesięczne maleństwo swym krzątaniem się mogło „zasypać” naszą pocztę. Pierwszym słowem, które Włodzio wypowiedział nie było „mama”, ale „pszysta” (faszysta). „Pszysta” - wołał na klucznika, gdy ten odpędzał go brutalnie od okna, dokąd wystawiałyśmy go niekiedy, aby odetchnął świeżym powietrzem. „Pszysta” - skarżył się cicho, gdy wpychano nas do cel po spacerze i zatrzaskiwano drzwi. Niezatarte wrażenie pozostawiły majaczenia senne tego niespełna rocznego więźnia faszyzmu. Pewnego razu wyciągnęłam Włodka do góry, by nałykał się świeżego powietrza, a sama skryłam się, mocno przytrzymując malca. Siedziałyśmy na pierwszym piętrze i z okna naszego widoczny był kawałek rynku fordońskiego, po którym właśnie przejeżdżała furmanka. Dziecko po raz pierwszy zobaczyło konia. Rozradowany wyciągnął paluszek, domagając się wyjaśnienia. Powiedziałam, że to koń. Włodek zaczął wykrzykiwać z zachwytem na cały głos: „Kań! Kan!! Kań!!!” Zauważył go klucznik i ryknął: „Cela nr 12, zabrać mi tamtego szczeniaka!” Włodzio długo płakał i wyciągał rączyny ku zakratowanemu okienku pod sufitem. Kilka nocy następnych Włodzio spał niespokojnie, rzucał się, płakał i wołał, skarżąc się we śnie: „Kań! Pszysta! Kań!!” Gdy Włodzio skończył rok, powiedział nam ktoś poufnie, że administracja więzienna postanowiła oddać go na wychowanie do klasztoru. Wysłaliśmy „gryps” do Międzynarodowej Organizacji Pomocy Rewolucjonistom, prosząc o poczynienie wszelkich starań, by zapobiec temu łajdackiemu zamiarowi. Towarzysze na wolności gorąco zajęli się tą sprawą. Powierzono odebranie i wychowanie Włodka tow. Rydalskiej, która wraz z mężem robotnikiem i dwojgiem dzieci zamieszkiwała w jednej izdebce. Dzięki pomocy Stefanii Sempołowskiej udało się tow. Rydalskiej wyrwać Włodka z łap faszystowskiej administracji więziennej. Gdy piszę o Włodku, z nieodpartą siłą narzuca się wspomnienie o siwej Heli - „Siwce” (tow. Helena Aronowicz). Miała ona pasmo srebrno-siwych włosów pomimo swoich dwudziestu kilku lat i stąd nazwa „Siwka”. Tow. Hela była okręgowcem młodzieżowym, dopiero w końcu 1932 roku wyszła z więzienia poznańskiego i ku swemu przerażeniu ujrzałam ją w 1934 r. znowu w więzieniu, tym razem na Fordonie: wpadła w okręgu lubelskim, gdzie była sekretarzem okręgowego komitetu KZM. Hela była nauczycielką z zawodu i malarką z zamiłowania. Ukończyła szkołę malarską w Warszawie i pedagogikę na Uniwersytecie Warszawskim. Jako politycznie podejrzaną sanacja pozbawiła ją prawa nauczania w szkołach. Szczególnie czule w czasie spacerów na podwórzu więzienia fordońskiego opiekowała się Włodziem. Często swym cichym sugestywnym głosem roztaczała przed nami wspaniałe obrazy organizacji szkolnictwa w n a s z e j P o l s c e. „W pięknych, słonecznych klasach – mówiła Hela – będę naszym dzieciom opowiadała o Włodku. Zobaczycie. Włodek będzie tematem niejednej mojej lekcji.” Hela nie dożyła... Zginęła w 1941 roku. Od tow. Rydalskiej, która w Polsce Ludowej pracowała w Komitecie Centralnym Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, dowiedziałam się o dalszych losach Włodka tuż po wyjściu z więzienia w 1936 roku. Otóż Włodka nie chciano zameldować, gdyż nie miał metryki chrztu. Trzeba było uciec się do pomocy adwokata Teodora Duracza, ażeby wreszcie został zameldowany na podstawie swego jedynego dokumentu: karty zwolnienia z więzienia. Ale tu niezmordowana w tropieniu komunistów policja sanacyjna zaczęła go poszukiwać. W końcu 1935 roku w izdebce tow. Rydalskiej przy ulicy Wielkiej 29 w Warszawie, zjawiła się policja, szukając działacza komunistycznego... Włodzimierza Wieczorka. Włodek liczył już wtedy całe... dwa lata. W Polsce Ludowej Włodek był czynnym działaczem Związku Młodzieży Polskiej. Izabela Różańska
[w:] „KPP. Wspomnienia z pola
walki.”
wyd. Książka i Wiedza, Warszawa 1951 |