![]() |
| Start | Aktualności | Dokumenty |
Brzask |
Galeria |
Świat
|
Historia |
Forum
|
Kontakt |
Linki |
|
17 września - wyzwolenie obozu w Berezie Kartuskiej„Bereza”. Nazwę tę znali wszyscy, acz surowo zakazywano mówić o niej. Nazwa ta wyrosła do znaczenia symbolu, choć mało kto wiedział o niej coś konkretnego. *** Otwiera się brama Berezy dla przyjęcia ofiar. Policjanci uśmiechają się urągliwie, podsuwają się do aresztantów. Rozlega się komenda: - Biegiem! Jednocześnie wściekły cios w głowę ogłusza z lewej strony. Taki sam cios pałką z prawej przywraca równowagę. Uderzenie gumowej pały głucho przytłukło głowę z góry. Aresztowani runęli ku bramie - lecz ciosy sypią się ze wszystkich stron. Biegiem, potykając się, padając i podnosząc się pod ciosami, znów padają, gubiąc swe tłumoki i węzełki. Biegną wśród jakichś zasieków z drutu kolczastego, lecz wszędzie napotykają policjantów. Kaci wyskakują naprzeciw swych ofiar, nastawiają się, jak footbaliści na lecącą piłkę i strasznym zamachem pałki walą ludzi z nóg. - Biegiem! Aresztowani biegną pod gradem ciosów. Nie, nie wszyscy biegną: z tyłu ktoś jęczy przedśmiertnym jękiem, na śniegu. Lecz gonitwa nie ustaje. - Biegiem! Aresztowani przebiegają obok ostatnich policjantów. Ale to jeszcze nie koniec. Brzmi nowy rozkaz: - Padnij! Więźniowie spełniają rozkaz. wszak i tak przed nimi piętrzy się kolczasty zasiek. Policjanci podchodzą i zaczynają bić rozciągnięte na ziemi ciała. Przechodzą od jednego do drugiego i biją... - Wstać! Biegiem marsz! Ludzie słaniający się na nogach padają znów pod ciosami. Biegną - lecz dokąd? Pędzeni ciosami dostają się w jakieś komory z drutu kolczastego. Pod gradem uderzeń wbiegają w drzwi gmachu. Ciosami zapędzeni zostają do maleńkiej izdebki. *** - Rozbierajcie się! - krzyczy policjant. - Tylko prędzej. Z kieszeni wykładać wszystko do czapek. Więźniowie zaczynają się szybko rozbierać, w pośpiechu rozrywając odzienie. Policjant otwiera drzwi i woła swych kolegów. - Prędzej! - wykrzykuje kat. - Prędzej! Trwa to zbyt długo. Ubierać się! Prawie rozdziani więźniowie szybko zaczynają się ubierać, lecz ten z powrotem każe się rozebrać. Powtarza się to wiele razy, koszule z przerażającą szybkością to opadają na plecach, to znów zjeżdżają z nich przez głowę. Lecz pośpiech ten na nic się nie przydaje, bo wykrzyknąć słowo zawsze można prędzej niż odziać się lub rozdziać. - Ech, już ja was przynaglę - krzyczy policjant. - Skłon! - rozkazuje jednemu z więźniów. Nagiego człowieka popychają ku oknu. Ten, trzymany za kark, milcząc, oczekuje z twarzą pociemniałą. Policjant poprawia płaszcz, zamierza się i z okropną siłą wprawia w ruch swą pałę. Rozlega się odgłos uderzenia, jakby drzewo runęło w lesie. Raz. I natychmiast: dwa. Dwie sine pręgi na wysokości dłoni nabrzmiewają w poprzek nagich pleców. *** - Teraz do magazynu - biegiem. Biegiem. Za stołem siedzi policjant, klnąc i złorzecząc, zapisuje rzeczy, rzuca na ludzi puste worki, każe włożyć w nie ubrania. Znów zapędzono nas na korytarz. Baczność. Obrócić się „komunistycznymi mordami” do ściany. Nie oglądać się. - Przez korytarz biegiem. Korytarz prowadzi do niechlujnej, obszernej sali, podpartej słupami. Przez rozbite okna, zasmarowane gliną, przez szpary w drzwiach świszczą przeciągi. Pod ściana piece, kocioł na kółkach. Dwaj okaleczeni więźniowie w łachmanach, z numerami na plecach, krzątają się koło pieca podkładając drewka. Przybyłym znów każą rozebrać się do naga. Numerowani więźniowie obojętnie pracują w dalszym ciągu, nie patrząc nawet na przybyłych. Zbierają odzież, milcząc kładą ją do kotła, okazując zupełny brak zainteresowania wobec nowych towarzyszów, znów stojących twarzą do ściany z obnażonymi, skatowanymi plecami. Potem przychodzi jeszcze jeden więzień i zaczyna strzyc nowicjuszów tak obojętnie, jakby miał przed sobą nie towarzyszy niedoli, lecz jakieś istoty bezduszne. Było to okropne... Twarze bez wyrazu. Ani myśli, ani uczucia. Ponumerowane automaty... Lecz oto za plecami szept: - Towarzysze. Spocznijcie. Co? Co? Co do nich mówią? Nowicjusze nie dosłyszeli słów, lecz zrozumieli to, co najważniejsze: owi ludzie, napiętnowani numerami na plecach, są to towarzysze, oddani i wierni. Noszą maskę na sobie, jakąś okropną maskę Berezy, lecz serca ich po dawnemu biją gorąco i wiernie. Policjant, który na minutę się oddalił, znów powrócił i znowu twarze szarych ludzi stają się ponuro-obojętne. Oto wyjmuje się z kotła parującą, wyparzoną odzież. - Ubierać się. Nowicjusze naciągają na siebie ciężką, mokrą odzież, która nagle z gorącej staje się lodowato-zimna. Pędzą ich w głąb korytarza i znów stawiają twarzą do ściany, jest to zapewne stała postawa dla mieszkańców Berezy. Tysiące przeciągów wyje pod tymi sklepieniami. Mokra odzież przejmuje ciało chłodem nie do zniesienia. Woda, parując, w mgnieniu oka pochłania wszystko ciepło z ciała i ludzie drżą jak w febrze. Nie drżą, ale dygocą. Dygocą ramiona, nogi, całe ciało trzęsie się jak w konwulsjach. Mięśnie dygocą poza kontrolą woli tak, że nie podobna utrzymać się na nogach. Fiju-uuu - świszczą przeciągi po korytarzach i salach, poprzez szczeliny drzwi i okien. Lecz oto znów zbliżają się policjanci i otaczają więźniów. Słychać za plecami: - Ogrzać ich... - i śmiech. I znów zaczyna się masakra ludzi rozstawionych u ścian. Licz, chłopcze. Raz, dwa, trzy, cztery. Cztery? Czyżby tylko cztery? Może więcej, może pięć, sześć... Świadomość kruszy się od nieludzkiego bólu. Raptem rozkaz: - Biegiem marsz. Biegną przez korytarz. Za nimi młodziutki policjant. - Stój. Do góry - biegiem marsz. Aha, schody. - Biegną w górę, wspinają się na piętro... - Z powrotem, biegiem marsz. - Zbiegają w dół. I znowu: - Na górę, biegiem marsz. - Do góry. Na dół. Do góry. Na dół. Ta szalona gonitwa po schodach nie jest ćwiczeniem łatwym. W gardle zaschło, serce tłucze się w niepomiernym wysiłku, jak ptak, nogi odmawiają posłuszeństwa. I oto pierwszy upada piekarz, chory na gruźlicę kości. Pada i traci przytomność. Towarzysze podnoszą go. - Do góry biegiem marsz. Wciągają towarzysza po schodach, pozostając wciąż pod ciosami pałek. Biegną teraz górnym korytarzem, po bokach - drzwi jedne, drugie, trzecie, na komendę wpadają w czwarte. *** - A teraz „Padnij i obróć się na prawy bok”. - Spać - kończy policjant - tylko pamiętajcie: jeśli ktokolwiek odważy się poruszyć... Strażnicy wychodzą. Drzwi zostają otwarte. Ludzie leżą. Podłoga betonowa chciwie pochłania ciepło. Beton wilgotnieje wokół rozpostartego, drętwiejącego ciała. Mróz tutaj prawie taki sam jak na dworze. Nie ma tylko wiatru. Kostnieje biodro, noga, chłód przenika całe ciało. Dla takiego „snu” dość byłoby godziny. Ale noc zimowa jest długa. Wytrwać. Trzeba po prostu wytrwać, nie poddać się zimnu psychicznie. Zdobyć się w sobie na ten sprzeciw, który wspiera siły. Ale to jest możliwe tylko do pewnego czasu. Możliwe przez jakąś chwilę. Ciało, z którego w ciągu dnia wyszarpano wszystkie siły, nie jest zdolne do takiej odporności. Chłód, jakby zaczyna krążyć po wszystkich komórkach ciała; ciało, zda się, zrobiło się porowate jak gąbka. Zatraca się poczucie czasu. Kto wie, czym ludzie mierzą czas bez zegara, czy rytmem swego serca, czy biegiem swej myśli... Lecz kiedy ciało dygoce na betonie wszystkimi włóknami równo i nieustannie, wówczas minuty rozciągają się w jakieś niepojęte wymiary i wie ciało, jak długo dygoce na podłodze. *** - Po wodę biegiem marsz! Pałkami spędzono nas w dół, pałkami wskazywano drogę. Wprzągłszy się w beczkę osadzoną na dwóch kołach, ciągnęliśmy ją wśród zamieci, przez zaspy śnieżne, polem obozu koncentracyjnego. Ja szedłem w dyszlu, towarzysze popychali z tyłu. Czułem, że ręce moje marzną, widziałem - palce zbielały, lecz porzucić dyszel... Zrozumiałem, że dłonie moje giną i spróbowałem ukazać je strażnikowi, porzuciłem nawet dyszel; lecz strażnik zwalił na mnie taki grad razów, że pozostały mi tylko dwie możliwości: albo paść w zaspę śniegu, albo chwycić za dyszel odmrożonymi rękami. *** Ustęp w Berezie. Ach, z jaką pogardą chciałbym opowiadanie swe cisnąć w twarz urzędowym paryskim i londyńskim „obrońcom kultury europejskiej”, humanitarnie ubolewającym nad ruiną „szlachetnej” rzeczypospolitej panów polskich. W każdej sali, gdzie śpi 28 ludzi, stawiany bywa na noc maleńki kubełek. Co rano zawartość kubełka przelewa się ponad krawędzie, wycieka na podłogę. Ludzie wściekają się, nie mogą, oddają mocz do przepełnionego naczynia; wynik jest taki sam, jak gdyby wprost moczyli podłogę. Dyżurni więźniowie biedzą się także - wszak cieczy nie ma czym zebrać z podłogi, policjanci zaś, urągając, będą pałami uczyli schludności. Jednakowoż przed „terminem” nikogo do ustępu nie puszczą, chociaż drzwi są otwarte. W oczekiwaniu na ów „termin” , ludzie stoją czerwoni od naprężenia, oblani kroplami potu od niewiarygodnych wysiłków. Nareszcie - gwizdek. Ludzie z pierwszej sali pędzą przed drzwi, mkną przepisanym wściekłym cwałem obok policjantów, przez cały korytarz i wpadają do maleńkiej komórki ustępu. Tu jest wszystkiego trzy miejsca, wtargnęło zaś tutaj ludzi około trzydziestu. Na każdą salę wyznaczono trzy minuty włączając w nie także bieg przez korytarz. Zagadnienie rozstrzyga się po prostu: „na podłogę”. Mimo to, miejsca zaledwo starczy dla połowy mieszkańców pierwszej sali. Druga połowa czeka na swą kolej. Policjant wszakże już woła, grożąc: „Koniec s...nia!” Pierwszy okrzyk rzadko odnosił skutek i strażnik, wdarłszy się do ubikacji, łupi pałką po grzbietach ludzi. Marsz. Cel - a właściwie sal - jest dużo: siedemnaście. Po każdej pozostaje ślad. A gdy podłoga korytarza już pokryta jest cuchnącymi śladami, policjant nagle zatrzymuje jedną celę: - Co wy biegacie jak senni? Już ja was popędzę! - szydzi. I zaczyna się: Padnij. Wstań. Padnij. Wstań. Podłogę wycierają ciała ludzkie. Odzież, ręce, wszystkie pory przesycone są smrodliwym kałem... Opis mój, być może, grzeszy jaskrawością lub nawet nieprzyzwoitością. Ale przecież w pewnych stolicach Europy nie odwracają nosa od samych wynalazców tej dzikiej katuszy, owszem, podejmują ich życzliwie, jako przedstawicieli sponiewieranego humanitaryzmu europejskiego. *** Nie upadałem na duchu, nie chciałem poddać się rozpaczy. Poprzez maskę ślepego posłuszeństwa, poprzez pozory doszczętnego zdławienia naszej woli, naszej osobowości, odkryłem, że i tutaj opór nasz trwa, ze i tutaj toczy się nieprzejednana, wielka, stanowcza walka... Jakoś przypadkiem znalazłem się w grupie pracującej w „betoniarni”. Kazano mi przesypać łopatą zmarznięty piach, ażeby nie było w nim zlodowaciałych grudek. Niebawem przysunął się do mnie młodziutki więzień, prawie malec. Nie rozprostowawszy się, udając, że niby to całkowicie pochłonięty jest pracą, malec jął mi perswadować: „Trzeba się trzymać. Nie bój się, wdrożysz się, przywykniesz, nic to. Ja tu już sześć miesięcy... Najważniejsze, pilnuj swej uczciwości. Bo tu dają do podpisywania deklarację - na prowokatora. Ale na to godzi się tylko ostatni łajdak. Lepiej zdechnąć. Od dawna chcemy z wami pogadać, lecz was, nowych, ciągle trzymają osobno. A przy tym, nie wiedzieliśmy nawet, do kogo podejść. Wszak na waszej sali już są szuje - deklaranci. Trzeba przeciwdziałać. Trzeba...” - Reichstein - z pogróżką nagle wystąpił zza węgla policjant. - Ileś czasu przesiedział w karcerze, draniu jeden? - Sto pięćdziesiąt dni, panie komendancie. - Stanąwszy na baczność z wyrazem drewnianej, beznamiętnej przepisowości, wyrecytował malec. - I chciałbyś znowu się tam dostać? - Bynajmniej, panie komendancie - skromnie odpowiedział Reichstein. - Nie? To czemu rozmawiasz? Agitujesz, co? - Nie, ja nie rozmawiam - wciąż tak samo skromnie odpowiada tamten, widocznie gotów z całym spokojem pójść znowu do strasznego karceru Berezy. - Znam ja ciebie - rzekł niepewnie policjant. - Marsz w inne miejsce. Dam ja ci agitację. Malec odszedł, najwidoczniej zafrasowany tym, że nie udało mu się doprowadzić do końca zleconej mu instrukcji. Bądź spokojny chłopcze, cel swój osiągnąłeś w pełni. Wskrzesiłeś mnie po prostu do walki. Nie słowy swymi, ale tym, żeś mi wskazał, jak powinien prawdziwy rewolucjonista zachowywać się w warunkach Berezy. *** Aresztantów Berezy, upadających ze znużenia, zaprzęgano do furgonów, naładowanych kamieniami. Aresztantów Berezy zaprzęgano do potwornie olbrzymiego, wielotonowego wału, ugniatającego szosę - wału, obliczonego na siłę pociągową potężnego traktora. Aresztantów Berezy można było bez końca ciskać o ziemię, mrozić zimnem i tarzać w kałużach błota. „Roboty” w Berezie były obliczone na nękanie ludzi i urządzone w ten sposób, żeby jak najwięcej wypruć sił z człowieka. Na przykład, przymuszono nas dźwigać wory z kartoflami na plecach, jakkolwiek można je było przewieźć o wiele prościej i łatwiej na wozach, stojących tuż obok bezczynnie. Jednakowoż w porównaniu z „ćwiczeniami”, roboty były rajem. Niekiedy przecież robót nie starczyło i wtenczas wszystkich zaganiano na „ćwiczenia”. Staraliśmy się wykonywać mnóstwo ruchów zbędnych i niepotrzebnych, byle nie ukończyć roboty, byle nazajutrz nie popędzono nas na „ćwiczenia”. Wszakże chodziło nie tylko o to, żeby samemu wykręcić się od „ćwiczeń”, należało ratować od zguby i towarzyszy. Do pewnego stopnia udało nam się to zorganizować. Zazwyczaj brano na ćwiczenia około stu chłopców spośród nowicjuszów. Ogółem było nas w Berezie powyżej czterystu. Wprowadziliśmy kolejność: przez trzy dni chadzano na roboty, czwartego dnia wsuwano się do grupy, przeznaczonej na ćwiczenia. w ten sposób ucisk ćwiczeń rozkładał się mniej więcej równomiernie na wszystkich, a poza tym od razu nawiązaliśmy styczność z nowicjuszami. Policjanci, nie bacząc na nasze plecy numerowane, słabo orientowali się w doborze grup, po wtóre, nie przychodziło im nawet do głowy, żeby ktoś dobrowolnie lazł na ćwiczenia. Stykanie się z nowicjuszami miało dla nas jeszcze jedno znaczenie wyjątkowo ważne: od nich dowiadywaliśmy się o zdarzeniach politycznych na świecie. Nam, którzyśmy poświęcili siebie „zawodowo” sprawie przebudowy świata, nam, zespolonym w jedno z tą sprawą, dawało się boleśnie we znaki to, że nie tylko nie mieliśmy możności uczestniczenia w walce politycznej poza Berezą, ale nawet nic o niej nie wiedzieliśmy. Podczas pracy, niepostrzeżenie, stary bereziak posuwał się do nowego i nie odchylając się pytał szeptem: - Co tam w Hiszpanii? Takie zawsze bywało pierwsze pytanie. Bohaterska, brocząca krwią Hiszpania stała w ognisku uwagi. Nowicjusz niespokojnie oglądał się na dozorców i zaczynał opowiadać. *** Tortura chłodu i głodu ustąpiła miejsca torturze upału i pragnienia. Karcer Berezy był teraz stale przepełniony. Nie dlatego, iżby zwiększyła się liczba wykroczeń, lecz po prostu dlatego, że teraz można było na długo pakować tam ludzi, zimą zaś człowiek zamarzłby na śmierć. Karcer Berezy: osiem dołów kamiennych wśród pola, osiem celek, ogrodzonych drutem kolczastych, osiem grobów bez jednego promienia światła. Karcer Berezy: wrzucano tam wpółubranego człowieka na siedem dni. Dawano na dwie doby maleńki kawałek chleba i aby nie pozwolić człowiekowi zasnąć, dozorcy dniem i nocą stukali butami co godzinę do drzwi i trzeba było się odezwać: „Jestem”. Najtężsi ludzie na trzeci - czwarty dzień zaczynali podlegać halucynacjom. A po siedmiu dniach wychodzili obrośnięci szczeciną, z zapadniętymi szarymi policzkami, chwiejąc się na nogach, lękając się spojrzeć na słońce oczami, nawykłymi do ciemności. Albo „Droga Stalina”. Była to droga prowadząca przez pole bereskie do karceru i łaźni, droga kolorowa, zrobiona z ułamków cegły, ubita wałem, ciągnionym przez aresztantów, i ich ciałami. Latem kaci Berezy wpadli na pomysł, by zmuszać ludzi do chodzenia obnażonymi kolanami po tej drodze. Ostre odłamki cegieł raniły ciało i czerwona droga jeszcze bardziej czerwieniała tam, gdzie znaczyła ją krew. Policjanci, wśród szyderczego śmiechu, drogę tę nazywali „Drogą Stalina”. Bereziacy przyjęli tę nazwę. Wiedzieli, że droga Stalina twarda jest i ostra. I ta, którą on sam przeszedł, i ta, którą kroczą masy proletariatu całego świata. Ale wiedział też, że ta droga prowadzi ludzkość do szczęścia. I więźniowie Berezy byli dumni, że oprawcy drogę ich cierpień i ich walki nazwali drogą Stalina, podkreślając tym wielkość owej drogi i podsycając wiarę w moc wytrwania skazańców. *** Więźniowie szykowali się do Pierwszego Maja. Musieliśmy przecież dzień ten uczcić, nie bacząc na najgorsze warunki. Z drugiej strony mieliśmy wszelkie podstawy do oczekiwania, że oprawcy nasi z racji święta rewolucyjnego urządzą jakieś wyjątkowe jatki: to również miało swe tradycje w Berezie. Przypomnijmy okropny dzień w Berezie - 9 maja 1936 roku: owej wiosny przez Polskę przeszła potężna fala walk rewolucyjnych. Niemal we wszystkich dużych miastach rozegrały się prawdziwe bitwy między robotnikami a policją wedle wszelkich reguł bojów ulicznych, przy czym robotnicy nieraz odnosili zwycięstwo. Aby pomścić swe porażki na barykadach, władze urządziły dziką rozprawę z bezbronnymi więźniami Berezy. 9 maja wypędzono wszystkich w pole, nakazano położyć się na ziemię i w ciągu kilkunastu godzin tratowano ludzi butami i łupano kijami. W rezultacie dwaj towarzysze - Germaniski, student z Wilna, i Mozyrko, chłop białoruski - zginęli pod kijami, a ponad 60 towarzyszy wiele tygodni poniewierało się w szpitalu. Niejeden z nich na całe życie pozostał kaleką. Z powodu Pierwszego Maja rozprawa taka mogła powtórzyć się i teraz. Nastrój wśród nas był podniosły i mocny. 30 kwietnia podczas przerwy obiadowej policjant w korytarzu zaczął nagle wykrzykiwać nazwiska. Wśród dwudziestu nazwisk wymienił i moje. *** Minęło dwa lata od czasu, gdym wyszedł z Berezy. Zaczęła się wojna. Nocą gdy radio przerażonymi głosami oficerów zapowiadało zwycięstwo, pochwyciłem odgłos kroków za rogiem chaty - znajome odwiedziny policji. Około 25 ludzi zapakowano w jeden wagon pociągu, zmierzającego do Berezy. Od Białej do Brześcia - 35 kilometrów - jechaliśmy 11 godzin. Wieczorem jesteśmy na stacji Bereza. Przed sobą mamy tylko sześć kilometrów drogi. *** - Biegiem. Wiedziałem co to znaczy i rzuciłem się we wrota. - Padnij. Dziś bito nie palkami gumowymi, tylko zwykłymi drągami. - Biegiem. Ludzie w mroku, nie znając labiryntu dróżek w Berezie, wbiegli w zasieki. Wywikławszy się z drutów kolczastych, popędzili dalej. Słyszę przed sobą znajome sapanie otyłego olbrzyma, policjanta Tomaki. Ciężko dysząc, zwala mnie z nóg długim drągiem. Pierwszą noc przeżyliśmy jak trupy, skatowani drągami, półświadomi. Nazajutrz nikt do nas nie zaglądał, następnego zaś rana, nabrawszy śmiałości, zaczęliśmy bębnić do drzwi. Wszedł do nas zdziwiony policjant. Najprawdopodobniej o nas w ogóle zapomniano. Po upływie pół godziny wszystkich nas wyprowadzono na powietrze. Słoneczny dzień oślepiał oczy. Jednego spojrzenia na pole dość było, aby pojąć, czemu o nas zapomniano. Bereza była nie ta sama co dawniej. Cała przestrzeń stanowiąca wprzódy obszerną łąkę, podzielona była teraz wysokimi przegrodami z drutu kolczastego na cztery kolosalne klatki i w każdej z klatek tych mrowiło się od ludzi. Nad wielotysięczną ciżbą wrzał głośny zgiełk. Słyszało się znajome „wstań” i „padnij”. Policjanci mieli w rękach długie pałki bambusowe, rozszczepione i postrzępione od częstego użycia. Nas - wczorajsze transporty wieczorne - powyżej tysiąca - zapędzono do jednej z klatek, odebrano od nas kufry i dokumenty. Nowe partie więźniów przybywały nieustannie aż do 5 września. Przybyli opowiadali, że pociągi ich w drodze ulegały wielokroć bombardowaniu. Kilka partyj przypędzono pieszo. Pierwszego dnia mego pobytu w Berezie, z pragnienia, wedle pogłosek, umarło ośmiu ludzi. Zaczynał się głód. Rzeczą było jasną, że wkrótce wybuchną tutaj epidemie tyfusu, cholery i wszelkich innych chorób - krwawa biegunka i tak się już szerzyła. *** Zasnąłem i zdaje się spałem długo. Nagle zbudził mnie donośny hałas w sali. Panowało jakieś niebywałe podniecenie: - Wolność... - Och, towarzysze... - Wolność. Tam ludzie. Lecz okrzyki były tak bezładne, ruchy tak gorączkowe, że ja, jak i wielu innych, wzięliśmy je za objaw psychozy wojennej. Po chwili w ciemnościach rozległy się nowe okrzyki: - To chleb. - Rzucają. - Rzucają chleb. - Gdzie? Gdzie? - Daj mi, daj mi. Pod narami przy oknie powstało zamieszanie. Widocznie wyrywano sobie z rąk do rąk chleb, który jakimś cudem się zjawił. Ale i to zamieszanie wydawało się maligną ludzi, konających z głodu. Większość spośród nas odczuwała zwykły, zimny - przy całym napięciu - spokój. Czyjś głos wyraźny i władczy, stanowczo i surowo wzywał do samoopanowania. Poczekać niech nastanie świt. Ale na świt nie czekano. Wychodzono na korytarz bezładnie, po jednemu. Drzwi, jak się okazało, były już otwarte. z sali do sali biegali więźniowie i nawoływali się, poszukując znajomych. Z wolna zaczęto wysypywać się na dziedziniec. Tak, policjantów nie było już ani śladu. A więc: runęła Bereza. Uchodząc z Berezy, napotkaliśmy ślady ich pożegnania się z nami: dwa trupy leżały w szopie. Jeden przebity był bagnetem, drugi zaś starszy mężczyzna, zamordowany był jakimś tępym narzędziem, bądź kolbą od karabinu, bądź młotkiem; czaszka była popękana w kilku miejscach. Towarzysze rozpoznawali zwłoki: byli to ojciec i syn - robotnicy z Białegostoku. Ponadto osiem trupów znaleziono na kartoflisku za szopą; wszystkie te trupy były przekłute bagnetem, oprawcy chcieli zapewne uniknąć odgłosu strzałów. Utrzymywano, że ponad trzydzieści takich samych trupów leży na polu za barakami, które zaczęto budować. Szliśmy - kolumna zmartwychwstałych trupów - a chłopi białoruscy wynosili nam jadło; oto z odległej sadyby biegnie wyrostek, ledwo dźwigając ciężki ceber, pełen mleka, nie wiadomo skąd on tyle mleka nabrał. Oto kobieta dźwiga cały kosz serów domowych; oto staruch, wspierając się na lasce, niesie kilka jabłek. Nikt pomocy tej nie organizował, lecz przed nami, wyprzedzając nas, mknie wieść o upadku Berezy. Białoruś wie, czym była Bereza. Cały kraj był zdławiony tym okropnym cieniem. Przyjmujemy dary jako rzecz należną, dziękujemy z płaczem. A wieś szaleje z radości. Kraj już rozkwita wieńcem sztandarów, witając wyzwoleńczy pochód Czerwonej Armii. Aleksander
Hawryluk |