![]() |
| Start | Aktualności | Dokumenty |
Brzask |
Galeria |
Świat
|
Historia |
Forum
|
Kontakt |
Linki |
|
W obronie Warszawy
Latem 1939 roku, gdy społeczeństwo polskie manifestowało ofiarnością na rzecz Pożyczki Obrony Narodowej swą wolę obrony niepodległości – my, komuniści, zamknięci w więzieniach, deklarowaliśmy na pożyczkę wszystkie nasze depozyty pieniężne, żądając jednocześnie na piśmie powołania nas do szeregów wojskowych. Niejeden więzień polityczny odpokutował za to w karcerze. Nasza postawa w obronie zagrożonej niepodległości była niewygodna dla sanacji. Przecież sanacja oczerniała nas przed opinią publiczną, oskarżając o obojętność dla sprawy niepodległego bytu narodowego. A tu nagle ci odsądzeni od czci i wiary komuniści demaskują swoim wystąpieniem sanacyjne oszczerstwa, wzywają naród, by nie godził się na żadne ustępstwa wobec Hitlera, co więcej, sami domagają się wcielenia do wojska. W imieniu komuny centralniackiej w Warszawie występował Edward Ochab. Oświadczył on administracji więziennej, że więźniowie polityczni „Centralniaka” składają posiadane pieniądze na Fundusz Obrony Narodowej, mimo że nie mają zaufania do sanacyjnego reżimu i jego polityki. Gdy z grupa towarzyszy przybyłem z więzienia mokotowskiego na centralniak, tow. Ochaba prowadzono z karceru z powrotem do celi. Pierwsze bomby, jakie spadły na Warszawę, przyniosły nam wiadomość o wybuchu wojny. We wszystkich celach więźniowie polityczni odbyli zebrania, na których jeszcze raz potwierdzili swą decyzję walki z najazdem. - Musimy natychmiast zgłosić się do wojska – mówili towarzysze. - Już pisałem do „zetki” (Zarząd Komuny Więziennej) – rzekł tow. Ochab – odpowiedzi nie ma. Komunikacja przerwana. - Czy będziemy czekać? - Nie. Zgłosimy się i o dokonanym fakcie zawiadomimy „zetkę” i pozostałe cele. Tak też zrobiliśmy. Tow, Ochab wybił chorągiewkę alarmową i zażądał od przybyłego strażnika materiałów piśmiennych. Gdy ten postawił warunek, by pisać na korytarzu przy jego stoliku, zgodziliśmy się na to. Kolejno wychodząc z celi, pisaliśmy oświadczenia domagające się natychmiastowego wcielenia nas do armii. Pół godziny później cała komuna centralniacka uczyniła to samo. Mijał dzień za dniem w niecierpliwym oczekiwaniu. Pożary rzucały łuny przez kraty naszych cel. administracja więzienna wciąż nie odpowiadała. Wreszcie oświadczono nam, że nie jesteśmy potrzebni. W komunie zawrzało: „Zdrada narodowa”. Rankiem 7 września okazało się, że administracja więzienna uciekła, pozostawiając nas świadomie w zamkniętych celach na żer hitlerowców. Wyłamaliśmy drzwi cel i próbowaliśmy wyjść na ulicę. Przed bramą więzienną stała grupa policjantów, grożąc strzelaniem. Wówczas na polecenie komuny nasz przedstawiciel przemówił do przechodniów z okna korytarza. Powiedział, że więźniowie polityczni chcą bronić Warszawy i wezwał do okazania nam pomocy w wyrwaniu się z więzienia. Cała komuna zebrała się na podwórzu. Wspólnymi siłami wyważono bramę wjazdową. Więźniowie stanęli oko w oko z uzbrojonymi policjantami. Zanim zdołali się opamiętać, tow. Ochab zwrócił się do nich: „Idziemy bronić Warszawy. Jeśli chcecie przysłużyć się Hitlerowi – strzelajcie”. Wtedy ludzie zgromadzeni na chodnikach zaczęli wołać: „Wypuścić ich! Wypuścić!” Zaskoczeni i przestraszeni policjanci przepuścili więźniów nakazując: „Wychodzić, ale nie zatrzymywać się, wychodzić, tylko nie zatrzymywać się”. Z okrzykiem „Hurra! Na obronę Warszawy!”, rozeszli się uwolnieni po mieście. Ulicami przejeżdżały auta, naładowane meblami i policją, przyspieszony krok przechodniów nadawał miastu gorączkowy wygląd. „To tak wyglada znowu wolność” - pomyślałem. Już na Ciepłej spotkałem towarzyszy. Byli podnieceni. - Jak się masz? - spytali. - Przed chwilą wyszedłem z centralniaka – odpowiadam – A wy co dźwigacie? Okazało się, że nasi towarzysze stoją już na wszystkich krańcach Warszawy i służą we wszelkiego rodzaju formacjach ochotniczych. Koszary moich rozmówców mieściły się w zabudowaniach rezerwy policyjnej przy ul. Ciepłej. Już dość późno dotarłem do wsi Górce za Wolą, gdzie przed aresztowaniem mieszkałem u rodziny Tomaszewskich. Gdy wszedłem do wsi, natychmiast otoczyli mnie sąsiedzi i chmara dzieciaków. Ale na czułości nie było czasu, bo właśnie rozległo się wezwanie radiowe do sypania szańców. Poszedłem do sołtysa i z jego pomocą zebraliśmy ludność wsi Stare Górce, Groty, częściowo z Chrzanowa oraz przygodnych żołnierzy. Narzędzi dostarczyły okoliczne chaty. Zaczęliśmy stawiać barykady z kamieni i kopać rów przeciwczołgowy na szosie ożarowskiej tuż za skrzyżowaniem z szosą fortową, biegnącą przez Groty do Boernerowa. Jakaś ciężarówka zdążająca do Warszawy zatrzymała się przy nas. Wysiadł z niej pułkownik, który mocno się dziwił, ze ludność chce się bronić. Jego szofer spojrzawszy na barykadę, machnął ręką i powiedział wprost, że to wszystko daremne. W kilka dni później spotkaliśmy się z tow. Ochabem na Warenckiej pod 7, gdzie znajdowało się dowództwo Batalionów Robotniczych. Przy organizowaniu tych Batalionów przede wszystkim wyróżniali się działacze związkowi, szczególnie tramwajarze. Ponieważ nie przyjmowano tam nikogo bez okazania dokumentu, a myśmy żadnych dokumentów nie mieli, tow. Ochab porozumiał się z kilkoma znajomymi tramwajarzami, którzy wystawili zaświadczenia, że znają nas jako członków Związku Pracowników Użyteczności Publicznej i w ten sposób zdobyliśmy namiastkę dokumentów. Otrzymaliśmy skierowanie do kompanii stacjonującej przy ulicy Złotej 38 w lokalu dawniejszego żeńskiego gimnazjum Kochanowskiej. Gdyby wiedzieli, że jesteśmy komunistami i że dopiero co wyszliśmy z więzienia, nie przyjęliby nas. Zarówno w naszej kompanii, jak i w innych było dużo komunistów. Byli również towarzysze Ukraińcy i Białorusini przybyli z Rawicza, Grudziądza i innych więzień. Między nimi znajdował się 24-letni chłop spod Nowogródka Stefan Kirzun, który 8 lat przesiedział w więzieniu. Wezwano go do kancelarii, ponieważ wydawał się dowództwu kompanii podejrzany. Zaczęto wypytywać, co robi tu w Warszawie. Tłumaczył się jak mógł, a w końcu powiedział, że jest lewicowym białoruskim chłopem i chce walczyć z faszyzmem. - A ziemie wschodnie dajecie nam? - pyta młodszy oficer. - Nie, ziem wschodnich wam nie damy – mówi Kirzun – to nasze, białoruskie i ukraińskie. - No to po co u nas służycie? – ciągnie oficer. - Jestem wszędzie tam, gdzie toczy się walka o wolność – odpowiada twardo Kirzun. Między naszymi towarzyszami służącymi w poszczególnych kompaniach, między I i II pułkiem, kompaniami robotniczymi, a tzw. grupami szturmowymi względnie zwiadowczymi została nawiązana łączność. W ten sposób powstała możność stałego uzgadniania postępowania ogółu komunistów. Między innymi utrzymywaliśmy łączność z grupą szturmową zwiadowców (tow. Czerwińskim Marianem, późniejszym generalnym sekretarzem Związku Górników) – przez jego żonę; z I pułkiem (tow. Rotsztajnem, który zginął podczas obrony Warszawy) oraz z innymi jednostkami. „Łącznikami” naszymi były towarzyszki przybyłe z więzienia w Fordonie. Ze względu na odbytą w 1929 służbę wojskową byłem w kompanii drużynowym. Początkowo używano batalionów ochotniczych do likwidacji pożarów, stawiania zasieków z drutów kolczastych i budowy stanowisk artyleryjskich. Nie ufano tym batalionom i przez długi czas nie dawano im broni. W końcu jednak, gdy zrobiło się już zupełnie źle, dano nam broń i posłano na pozycje. Żołnierze batalionów byli odważni i ofiarni. Gdy trzeba było, nie przerywali posuwania się przez miasto nawet w czasie nalotów. Biegli wówczas drużynami pod murami domów. Komuniści wyróżniali się inicjatywą i zdecydowaniem. Dlatego też w trudnych momentach wysuwali się na czoło i zyskiwali posłuch wśród żołnierzy. Gdy staliśmy na Żoliborzu, w pewnym momencie rozeszła się wieść, że Niemcy przerwali linię. Wynikło zamieszanie, mogące zamienić się w panikę. Wystarczyło jednak kilka mocnych słów jednego z towarzyszy, skupienia się wokół niego małej grupki i niewielkiego posunięcia się do przodu, by opanować sytuację. Innym razem, gdy podchodziliśmy do trzeciego mostu, nakryła nas ogniem niemiecka artyleria. Obejrzawszy się wstecz, ujrzałem rozbiegające się na wszystkie strony kompanie i ani jednego dowódcy. Wówczas najgłośniej jak tylko mogłem zacząłem wydawać komendę: „padnij”, „biegiem”, „padnij”, „biegiem” i tak pod ogniem przeprowadziłem kompanię bez strat przez Wisłę. Zdobyliśmy sobie przez to posłuch wśród żołnierzy, co się przydało w momencie kapitulacji. Owego fatalnego dnia z rana rozeszła się wieść, że jesteśmy już rozpuszczeni i że należy się rozejść. Wywołało to zamieszanie. Sformowano nas jednak ponownie w kompanie i poprowadzono w kierunku Cytadeli. Wojsko szło przygnębione w grobowym milczeniu. Słowo „kapitulacja” przytłoczyło wszystkich ciężarem. Wtedy odezwał się we mnie dzielnicowy komendant Warszawy, przywykły do organizowania wystąpień ulicznych. Uzyskawszy zgodę towarzyszy, niewiele czasu potrzebowałem na przygotowanie demonstracji. Rozpoczęła ją moja kompania śpiewem: „O cześć wam panowie magnaci”. Po chwili pieśń podchwyciły wszystkie maszerujące oddziały. W dalszych oddziałach zabrzmiał „Czerwony Sztandar”. Demonstracja odbywała się w wielkiej powadze. Nikt nie śmiał przeszkadzać. Po śpiewie komuniści w różnych kompaniach wznosili okrzyki, wyrażające wiarę w ostateczne zwycięstwo nad niemieckim faszyzmem. Teraz przyłączyła się do nas ludność z chodników, żywo reagując na okrzyki i okazując wojsku serdeczność i uznanie. Tak odbyła się na Żoliborzu wojskowa demonstracja o charakterze ludowo-proletariackim. Niektóre grupy żołnierskie propagowały natychmiastowe formowanie oddziałów partyzanckich, szczególnie ludzie z Poznańskiego, którzy zaangażowali się w walkę z niemiecką dywersją. Rozległy się okrzyki „Niech żyje front”. Oficerowie zaczęli perswadować, że wszelka walka jest bezcelowa. Po złożeniu broni w Cytadeli komuniści odbyli kilka narad i postanowili, żeby towarzysze mający możność utrzymania się na miejscu, pozostali w Polsce i kontynuowali walkę przeciwko okupantowi. Ci zaś, którzy mieliby największe trudności w kraju – by próbowali przedostać się przez front do Armii Czerwonej: już wówczas nie ulegało dla nas wątpliwości, że wcześniej czy później stamtąd, ze strony Związku Radzieckiego przyjdzie pomoc i że to jest właściwie jedyna szansa wyzwolenia Polski spod hitlerowskiej okupacji.
Kazimierz Gostyński
[w:] „KPP. Wspomnienia z pola walki.” wyd. Książka i Wiedza, Warszawa 1951 |