![]() |
| Start | Aktualności | Dokumenty |
Brzask |
Galeria |
Świat
|
Historia |
Forum
|
Kontakt |
Linki |
|
5.02.2012 „Ofiary”Aktywiści mniejszości hitle... przepraszam... mniejszości niemieckiej w Polsce znów pokazali, po czyjej stronie są ich sympatie jeśli chodzi o historię II Wojny Światowej. Tym razem próbowali upamiętnić niemieckie „ofiary” wyzwolenia Śląska przez Armię Czerwoną i Wojsko Polskie.Jak informuje Gazeta Wyborcza, opolski klub radnych Mniejszości Niemieckiej chciał przepchnąć w sejmiku projekt uchwały następującej treści: „Sejmik Województwa Opolskiego składa hołd tysiącom niewinnych i bezbronnych mieszkańców Górnego Śląska, którzy od stycznia 1945 roku stali się ofiarami masowych zbrodni Armii Czerwonej i komunistycznego aparatu bezpieczeństwa: zamordowanym, deportowanym do ZSRR, osadzonym w więzieniach i obozach. Niech pamięć o ofiarach Tragedii Górnośląskiej będzie godnie uczczona przez mieszkańców województwa opolskiego.” Mają tu na myśli także „polskie obozy koncentracyjne”, jak nazywają miejsca internowania tych mieszkańców Śląska, którzy wspierali hitlerowców. Na szczęście póki co nici z ich planu. Nawet wybitnie antykomunistyczne Prawo i Sprawiedliwość wyczuło prawdziwe intencje pomysłodawców. „Ona tchnie duchem Eriki Steinbach, bo wynika z niej, że historia zaczyna się od morderstw Armii Czerwonej. W uchwale musi jasno zostać zapisane, że to efekt wojny wywołanej przez Niemcy” (Jerzy Czerwiński), „Gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą. (...) Niech Ślązacy z Mniejszości Niemieckiej jednakowo się zdystansują zarówno do mordów Armii Czerwonej, jak i Wehrmachtu”. Działacze SLD uważają, że warto przypomnieć, kto wywołał II Wojnę Światową. Ku niemieckim żądaniom tradycyjnie bardziej przychyla się PO, której członek - Bogusław Wierdak - pełni funkcję przewodniczącego sejmiku. Przygotował on aż trzy projekty uchwał, które są pewnym „kompromisem” bo zrównują komunizm z faszyzmem. Pozostaje tylko pytanie - skoro te dwie ideologie są takie same, to jakim cudem miała w ogóle miejsce wojna niemiecko-radziecka? W sukurs swemu koledze partyjnemu przybywa wojewoda opolski Ryszard Wilczyński, który głosi: „Trzeba odejść od schematu, że sami Niemcy są sobie winni”. Najwidoczniej zdaniem Wilczyńskiego winni są komuniści i Polacy („Teoretyk” hitleryzmu H. Nicolai kwitował poparcie udzielane przez Polaków Komunistycznej Partii Niemiec pełnym nienawiści okrzykiem: „Polacy to rasa bolszewicka!”). Poglądy mniejszości niemieckiej w całej pełni poparła natomiast prof. Danuta (nomen omen) Berlińska z Uniwersytetu Opolskiego, będąca niegdyś pełnomocnikiem do spraw mniejszości narodowych: „Gdyby teraz w uchwale przez nich proponowanej dać odniesienie, że to Niemcy rozpętali wojnę, byłoby to ukryte usprawiedliwianie zbrodni na niewinnych ludziach, co jest nie do przyjęcia. (...) Niestety, wciąż u wielu Polaków pokutuje myślenie o zbiorowej odpowiedzialności Niemców.” Podobnie uważa opolski biskup, Herr Andrzej Czaja: „Przykro mi, że na opolskiej ziemi wciąż nie udało się przyjąć uchwały oddającej hołd niewinnym ofiarom masakr. (...) Brakuje poszanowania obiektywnej prawdy, nad którą trzeba się pochylić i którą trzeba uznać. Nie ulega dla mnie wątpliwości, że do tego aktu musi kiedyś dojść, ale musimy być cierpliwi”. Trudno tu podejrzewać wnioskodawców o cierpliwość, skoro podobną uchwałę, wybielającą hitlerowców (wszak owe „cywilne ofiary” to przede wszystkim funkcjonariusze NSDAP, kolaboranci i szpicle gestapo) przyjął już sejmik województwa śląskiego. Gazeta przytacza ciekawy i znamienny komentarz opolskich Niemców: „U nas staramy się o to już drugi rok. Pewnie nie udaje się dlatego, że jesteśmy Mniejszością Niemiecką...” No tak, ale gdy już nie będą tu mniejszością, to ho ho! Pokażą na co ich stać. Z pewnością pomszczą swe „ofiary”. Oby ten dzień nigdy nie nadszedł. ***
3.02.2012 PrzejęcieKoncern Daimler planuje nabycie pakietu kontrolnego akcji rosyjskiej fabryki samochodów ciężarowych KAMAZ, oświadczył dyrektor generalny państwowej korporacji „Rostechnologia” Siergiej Cziemiezow. Obecnie głównym akcjonariuszem jest państwo (49,9%), do Daimlera należy 11% akcji, a dodatkowe 4% w interesie Daimlera wykupił Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju. Teraz Niemcy dokupią państwową część udziałów, należącą jak dotąd do „Rostechnologii”.Jak informuje portal http://rkrp-rpk.ru, o planach niemieckiego koncernu dotyczących zwiększania swego pakietu udziałowego mówiło się wcześniej, lecz do ostatniej chwili nie komunikowano o możliwości sprzedaży Niemcom pakietu kontrolnego. Było wiadome, że kompania inwestycyjna „Trojka Dialog” sprzeda Daimlerowi posiadane przez siebie 27,3% udziałów, ale nie stanowiło to sumy wystarczającej dla kapitalistów niemieckich. Jednak dzięki zakupowi części akcji „Rostechnologii” zagraniczna burżuazja weźmie w swoje ręce zarząd nad przedsiębiorstwem. Jednak - zważywszy na to, że KAMAZ produkuje też dla sił zbrojnych Federacji Rosyjskiej - jest wątpliwe, czy państwo całkiem wyzbędzie się swych akcji. Przypominamy, że niedawno upubliczniono termin przejścia AwtoWAZ-a pod kontrolę zagranicznego kapitału. Koncern Renault-Nissan jeszcze w roku 2010 wyraził wolę dokupienia akcji tej fabryki samochodów tak, aby uzyskać pakiet kontrolny. Jednak jak na razie państwo rosyjskie ma 25%, podobnie jak kompania inwestycyjna „Trojka Dialog” i koncern motoryzacyjny Renault-Nissan. Dziś współwłaściciele kompanii oznajmili, że przetasowanie dokona się już w lutym bądź marcu. W ubiegłym roku ponowny podział akcji napotkał trudności. Jak uważają ekonomiści, problem stanowiła ich cena. W realiach kapitalistycznego kryzysu gospodarczego nikt nie chciał kupować akcji przedsiębiorstwa po cenie, którą uważał za wysoką. Natomiast właściciele nie byli gotowi, by tę cenę obniżyć. Kompania Renault-Nissan przejęła cały pakiet udziałów należących wcześniej do „Trojki Dialog”. Cudzoziemcom udało się dojść do porozumienia z „Trojką” odnośnie rozłożenia płatności. Wysokość transakcji nie została podana do publicznej wiadomości. ***
31.01.2012 Czasem życzenia się spełniająNajwiększe polskie huty od dawna nie należą już do społeczeństwa, ale do prywatnych właścicieli, takich jak ArcelorMittal Poland. Aby szefostwo nie odczuło skutków kryzysu gospodarczego i utrzymało zyski, co najmniej tysiąc robotników czeka bezrobocie.Jak podaje Gazeta Wyborcza, już pod koniec ubiegłego roku „związkowcy alarmowali, że z powodu kryzysu pracę do końca 2012 roku może stracić 3 tys. pracowników.” Początkowo zarząd firmy utrzymywał, że to nieprawda, lecz w poniedziałek okazało się, jaka ta prawda jest. Oto bowiem rzecznik fabrykantów potwierdziła, że związki zawodowe zaznajomiono właśnie z planem zmniejszenia liczby pracowników z 12,3 tys. do 11,3 tys. osób. Będzie to dotyczyło wszystkich zakładów koncernu, a więc także hut w Dąbrowie Górniczej, Krakowie, Sosnowcu i Świętochłowicach. Robotnicy podliczyli jednak, że mimo takich zapowiedzi, na bezrobocie zostanie wysłanych nawet 1450 pracujących w AM Poland. Z danych nieoficjalnych można wysnuć wniosek, że najwięcej osób będzie musiało skorzystać z programów przedemerytalnych lub zwolnień w zamian za odprawy. Mało kto łudzi się, że wysokość tych odpraw pozwoli na normalne funkcjonowanie w dżungli kapitalizmu. Szef lokalnej „Solidarności” z zaskoczeniem zauważa, że od chwili prywatyzacji zakładu zwolnienia nie ustają, choć obecnie gdzieniegdzie daje się już odczuć brak rąk do pracy. Ale czy to nie kibole „Solidarności” krzyczeli „Precz z komuną”? Ich życzenie spełniło się w całej rozciągłości... ***
29.01.2012 Edukacja zagrożonaW obliczu bezprecedensowego zamachu na polską oświatę szykowanego przez władze, głos zabrał prezes Związku Nauczycielstwa Polskiego - Sławomir Broniarz. Na konferencji prasowej przedstawił szczegóły rządowego i samorządowego „planu oszczędnościowego”, który doprowadzi szkolnictwo do zapaści.Na stronie ZNP czytamy: „W tym roku możemy pobić rekord Polski, niestety w niechlubnej kategorii: w zamykaniu szkół i prywatyzowaniu przedszkoli. Z naszych wstępnych jeszcze informacji wynika, że w tym roku z edukacyjnej mapy Polski może zniknąć prawie tysiąc szkół, małych i dużych. To oznacza, że ok. 70 tys. uczniów może stracić szkołę w swojej miejscowości. Niektórzy z nich - jak uczniowie ze wsi Bartniki w woj. podlaskim - będą musieli dojeżdżać aż 22 km do najbliższej podstawówki. W 2011 r. zlikwidowano ok. 300 szkół, ale pamiętajmy, że był to rok wyborczy i samorządowcy unikali takich niepopularnych decyzji. Dzisiaj przeciwko takim decyzjom samorządów protestują już nie tylko pracownicy oświaty, ale także rodzice i uczniowie. Ci ostatni strajkowali w Bytomiu. Dziś protestuje młodzież Technikum Żywienia i Gospodarstwa Domowego w Zatorze w powiecie oświęcimskim przeciwko planom starostwa w Wadowicach, które zamierza zlikwidować placówkę i sprzedać budynek. Takich sytuacji będzie więcej. Ostateczna informacja o tym, ile placówek oświatowych samorządy zamierzają zlikwidować będzie na początku marca. Organ prowadzący szkołę, który chce ją zlikwidować, jest ustawowo zobligowany na 6 miesięcy przed zamierzoną likwidacją do powiadomienia o swych zamiarach rodziców uczniów, kuratora oświaty oraz organ wykonawczy jednostki samorządu terytorialnego właściwej do prowadzenia szkół danego typu, czyli do końca lutego. Dotychczas szkoły były zamykane, kiedy naprawdę nie było już uczniów. Dzisiaj najczęstszym powodem likwidacji są oszczędności. (...) Minister finansów nałożył gminom finansowy kaganiec, ograniczając możliwość zadłużania się, więc te tną wydatki. Na pierwszy ogień idzie między innymi edukacja, bo wydatki oświatowe są niestety przez wielu samorządowców postrzegane jako koszt, a nie inwestycja. Zamknięcie szkoły czy przedszkola to koniec tej placówki, jej późniejsze reanimowanie jest wręcz niemożliwe. Z kolei oddanie placówki stowarzyszeniu, fundacji czy firmie powoduje, że faktycznie traci ona swój publiczny charakter. Obserwujemy także masową prywatyzację publicznych samorządowych przedszkoli, szczególnie w dużych miastach jak Radom, Kalisz. Miasta oddają publiczne samorządowe przedszkola stowarzyszeniom, fundacjom i firmom do prowadzenia, wyzbywając odpowiedzialności i kontroli nad nimi. Nie zgadzamy się na dzikie likwidowanie szkół i dziką prywatyzację przedszkoli! Tymczasem ministerstwo edukacji udaje, że problemu nie ma, a jeśli jest to niech samorządy, będące organami prowadzącymi szkoły, sobie z nim radzą. Apelujemy więc do Minister Edukacji o przerwanie milczenia, które traktujemy jak ciche przyzwolenie na demontaż sieci publicznych szkół i prywatyzację oświaty. Za chwilę pani minister może nie mieć nad czym sprawować pieczy! Broniarz przytoczył przykłady ilustrujące do jakich absurdów dochodzą władze III RP: "W województwie lubelskim wójt gminy Leśniowice zamierza oddać stowarzyszeniu, które jeszcze nie istnieje, do prowadzenia wszystkie szkoły na swoim terenie, choć ustawa oświatowa jasno mówi, że samorząd musi prowadzić minimum jedną placówkę. Natomiast w województwie podkarpackim w Cieszanowie samorząd chce zlikwidować Zespół Szkół Publicznych i przekazać szkołę do prowadzenia spółce z ograniczoną odpowiedzialnością, zajmującą się wywozem śmieci i transportem lądowym. To niebywałe!” - stwierdził Broniarz. Podsumowując swe wystąpienie dodał, że do Związku Nauczycielstwa Polskiego napływają listy od uczniów i rodziców, protestujących przeciwko zamykaniu szkół: „Ważna jest współpraca rodziców i pracowników oświaty. Tylko połączenie sił tych dwóch środowisk może sprawić, że samorząd wycofa się z decyzji o likwidacji. Zachęcamy do wspólnej obrony szkół i przedszkoli.” ***
27.01.2012 Rocznica ludobójstwaTegoroczne świętowanie przez burżuazję „Dnia Australii” - czyli rocznicy eksterminacji rdzennych mieszkańców kontynentu - zostało zakłócone przez potomków ocalałych z pogromu.Jak informuje Gazeta.pl za Daily Mail, premier Julia Gillard - socjaldemokratka - planowała wręczyć w ekskluzywnej restauracji w Canberze medale z okazji tego szczególnego (dla każdego z innych powodów) dnia. Na uroczystość przybył również lider konserwatystów - Tony Abbott, jawnie pochwalający czystki etniczne i rugowanie Aborygenów z ziem ich przodków, którego dopuścili się kolonialiści. Wywołało to oburzenie wśród rdzennych Australijczyków, którzy postanowili wyrazić swój sprzeciw i odebrać „elitom” apetyt. Otoczyli budynek szczelnym kordonem i dopiero brutalny atak ze strony policji i ochroniarzy pozwolił zebranym w środku decydentom powrócić do swych bezpiecznych, ciepłych pieleszy. Dzień inwazji brytyjskich grabieżców, która rozpoczęła się 26 stycznia 1788 wraz z przypłynięciem pierwszej floty osadników do Sydney, jest uznawany przez rzetelnych historyków za symboliczny początek rabunku, prześladowania, poniżania i wyniszczania ludności żyjącej na kontynencie od prawieków. Już niegdyś na stronie KPP podkreślaliśmy kuriozalny fakt, iż w procesach o ziemię kolonialne sądy orzekały, że przed przybyciem kolonizatorów kraj był... bezludny. No cóż, skoro Aborygenów nie uważano za ludzi... Znalazło to swoje uwieńczenie w postaci oficjalnej decyzji rządu australijskiego z początku XX wieku, kiedy to uznano Aborygenów za gatunek fauny kontynentu. Aż do lat 70. codziennością było zabieranie dzieci aborygeńskim rodzicom i oddawanie ich na wychowanie organizacjom religijnym i szemranym „opiekunom”, gdzie były często bite, gwałcone i wykorzystywane do niewolniczej pracy. Zabierając tubylcom ziemię starano się też jak najszybciej doprowadzić do ich eksterminacji. W tym celu m. in. stosowano sterylizację, pozbawiano ich dostępu do opieki medycznej oraz rozpijano. Ta zbrodnicza polityka przyniosła oczekiwane przez kapitalistów rezultaty: Dziś rdzenni Australijczycy w ponad 20-milionowym narodzie żyją najczęściej w nędzy - i średnio 20 lat krócej niż biali. Tylko 39% aborygeńskich dzieci kontynuuje naukę do 12. roku życia, a ledwie 4% rdzennych mieszkańców kończy wyższe uczelnie. Bezrobocie wśród nich jest trzy razy większe niż wśród białych. Widać więc, że nie ma czego świętować. ***
25.01.2012 Hej ho, na bruk by się szło!Kamienicznicy nie posiadają się ze szczęścia. Od 1 kwietnia będzie możliwe wyrzucanie ludzi z mieszkań, bez zapewnienia im jakiegokolwiek tymczasowego lokum. Dla tysięcy osób to będzie niezapomniany Prima Aprilis...Trybunał Konstytucyjny uwzględnił życzenia Zrzeszenia Właścicieli Nieruchomości, aby otworzyć właścicielom kamienic drogę do pozbywania się lokatorów i tworzenia w tego typu budynkach np. hoteli czy pensjonatów. W tej beczce miodu jest jednak łyżeczka dziegciu dla „właścicieli”. Otóż eksmisji nie będzie można wykonywać zimą. A przecież każdy szanujący się przedsiębiorca wie, że widmo śmierci z zimna jest najlepszym bodźcem dla „hołoty”, za jaką uważają nas - ponad 36 milionów Polaków. Tylko z budynków komunalnych wyroki eksmisyjne ma ok. 2,5 tys. osób. W przypadku ok. 1,5 tys. z nich sąd przyznał prawo do lokalu socjalnego. Na bruk może więc trafić ok. 1 tys. osób z prawem do lokalu tymczasowego. - informuje Dziennik Polski. Na pierwszy ogień pójdą osoby samotne mieszkające w „za dużych” kwaterach. No cóż. Wydawać by się mogło, że to politycy i biznesmeni też mieszkają w mieszkankach ździebko zbyt wielgachnych jak na ich skromne potrzeby. Ale widocznie myliliśmy się... Wyrzucanych skieruje się do lokalu tymczasowego bądź noclegowni. Schroniska dla bezdomnych zaczną rozbrzmiewać rozgardiaszem, tak radującym serca wszelkiej maści filantropów potrafiących w kółko użalać się nad „twardym losem”, ale broniących ustroju, który taki los gotuje. Już niedługo kapitalizm uśmiechnie się swoim wilczym uśmiechem także do ludzi wegetujących w prywatnych kamienicach. Już teraz chcący ich wypędzić właściciele nie szczędzą szykan i złośliwości, odcinając gaz, prąd, a nawet wodę. A jeśli komuś nie odpowiada taki stan rzeczy? Jeśli ktoś próbuje w zorganizowany sposób walczyć przeciwko tym zwyczajom z dżungli rodem? Nic szczególnego się z nim nie dzieje, przecież Polska nie jest krajem totalitarnym. Może co najwyżej podzielić los Jolanty Brzeskiej, która „wywiozła się” do Lasku Kabackiego, a tam „podpaliła się”. Ale to pewnie był czysty zbieg okoliczności. Przecież nikt nie chciałby jej krzywdy, ani krzywdy lokatorów kamienic... Prawo „Wolnej Polski” jest przejawem burżuazyjnego poczucia sprawiedliwości. Gdyby piranie mogły zrozumieć znaczenie nowych przepisów, z pewnością poczułyby duchową więź z „racjonalnym ustawodawcą”. Pozbawieni dachu nad głową mogą zostać starzy, chorzy, niepełnosprawni a także matki z dziećmi. I to chodzi naszej niezmiennej od 1989 roku władzy - przecież tacy ludzie są za słabi, by odpowiedzieć ciosem za cios. Z nimi pójdzie jak po maśle. Która matka zniosłaby ryzyko, że jej dziecko też uda się w ustronne miejsce, aby się podpalić? Tak więc tylko dobra wola sądu, który ewentualnie przyzna prawo do lokalu zamiennego, będzie odtąd jedyną gwarancją dla lokatorów... ***
23.01.2012 Libia: reżim się sypieŻołnierze Libijskiej Armii Wyzwoleńczej wyzwolili z rąk zachodnich najemników kolejne miasto. Tym razem koszmar okupacji skończył się dla mieszkańców Bani Walid. Nad ich domami znów powiewa zielona flaga republiki ludowej.Jak podaje The Guardian za agencją Reutersa, w walkach o położoną 110 mil na południowy wschód od Trypolisu miejscowość zginęły co najmniej 4 osoby. 30 najemników zostało rannych. Przywrócenie prawowitej władzy przez zwolenników Muammara Kaddafiego pokazało, jak bardzo słaby i zdemoralizowany jest obecny reżim, całkowicie podporządkowany woli swych mocodawców z USA, Francji, Włoch, Anglii i Kataru. Świadkowie są zgodni, że członkowie LAW byli dobrze uzbrojeni i zdeterminowani. Dysponowali skutecznymi strzelcami wyborowymi. Zastosowali przemyślną taktykę, a ich liczba (szacowana nawet na 150 osób) i odwaga pozwoliły im odnieść miażdżące zwycięstwo. Szok w szeregach okupantów ustąpił miejsca wściekłości. Z Misraty ściągnięto nawet jednostki pancerne w celu odcięcia Bani Walid od świata. Narodowa Rada Tymczasowa deklaruje oficjalnie, że trzeba najpierw ustalić, czy to aby nie starcia między rywalizującymi klanami. Cóż. Na razie nie pozostaje im nic innego jak czekać na „wyklarowanie się sytuacji” i robić dobrą minę do złej gry. Co za niemiła niespodzianka! Libijczycy nie polubili masowych egzekucji, tortur, gwałtów i rabunków, którymi raczyli ich „powstańcy” na żołdzie USA, UE i Al Kaidy. Mają czelność wspierać „pogrobowców dyktatora” i nie doceniają tylu kiloton pomocy, jaka spadła na Libię dzięki uprzejmości liderów „wolnego świata”. Na domiar złego, w samym „Rządzie Tymczasowym” rozpoczęły się niesnaski, gdy przyszło do dyskusji nad nową wizją polityki (mówiąc prościej - kłótnia przy podziale łupów). Różnica poglądów ujemnie odbiła się na stanie zdrowia wiceszefa Narodowej Rady Tymczasowej, który został poturbowany przez rozwścieczony tłum byłych „powstańców” uważających go za zbyt łaskawego dla tych spośród ludzi Kaddafiego, którzy zdradzili swego przywódcę. Nie przeniewierstwo wzbudziło gniew protestujących, ale fakt, że do żeru zostaną dopuszczeni nowi padlinożercy, co zmniejszy część łupu przypadającą płatnym zabijakom. W ciągu ostatnich kilku tygodni wyzwolono między innymi miasto Sabha. W wielu miejscach dochodzi do demonstracji przeciwko marionetkowemu rządowi. Do walki włączyli się nawet studenci uniwersytetu w Tarhunie. Do walki zagrzewa ich kanał telewizyjny El Dżamahirija, który wznowił nadawanie. Liczne znaki na niebie i ziemi wskazują, że tryumfalne deklaracje zaborców okazały się zdecydowanie przedwczesne. ***
21.01.2012 Mistrzostwa straconych szansZza kolorowej fasady już teraz wyłania się brudnoszara rzeczywistość. Miliony euro topione są w przygotowaniach do organizacji Mistrzostw Europy w piłce nożnej. Nieliczni nabiją sobie kabzę, większość jeszcze długo będzie spłacała długi po tej imprezie. A niektórzy już dziś przekonali się na co stać kapitalizm.Media poinformowały, że podwykonawcy pracujący przy budowie wrocławskiego stadionu nadal nie ujrzeli od miasta ani złotówki wynagrodzenia. W efekcie wielu robotników przerwało pracę. Można się było tego spodziewać, bo już od początku tej inwestycji towarzyszyło wiele niejasności. Obecnie stają się coraz bardziej jasne, gdy tylko spojrzeć na nie z odpowiedniej perspektywy. W wyczerpujący sposób pisał o tym już tygodnik „Nie” (51/2011): „Teraz okazuje się, że pęd do splendoru odbywał się z naruszeniem polskiego i unijnego prawa, a budowa stadionu kompromituje rządzącą Wrocławiem ekipę Rafała Dutkiewicza. Przypomnijmy pokrótce znane fakty. W styczniu 2009 r. przetarg na wznoszenie obiektu wygrało konsorcjum utworzone przez Mostostal Warszawa S.A. Już w grudniu 2009 r. miasto zerwało tę umowę, gdyż doszło do znacznego opóźnienia prac. Na początku 2010 r. na podstawie zamówienia z tzw. wolnej ręki (...) wyłoniony został nowy wykonawca - niemiecka firma Max Bögl. Urząd Zamówień Publicznych wniósł zastrzeżenia do takiej procedury, ale rozpatrująca sprawę Krajowa Izba Odwoławcza ds. Zamówień Publicznych uznała argumenty władz Wrocławia: urzędnicy mieli nóż na gardle, ponieważ UEFA wyznaczyła 30 czerwca 2011 r. jako ostateczny termin oddania stadionu do użytku. Inaczej miastu i Polsce groziło odebranie praw do organizacji mistrzostw. Dociekliwi inspektorzy Komisji Europejskiej stwierdzili jednak, że była to zwyczajna ściema. (...) Teraz polscy prokuratorzy będą dociekać, komu i dlaczego zależało na szybkiej i bezprzetargowej umowie akurat z niemiecką firmą. Niedawno Naczelny Sąd Administracyjny wydał wyrok, z którego treści wynika, że władze Wrocławia rozminęły się z prawdą także w innej sprawie dotyczącej budowy kompleksu stadionowego. W pobliżu planowanej inwestycji rodzina Krzywdów posiadała kilkuhektarową działkę, w tym dom i szklarnię. Urzędnicy wycenili nieruchomość w celu jej zakupu, ale właściciele nie zgodzili się ze zbyt niską, ich zdaniem, ceną. Zamiast trafić do sądu, sprawa znalazła się na biurku wojewody. Specustawa przyjęta przez Sejm w związku z organizacją mistrzostw piłki kopanej dała bowiem wojewodom możliwość natychmiastowego wywłaszczenia obywateli, których nieruchomości przeszkadzały w budowie obiektów na potrzeby mistrzostw. Sędziowie NSA uznali, że wywłaszczenie Krzywdów było całkowicie bezprawne. (...) Nikt nie beknie natomiast za to, że obok stadionu na wrocławskich Maślicach znajduje się wielka dziura w ziemi zamiast galerii handlowej i centrum sportowo-rekreacyjnego. Właściciel dziury, biznesmen Zygmunt Solorz-Żak, ma bowiem w ręku umowę z gminą miejską Wrocław, która gwarantuje, że miasto nie może jej zerwać. Solorz jako współwłaściciel klubu Śląsk Wrocław dostał 30 ha gruntu obok budowanego stadionu za friko, gdyż gwarantował budowę wehikułu finansowego, czyli galerii z zapleczem, która miała w znacznej mierze finansować działalność Śląska. Okazało się jednak, że żaden bank nie chciał dać kredytu spółce Solorza Bithell Holdings Limited nie tylko dlatego, że ma ona siedzibę na Cyprze, ale z tego powodu, że przedsięwzięcie uznano za nierentowne. Teraz biznesmen może łaskawie oddać miastu 30 ha nieużytków z dziurą pośrodku, choć rozmowy w tej sprawie trwają. Wiadomo natomiast na pewno, że do mistrzostw nic w tym miejscu nie powstanie. Nie wiadomo, kto zapłaci za zasypanie wykopu i rekultywację terenu, gdyż tego umowa nie precyzuje. Niedawno przed bramą wjazdową na teren stadionu protestowali pracownicy i właściciele firm wynajętych do prac jako podwykonawcy, ponieważ od kilku miesięcy nie dostają szmalu. Firmom tuż przed świętami zagroziła upadłość. Max Bögl do montażu rozmaitych instalacji wynajął firmę Imtech, ta firmę CES, ta zaś kilka mniejszych spółek, które de facto wykonują całą robotę. Miejskich urzędników nie interesuje fakt, że gdzieś po drodze rozmywa się forsa, którą Wrocław co miesiąc płaci niemieckiemu kontrahentowi. Przedstawiciele Max Bögl stwierdzili, że oni nie widzą problemu, bo jeśli padną obecni podwykonawcy, to znajdą nowych. Wrocław, decydując się na budowę stadionu i kompleksu, nie tylko zadłużył się na wiele lat w bankach, ale też uchwałą rady miejskiej zdominowanej przez ekipę Dutkiewicza dokonał "przesunięcia funduszy" w Wieloletnim Planie Inwestycyjnym, co oznacza, że zabraknie forsy na inne ważne przedsięwzięcia, np. prace przeciwpowodziowe czy modernizację komunikacji miejskiej. Na wrocławskim stadionie w ramach Euro 2012 zostaną rozegrane 3 mecze. Koszty imprezy przez lata będą spłacać nie tylko kolejne samorządy i obywatele Wrocławia, ale w części także skarb państwa, czyli reszta podatników. To zapewne najdroższe mecze w dziejach Polski kopanej.” Nic dodać, nic ująć. Na tym właśnie polega budowanie w kapitalizmie. Niestety, ach niestety, Władza Ludowa nie wpadła na takie genialne pomysły jak prezydent Dutkiewicz i przez to w odpowiednim czasie i rozsądnym kosztem powstało zbyt dużo - zdaniem antykomunistów - „symboli sowieckiej okupacji”, do których zaliczają oni Centralną Magistralę Kolejową, Stadion X-lecia, Pałac Kultury i Nauki, Trasę W-Z i inne obiekty służące do torturowania „ducha wolności”. Dlatego właśnie - zdaniem „ekspertów” - PRL był „totalitarny”, a obecny ustrój to wcielenie dobra. Owszem - dobra kapitalistów. ***
19.01.2012 Palieckis niewinny!18 stycznia 2012 r. 1-szy dzielnicowy sąd wileński wydał ostatecznie wyrok uniewinniający w sprawie Algirdasa Palieckisa, przewodniczącego Socjalistycznego Frontu Ludowego Litwy. Sam polityk zareagował na orzeczenie wyjątkowo dyplomatycznie: „To nie moje zwycięstwo, a wolności słowa na Litwie”.Ogłoszenie wyroku dwukrotnie przekładani - z 14 grudnia na 30 grudnia zeszłego roku, a z 30 grudnia na 18 stycznia br. Proces wzbudził wielki rozgłos, przed placówkami dyplomatycznymi Litwy w wielu krajach, w tym także w Rosji, miały miejsce protesty. - przypomina portal rksmb.org. Ale za co właściwie stanął przed sądem Palieckis? Formalnie rzecz biorąc, 2 listopada 2011 r. oświadczył w audycji radiowej, poświęconej wydarzeniom na Litwie z 13 stycznia 1991 roku, że „swoi strzelali do swoich”. Według wersji oficjalnej, w wyniku tamtej tragedii z rąk radzieckich sił zbrojnych poniosło śmierć 14 obywateli litewskich. Jak wynika z mnóstwa zeznań naocznych świadków i szeregu źródeł dokumentalnych - ogień otworzyli z dachów litewscy nacjonaliści, prowokatorzy. Również kule znalezione w ciałach ofiar (pochodzące z broni myśliwskiej), a także trajektoria pocisków potwierdzają tę „nieoficjalną” wersję. Można by zapytać, co zbrodniczego jest w słowach Palieckisa? Odnosząc się do źródeł, publicznie wyraził swój pogląd na - wydawać by się mogło - całkiem historyczną, bo dwudziestoletnią kwestię. Sęk w tym, że na oficjalnej wersji wydarzeń sprzed dwóch dekad - jaka toporna by ona nie była przy bliższym rozpatrzeniu - postawiono gmach obecnego państwa litewskiego, nie jest to więc zwyczajna „rusofobia”, jak twierdzą rosyjskie mass media, chętnie chwytające się za sprawę Palieckisa. Na wersji oficjalnej zasadza się potęga materialna, gospodarcze i polityczne panowanie litewskiej burżuazji. Mit o radzieckiej agresji nadaje mu ideologiczne uzasadnienie. Rzecz wcale nie w abstrakcyjnej prawdzie historycznej. Przecież prawda jest zawsze konkretna. Za domaganiem się sprawiedliwości historycznej nieuchronnie podąża żądanie sprawiedliwości społecznej - oto dlaczego punkt widzenia Palieckisa jest niebezpieczny, podobnie jak publiczne jego wygłaszanie. Obrona i chronienie panującego na Litwie ustroju jawi się na wskroś naturalnym i zgodnym z prawem. Całkowicie legalny w związku z tym jest też proces sądowy nad Palieckisem, któremu postawiono zarzut negacji „radzieckiej agresji i okupacji” oraz braku szacunku dla ofiar wydarzeń z 13 stycznia. Jest zupełnie jasne, że oskarżycieli najmniej porusza pamięć o tych zabitych i to, co wtedy naprawdę zaszło. Zaprzeczając „radzieckiej agresji i okupacji” Palieckis odrzuca w najszerszym znaczeniu ustrój kapitalistyczny republiki litewskiej. Mimo wewnętrznych różnic, klasy panujące na Litwie i w Rosji, zjednoczyły swe siły. Proces Palieckisa postarali się przenieść na kompletnie inną płaszczyznę - na płaszczyznę wewnątrz-politycznych rozbieżności i wewnętrznej separacji robotników. Od pewnego czasu rosyjskie media z jawną sympatią pokazują i opowiadają o Palieckisie, jak o jakimś „lewicowym cudaku”, ale w gruncie rzeczy porządnym gościu, sprawującym pieczę nad historyczną sprawiedliwością. Społeczne, antykapitalistyczne podłoże procesu zostało wyparte, zamienione na patriotyczną retorykę i uroczyste oświadczenia, że nie ma już gruntu dla negatywnych stosunków rosyjsko-litewskich. Jedni patrioci byli zadowoleni, inni zgrzytali zębami, a wilk - jak dawniej - syty. I właśnie w tych czasach powiększa się liczba ludzi, których nie satysfakcjonuje ograniczoność mdłej i kłamliwej retoryki. Nadciąga przebudzenie świadomości klasowej proletariatu, robotnicy najemni gromadzą się pod sztandarami powstających frontów klasowych. W Litwie jest to Socjalistyczny Front Ludowy Litwy, w Rosji - Rosyjski Zjednoczony Front Robotniczy, w Grecji - Ogólnogrecki Robotniczy Front Walki (PAME) itd. Burżuazja różnych krajów, mając na uwadze lokalne warunki, sięga po rozmaite mechanizmy represji, by utrwalić swe władztwo. Gdzieś mogą to być absurdalne procesy sądowe, gdzieś - rozstrzelania, tortury i pobicia, jawny i krwawy terror wobec klasy robotniczej. Jedno jest pewne - z każdym procesem, z każdym rozstrzelaniem, z każdym nowym rozdziałem walki klasowej, coraz wyraźniej ujawnia się główny konflikt współczesności, spychając wszystkie pozostałe na dalszy plan. ***
17.01.2012 Było, minęło, wróciło.W ramach „zaciskania pasa” u obywateli oraz zwalczania pozostałości „komunistycznego totalitaryzmu”, niemiłościwie nam panujący dążą do takiego urządzenia systemu oświaty, jaki panował przed zwycięstwem władzy ludowej.Jak informuje „Dziennik Gazeta Prawna”, akcja, którą można śmiało nazwać „Powrotem do Generalnego Gubernatorstwa” idzie pełną parą. Na 28 tysięcy istniejących w naszym kraju szkół, co najmniej kilkaset zostanie zamkniętych. W tych, które na razie przeżyją, wprowadzone będą zmiany w postaci choćby zlecania firmom prywatnym gotowania obiadów w szkolnych stołówkach, albo po prostu likwidacja jakichkolwiek stołówek. Jednocześnie oświata w Polsce otrzyma dofinansowanie z budżetu państwa o 1,4 mld złotych mniejsze niż w roku ubiegłym. W pierwszych tygodniach roku 2012 gminy zdążyły już wysłać prawie 300 wniosków odnośnie walki z istnieniem placówek edukacyjnych, a przecież taką liczbę szkół zniszczono w ciągu roku 2011. Widać zatem, że akcje oszczędnościowe nabrały tempa i rozmachu. Najciekawsze przed nami - w lutym bowiem mija termin poinformowania „rodziców, uczniów, nauczycieli, związków zawodowych i kuratoriów oświaty o zamiarze likwidacji szkoły lub przedszkola. Kuratoria szacują, że dotychczasowa liczba zgłoszeń może się nawet podwoić. (...) Najwięcej zamkniętych placówek ma być w województwie wielkopolskim - 57, pomorskim - 36 i śląskim - 25.” Cios zostanie zadany już nie tylko wioskom i miasteczkom, ale także dużym miastom (Bytom, Wałbrzych, a nawet Warszawa). Garstka szkół powstanie z popiołów już pod zarządem instytucji niepublicznych, w tym również kościoła. Tamtejsi nauczyciele nie będą już chronieni przez postanowienia Karty Nauczyciela, ale o wiele mniej korzystnym rozwiązaniom. Alternatywą dla nich jest bezrobocie. Nie da się wykluczyć, że szeregowym funkcjonariuszom obecnego reżimu, na szczeblu samorządowym, serce się może krajać na myśl, co przyniesie takie postępowanie (jak efektywnie uczyć i wychowywać 40-osobowe klasy itp.), ale rozkaz to rozkaz. Sojusz uśmiechniętego konturu Polski i zielonej koniczynki jest zdeterminowany, by wymusić na podległych mu jednostkach administracyjnych „ograniczenie wydatków bieżących”. W ramach usprawiedliwienia zrzuca się także winę na krnąbrnych Polaków, którzy „złośliwie lub z wygodnictwa” nie chcą mieć dzieci i szykują tym samym katastrofę demograficzną. Cóż - posłowie, senatorowie i inne „elity” niezbyt rozumieją z jakimi wydatkami wiąże się w kapitalizmie utrzymanie rodziny i opieka nad dzieckiem. Ale co tam rodziny, co tam szkoły, przedszkola, stołówki i biblioteki! Na takich ekstrawagancjach trzeba oszczędzać. Nijak im się równać do niezbędnych, honorowych wydatków „Wolnej Polski” na zaprowadzanie w Afganistanie amerykańskiego ładu i porządku. Co prawda rozmaici malkontenci słabi duchem podnoszą argument, że od 2002 roku wojna w tym kraju kosztowała polski budżet już ponad 5 miliardów złotych (w tym 1,54 mld zł w roku 2011) to przecież nie da się wszystkiego przeliczyć na pieniądze! - myślą sobie nasi panowie i władcy - pogromcy „komuny” i „rycerze niepodległości”. ***
15.01.2012 Przykład „demokracji”Czy słyszeliście, że 16 grudnia Rada UE przyjęła międzynarodowe porozumienie ACTA, które w interesie monopoli ograniczy brutalnie resztki swobód obywatelskich w obozie kapitalistycznym? Nie słyszeliście? Tak właśnie wygląda podejście władz do woli społeczeństw.Anti-Counterfeiting Trade Agreement (ACTA) nie jest czymś zupełnie nowym. Prace nad nim zainicjowały w październiku 2007 r. z dala od opinii publicznej takie kraje jak Stany Zjednoczone, Unia Europejska, Japonia, Szwajcaria, a następnie podchwyciły Australia, Korea Południowa, Nowa Zelandia, Meksyk, Jordania, Maroko, Singapur, Zjednoczone Emiraty Arabskie i Kanada. Informacje o tym wszystkim ujrzały światło dzienne dopiero dzięki serwisowi Wikileaks 22.05.2008 r. Z pozoru porozumienie dotyczy jedynie walki z podrabianiem towarów, chroni <<własność intelektualną>> i <<przemysł>>. W rzeczywistości ma zabezpieczać zyski monopolistów trzymających w garści całe państwa. Jak podaje serwis www.wolnemedia.net: „ACTA może przenieść walkę z naruszeniami praw autorskich na dostawców internetu. Ich reakcją <<w ramach współpracy>> może być monitorowanie treści przesyłanych przez obywateli i blokowanie określonych usług, nierzadko legalnych. (...) ACTA inaczej niż istniejące prawo definiuje skalę komercyjną naruszeń. W porozumieniu jest mowa o <<komercyjnych działaniach dla bezpośredniej lub pośredniej korzyści ekonomicznej lub komercyjnej>>. Niektórzy eksperci mówią nawet, że porozumienie może prowadzić do kryminalizacji blogerów, dziennikarzy i osób ujawniających informacje ważne dla opinii publicznej. ACTA dzięki przyjętej definicji naruszeń oraz przepisom dotyczącym odszkodowań może sprawić, że nowe przedsięwzięcia technologiczne będą się wiązać z ogromnym ryzykiem finansowym. Porozumienie rzekomo stymulujące innowacyjność może się okazać jej hamulcem. Nie mówiąc już o tym, że może utrudnić obywatelom niektórych państw dostęp do leków ratujących życie. Na arenie międzynarodowej ACTA może wprowadzać podziały tam, gdzie już osiągnięto porozumienie. Istnieją przecież porozumienia i organizacje odnoszące się do międzynarodowej ochrony własności intelektualnej. Jest Światowa Organizacja Handlu (WTO), jest Światowa Organizacja Własności Intelektualnej (WIPO) i jest porozumienie TRIPS. Kraje tworzące ACTA nie korzystają jednak z tych istniejących forów rozmowy. Wolały dobrać się w mniejszą grupkę i prowadzić tajne negocjacje.” Portal przypomina również inne fakty świadczące o tym, że intencją projektantów umowy było wprowadzenie jej w życie bez wiedzy i zgody obywateli. Za plecami społeczeństw. Przecieki tylko przyspieszyły proces legislacyjny, tak jakby nagle amerykańskim potentatom przemysłowym (którzy byli lepiej poinformowani niż ich europejscy konkurenci i organy UE) zaczął się palić grunt pod nogami. Dwukrotna rezolucja Parlamentu Europejskiego domagająca się przejrzystości przy wypracowywaniu porozumienia, została najzwyczajniej w świecie zignorowana. Na nic się zdały protesty Europejskiego Inspektora Ochrony Danych (EDPS) oraz znawców prawa (krytyczna ekspertyza Uniwersytetu Leibniza w Hanowerze oraz Washington College of Law). Wielka w tym zasługa Jerzego Buzka - znanego chłopca na posyłki możnych tego świata, który przychylił się do sugestii lobbystów o niekierowania ACTA do Trybunału Sprawiedliwości. Chyba mało kto z nas był świadomy, że w nowy rok wkroczyliśmy w świecie, gdzie przygotowano specjalnie dla nas taką niespodziankę. Jest ona wprost oszałamiająca, dokładnie tak jak sobie tego życzyli darczyńcy... ***
13.01.2012 Dzieci płacząZ raportu przedstawionego przez przykościelne stowarzyszenie Childrens' Society wynika, że nawet pół miliona brytyjskich dzieci znajduje się w stanie przygnębienia, depresji lub obniżenia nastroju.Analiza jest owocem ponad 30 tysięcy wywiadów przeprowadzanych z osobami poniżej 16. roku życia. Potwierdziła ona, że dzieci odczuwające głębokie negatywne emocje odnośnie swego życia są bardziej narażone na dręczenie przez rówieśników, depresję i zaburzenia w odżywianiu się (bulimia, anoreksja). - cytuje gazeta The Telegraph. Okazuje się, że struktura gospodarstw domowych (a więc ewentualny rozwód rodziców) choć przynosi najmłodszym nierzadko bolesne przeżycia, to jednak nie jest tak ważna dla kształtowania się psychiki dziecka jak relacje z bliskimi oparte na miłości. Często jednak latorośle są dosłownie przerzucane od jednego rodzica do drugiego, jak gorący ziemniak. Traktowane są jako zło konieczne, przeszkoda na drodze do kapitalistycznie pojmowanej <<samorealizacji>>. Objawem panującego w Wielkiej Brytanii ustroju jest też fakt, że istnieje duży rozziew między jakością ubrań noszonych przez dzieci z zamożnych domów a tymi, w których chodzą dzieci z ubogich rodzin (a tych jest wielekroć więcej). Wywołuje to poczucie krzywdy, przygnębienie i frustrację. Co ciekawe, niekomfortowo się z tym czują również szkraby ubrane <<na bogato>>. W dodatku taka sama sytuacja ma miejsce gdy idzie o wysokość kieszonkowego. Wygląda na to, że dzieci przedkładają egalitaryzm (wyrażający się w byciu podobnym do rówieśników) od poczucia bogactwa. John Sentamu - arcybiskup Yorku - stwierdził: „Moralnym sprawdzianem dla wszystkich społeczeństw jest to, jak traktują swoich najsłabszych członków, a zwłaszcza dzieci. Sytuacja gdy pół miliona dzieci czuje się nieszczęśliwych z życia powinna być sygnałem ostrzegawczym dla nas wszystkich.” Dotychczas pogrążone w błogim samozadowoleniu organizacje wyznaniowe zaczynają dostrzegać, że rosnąca nędza szerokich mas społeczeństwa (do którego przecież należą bez wątpienia ich wierni) zagraża podstawom ustroju oraz dotychczasowej pozycji hierarchów religijnych - niezależnie, któremu bóstwu oficjalnie służą. Stąd zapewnienia o zaniepokojeniu losem najmłodszych, o rzekomej alternatywie jaką zdaniem kleru można wprowadzić nie usuwając kapitalizmu. Tradycyjnie wszystkie te krokodyle łzy popłyną do bajorka hipokryzji i <<działalności charytatywnej>>. ***
11.01.2012 Izrael sieje terrorIzraelski reżim już nieraz dał się we znaki ludności państw sąsiednich, a także swoim obywatelom. W dalszym ciągu usiłuje zaognić sytuację na Bliskim Wschodzie i w nadziei na zdobycie nowych rynków zbytu wywołać kolejną wojnę imperialistyczną. Światem dosłownie wstrząsnął dziś kolejny przejaw jego zbrodniczej polityki.Jak podaje agencja Associated Press, w środę 11 stycznia w północnej części Teheranu dwóch niezidentyfikowanych motocyklistów przyczepiło bombę magnetyczną do auta, którym jechał irański profesor Mostafa Ahmadiego Roshana - ekspert w dziedzinie chemii i wykładowca uniwersytecki, biorący udział w badaniach nad zastosowaniem energetyki atomowej do celów pokojowych. Wybuch zabił uczonego i poważnie ranił dwójkę jego pasażerów. Zamach ten jest bliźniaczo podobny do tego z 12 stycznia 2010 roku, kiedy obładowany materiałami wybuchowymi motocykl rozerwał nestora irańskiej fizyki - Masouda Aliego Mohammadiego, jadącego właśnie samochodem do pracy. W listopadzie 2010 r. w serii zamachów bombowych w różnych częściach stolicy Iranu zginął Majid Shahriari - naukowiec zajmujący się atomistyką, inny zaś - Fereidoun Abbasi - odniósł obrażenia. Tajemnicą poliszynela jest, że za tym pomorem na naukowców stoi izraelska i amerykańska dyktatura, usiłująca w ten sposób uniemożliwić Iranowi rozwój nowoczesnych technologii. Imperialiści obawiają się, że w przyszłości Iran mógłby zabezpieczyć się przed groźbą agresji budując swoją własną broń atomową. Jak widać, kapitaliści są zdania, że tylko USA - kraj, który użył tej broni na ludności Hiroszimy i Nagasaki - oraz jego wasalne państwko Izrael (które weszło w jej posiadanie nielegalnie, wspierane przez USA, a nawet uzbroiło w nią rasistowski reżim RPA) mają moralne prawo trzymać i produkować coraz to nowe głowice. Pęd do wojny przeciw Iranowi idzie w parze z faszyzacją życia społecznego w samym Izraelu. Tamtejszy parlament uchwalił barbarzyńską ustawę przewidującą wsadzanie do więzienia na 3 lata bez wyroku sądowego tych imigrantów, którzy nielegalnie przekroczyli granicę. Jeśli wymiar tak zwanej sprawiedliwości uzna ich za winnymi któregokolwiek innego przestępstwa, czeka ich dożywocie. Czerpiąc pełnymi garściami z ducha rozwiązań prawnych Trzeciej Rzeszy, za pomaganie uchodźcom wprowadzono nawet 15-letnią odsiadkę. Póki co, kary śmierci jeszcze za to kodeks nie przewiduje. Widocznie ustawodawca uważa, że wszystko powinno nastąpić w swoim czasie. Oczywiście mieszkańcy <<oazy demokracji>> mogą nie chcieć żyć dłużej w brunatniejącym z każdą chwilą kraju (w którym działają w dodatku tak absurdalne grupy jak żydowscy neonaziści). Ale i o tym pomyślały <<demokratyczne>> władze w Tel-Awiwie. Otóż już niebawem Izrael dosłownie odgrodzi się od świata. Na granicy z Libanem powstanie pięciometrowy betonowy mur. Syjonistyczny reżim buduje właśnie tego typu ścianę długą na 250 km na granicy z Egiptem, a Beniamin Netanjahu uznał za niezbędne postawienie kolejnego muru na granicy z Jordanią. Można się domyśleć, jaki będzie efekt końcowy - już widać, jak funkcjonuje mur czyniący getto z palestyńskich terytoriów Zachodniego Brzegu Jordanu. ***
7.01.2012 Najtrudniejszy pierwszy krokJak informuje szwedzki dziennik Expressen, personel kuchenny w szwedzkiej bazie wojskowej w Afganistanie zmuszany był do pracy w niewolniczych warunkach, a nawet do zapłaty za... zatrudnienie.Pułkownik Andres Loefberg udawał zaskoczonego i oburzonego: „To mnie porusza do głębi. Jako Szwed człowiek jest wyczulony na wszelkie przejawy nieprawości. Ten typ wyzysku traktujemy z wielką powagą.” Widać, że z niewystarczającą, skoro dopiero niedawna rutynowa kontrola w siłach zbrojnych wyciągnęła niewolników dosłownie na światło dzienne. Jak się okazało, byli oni zatrudnieni przez szwajcarską firmę Supreme. Ta zaś przyznała w końcu, że znalezienie pracowników zleciła firmie podwykonawczej, której siedziba znajduje się prawdopodobnie w Indiach. Większość harujących dla okupantów pochodziła z Indii oraz Nepalu. Co ciekawe, podwykonawca zażądał od robotników co najmniej ośmiu miesięcznych pensji w zamian za <<przywilej>> pracy. Nie da się teraz uniknąć śledztwa w sprawie handlu żywym towarem. Supreme zmuszone było zerwać umowę z indyjskim podwykonawcą, ale nabrało wody w usta, jeśli chodzi o kwestię wypłaty odszkodowań wyzyskiwanemu personelowi. Ale właściwie w czym problem? Skoro kapitalistyczne gadzinówki i <<eksperci>> pieją z zachwytu nad łaskawością Jaśnie Panów Pracodawców, dających niegodnym <<roszczeniowcom>> miejsca pracy (jak czuły ojciec daje rozkapryszonemu bachorowi cukierek), to logika nakazuje, aby nasi kochani władcy i dobroczyńcy (by nie umrzeć z głodu i nędzy) zażądali od nas - zaszczyconych pracą u nich - jakiejś rekompensaty za straty moralne i materialne. Oczywiście najlepiej tak jak u szwedzkich żołdaków - gotówką. Zapewne na początku pracownicy będą się burzyć, ale rządzący „wolną Polską” wiedzą, co z nimi zrobić. Wszak najtrudniejszy pierwszy krok, a potem pójdzie z górki. ***
5.01.2012 Co z tymi Węgrami?Prezydium Węgierskiej Komunistycznej Partii Robotniczej opublikowało analizę, przybliżającą zagranicznym towarzyszom sytuację panującą obecnie w państwie rządzonym przez reakcyjną partię Fidesz:1 stycznia 2012 r. weszła w życie nowa konstytucja, uznana przez zachodnie media za zagrażającą demokracji. 2 stycznia w Budapeszcie odbyła się wielka demonstracja, której oficjalnym organizatorem jest nowo powołany ruch <<Solidarność>> liczący parę tuzinów członków. Na jego czele stoi były szef związku zawodowego żołnierzy i policjantów - były wojskowy oficer wyszkolony wraz z innymi w jednym z amerykańskich instytutów wojskowych. Na obrzeżach manifestacji można się było natknąć na członków Węgierskiej Partii Socjalistycznej, liberałów i innych <<cywilnych>> organizacji. Jednakże nie wzięło w niej udziału żadne ugrupowanie rzeczywiście walczące przeciwko biedzie czy eksmisjom. Nie było tam nawet tradycyjnych organizacji studenckich, chłopskich ani robotniczych. Wśród podnoszonych haseł nie znalazła się wzmianka o nowym kodeksie pracy ani sprzeciw wobec naciskom i interwencji ze strony Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Podejście zachodnich mediów do tych wydarzeń wypływa z tych samych przyczyn, które wcześniej kazały im poprzeć socjal-liberalny rząd i jego drakońską politykę. 1. W kwietniu 2010 r. konserwatywna partia Fidesz (Węgierska Unia Obywatelska) pokonała w wyborach sprawującą dotychczas władzę Węgierską Partię Socjalistyczną (MSZP) i utworzyła nowy rząd. Partie parlamentarne uznały te wybory za punkt zwrotny w historii kraju. Fidesz ogłosił „początek nowej rewolucji”, zaś socjaldemokraci i ich sojusznicy „początek autokracji i dyktatury”. 2. Węgierska Komunistyczna Partia Robotnicza jest zdania, że prawdziwa historyczna zmiana miała miejscem ale w latach 1989-1990, gdy zniszczony został na Węgrzech socjalizm. Była to kapitalistyczna kontrrewolucja. Władzę ludową zastąpiła władza kapitalistów. Sprywatyzowano państwowe zakłady przemysłowe, banki i kolektywne gospodarstwa rolne. Węgry weszły do NATO w 1999 r., a do UE w roku 2004. Ustrój kapitalistyczny oparty na prywatnej własności środków produkcji i demokracji burżuazyjnej ustabilizował się. Zmiana ustroju doprowadziła do ogólnego zubożenia węgierskiego społeczeństwa. Kraj liczy sobie 10 mln mieszkańców, z czego 1,5 mln żyje za mniej niż 200 euro miesięcznie, a więc poniżej granicy ubóstwa. Dochód prawie 4 mln ludzi wynosi 250 euro miesięcznie. oficjalnie bez pracy jest 500 tysięcy Węgrów, lecz nieoficjalnie bez szans na zatrudnienie jest około milion ludzi. Ograniczać demokrację zaczęto nie w 2010 r., lecz już po 1989. Siły polityczne walczące przeciwko ustrojowi kapitalistycznemu, zwłaszcza WKPR, nie mają dostępu do mediów publicznych. Czerwona gwiazda, sierp i młot zostały zakazane w 1993 r. jako <<symbole tyranii>>. W 2007 całe kierownictwo WKPR zostało oskarżone o <<publiczne zniesławienie>>. Antykomunistyczna nagonka trwa niezależnie od tego, która z partii burżuazyjnych jest u władzy. 3. Węgierscy kapitaliści mają różne partie, by wyrazić swe interesy. Z jednej strony jest to Fidesz (Są to interesy konserwatywnej, zorientowanej narodowo grupy burżuazji, zorientowanej tradycyjnie na Niemcy). Z drugiej strony Węgierska Partia Socjalistyczna i partia „Polityka Może Być Inna!” (Burżuazja o orientacji liberalnej i socjaldemokratycznej, bliższej Stanom Zjednoczonym i Izraelowi). Walka między tymi dwoma skrzydłami kapitalistów ma głębsze korzenie. Przed 1989 r. w opozycji antykomunistycznej istniały dwa główne prądy - nacjonalistyczny i liberalny. Pierwszy rząd kapitalistyczny sformowali w 1990 r. konserwatyści. Wtedy to liberałowie nawiązali długofalową współpracę z WPS - prawicowymi socjaldemokratami. Wielu liderów WPS wywodziło się jeszcze z okresu socjalistycznego, ale całkiem zmienili swe poglądy i wielu z nich zostało kapitalistami. Od zniszczenia ustroju socjalistycznego do 2010 r. istniały pewne niepisane zasady ustanowione przez kapitalistów: Nacjonaliści i liberałowie razem z socjalistami będą wymieniali się u steru władzy, lecz żadne z nich nie będzie dzierżyć władzy absolutnej. Będą natomiast pilnować, aby do parlamentu nie weszły żadne siły antykapitalistyczne. Partie burżuazyjne będą także respektować zobowiązania wobec NATO i UE, a polityka zagraniczna nie będzie przedmiotem dyskusji. Wszystkie wybory parlamentarne między 1990 a 2006 ukazywały równowagę między dwoma blokami partii. Sytuacja uległa dramatycznej zmianie w roku 2006, kiedy stało się jasne, że węgierski kapitalizm pogrążył się w głębokim kryzysie. Wynikało to z następujących przyczyn: Pełnej zależności węgierskiej gospodarki od zagranicznego kapitału; zubożenia Węgrów i wyczerpania się ich oszczędności; korupcji paraliżującej normalne funkcjonowanie państwa. W 2010 kapitaliści zdali sobie sprawę, że socjal-liberałowie nie są w stanie zagwarantować wewnętrznej stabilizacji kapitalizmu ani powstrzymać wybuchu społecznego niezadowolenia. Oto dlaczego otworzyli drogę Fideszowi. Głównym zadaniem stojącym przed konserwatywnym Fideszem i jego rządem na czele z Wiktorem Orbanem było zapobieżenie powtórzeniu się scenariusza znanego z Grecji. Partia wygrała wybory posługując się społecznymi hasłami jak pełne zatrudnienie, bezpieczeństwo socjalne itp. Większość ludzi była głęboko niezadowolona z rządu socjal-liberałów, zatem Fidesz nie musiał się zbytnio natrudzić, by nimi zmanipulować i zdobyć 2/3 miejsc w nowym parlamencie. 4. Rząd konserwatystów wprowadził następujące zmiany: Wzmocnił swą własną bazę klasową. Obsadził swymi ludźmi wszystkie stanowiska w polityce, mediach i kulturze. Ogłosił, że jego ideą jest stworzenie nowej klasy średniej. Zadowolił siły nacjonalistyczne na Węgrzech, wprowadzając podwójne obywatelstwo dla ludzi narodowości węgierskiej mieszkających za granicą i ustanawiając nowe obchody rocznicowe związane z traktatem pokojowym z Trianon z 1920 r. Dokonał wyraźnego zwrotu do tradycji konserwatywnej i nacjonalistycznej w polityce, kulturze i edukacji. Postanowił powstrzymać gniew społeczeństwa różnymi metodami. Wprowadził nowy kodeks pracy, nadający bardzo szerokie uprawnienia kapitalistom i praktycznie zmieniający robotników w niewolników. Podzielił masy pracujące poprzez wprowadzenie znacznych podwyżek dla kolejarzy i podwyższając płacę minimalną. Doszedł także do porozumienia z czołowymi konfederacjami związkowymi. Za cenę zachowania przywilejów wyrzekły się walki klasowej. Nowy rząd wszczął ogólną kampanię antykomunistyczną. W 2010 r. znowelizowano kodeks karny zrównując w nim komunizm i faszyzm i ogłaszając, że każdemu, kto zaprzecza „zbrodniom komunizmu i faszyzmu” grożą 3 lata więzienia. Jak dotąd nie zapadł żaden wyrok z tego paragrafu. W ostatnich dniach ubiegłego roku przyjęto nowe przepisy regulujące przejście do nowej konstytucji. Między innymi zadeklarowano, że okres socjalizmu (1948-1990) był nielegalny, pełen zbrodni. Decydenci z tamtych czasów mogą być pociągnięci do odpowiedzialności karnej, ich emerytury mogą zostać obniżone. Natomiast obecna Węgierska Partia Socjalistyczna jako prawny spadkobierca partii rządzącej w czasach socjalizmu ponosi pełną odpowiedzialność za wszystko, co się wtedy działo. Na razie nie wiadomo jeszcze, jakie to pociągnie za sobą konsekwencje. 5. Siły socjal-liberalne ostatnimi czasy rozpoczęły poważny kontratak przeciwko rządowi. WPS zapożyczyła wiele postulatów i haseł od Węgierskiej Komunistycznej Partii Robotniczej. Zaczęła też używać tradycyjnego koloru komunistów - czerwieni. Socjaldemokraci i liberałowie zaczęli tworzyć nowe organizacje i ruchy społeczne. W październiku 2011 powołano ruch Solidarność o wyraźnej orientacji pro-socjalistycznej. Ich nowym żądaniem jest zastąpienie rządu Orbana własnym, socjal-liberalnym. 6. USA otwarcie wmieszały się w wewnętrzne sprawy Węgier. Ambasador USA w Budapeszcie skrytykował otwarcie rząd i poparł stanowisko socjal-liberalnej opozycji. Sekretarz Stanu Hillary Clinton uczyniła to samo w liście z 23 grudnia 2011, opublikowanym przez liberalne media. 7. Węgierska Komunistyczna Partia Robotnicza stwierdza między innymi: Kapitalizm na Węgrzech znajduje się w kryzysie. Ogólny kryzys kapitalizmu w Europie czyni sytuację na Węgrzech jeszcze gorszą i mniej nieprzewidywalną. Węgierscy kapitaliści pojmują, że upadek UE lub strefy euro doprowadzi do wybuchu społecznego bardziej dramatycznego niż w Grecji. Wiedzą, że lud jest niezadowolony, a wielu uważa socjalizm za lepszy niż obecny kapitalizm. Z jednej strony - piszą komuniści - na Węgrzech ma miejsce walka przeciwko masom ludowym prowadzona przez kapitalistów. Z drugiej zaś strony zmagają się ze sobą dwie grupy kapitalistów, co jest wyrazem walki o dominację nad Europą dwóch mocarstw imperialistycznych - Niemiec i USA. węgierscy komuniści nie popierają żadnej z partii burżuazyjnych. Za główne problemy mas pracujących uważają bezrobocie, niskie płace, wysokie ceny i niepewną przyszłość. Kłopoty te wynikają z kapitalizmu. Rządy kapitalistyczne nie chcą ani nie mogą ich rozwiązać. Jedynym wyjściem jest walka o socjalizm. Komuniści na Węgrzech nie popierają masowych demonstracji sił socjaldemokratycznych i liberalnych, bo celem tych sił nie jest obalenie kapitalizmu, lecz zastąpienie rządu konserwatystów socjal-liberalną ekipą. WKPR nie wspiera też Fideszu, bo jego celem jest zreformowanie i wzmocnienie kapitalizmu. Zadaniem WKPR jest być wszędzie tam, gdzie ludzie pracy walczą o swoje prawa, walka przeciwko oportunizmowi i rewizjonizmowi. Co prawda na Węgrzech nie ma obecnie sytuacji rewolucyjnej. Ale sytuacja może ulec zmianie - w Europie i w kraju. Dlatego WKPR uważa za konieczne przygotowywanie swych członków na taką ewentualność. ***
3.01.2012 IPN kontra prawdaW Krotoszynie ma czelność wisieć sobie tablica z lat 60. XX w. poświęcona przedwojennej Komunistycznej Partii Polski, której członkowie z narażeniem życia walczyli o Polskę sprawiedliwości społecznej. Takiej zbrodni Instytut Pamięci Narodowej nie wybacza!Oto słowa, które poderwały na równe nogi <<historyków>> gończych spod brunatnych sztandarów: „KPP. W tym budynku, w mieszkaniu Wawrzyńca Figaja w latach 1935-1936 odbywały się zebrania konspiracyjne Komunistycznej Partii Polski w Krotoszynie. Krotoszyn, styczeń 1963 rok.” Gniewu rozmaitych złowrogich instytucji i środowisk nie uląkł się jednak właściciel budynku, na którym obecnie znajduje się zabytek. Przypomina on wszystkim chętnym do roli wandali, że mają oni obowiązek szanować prawo własności (które przecież wciąż mają na ustach): „W życiu na to się nie zgodzę! Nie wyście tą tablicę wieszali i nie wyście powinni ją zdejmować.” - cytują go Informacje Krotoszyńskie. Oj, posypały się gromy na naszą poprzedniczkę: „To wstyd dla miasta. Ludzie spoza Krotoszyna pytają jak długo możemy taką tablicę tolerować? (...) W Krotoszynie wciąż wiele osób czuje sentyment do komunizmu” (Zdzisław D. - działacz kolejarskiej Sprzedajności... poprawka: Solidarności); „Polscy komuniści dążyli do likwidacji państwa polskiego i wcielenia go do ZSSR” (Paweł H. - podobno nauczyciel historii, który widocznie cieszy się z tego, co jego koleżankom i kolegom po fachu zgotowała III RP. Przecież widać, że belfrzy są najbogatszą grupą zawodową i ogólnie mają raj, czyż nie?); „Taka tablica jest nie na miejscu. Działacze KPP niechlubnie zapisali się w historii Polski. Ważniejsze były dla nich ideały internacjonalistyczne, niż niepodległość Polski. Działali otwarcie w interesie Związku Sowieckiego, występując przeciwko niepodległości Polski” (Tomasz T. - kierownik referatu <<naukowego>> łódzkiego IPN). Dla przypomnienia: Komunistyczna Partia Polski była jedyną partią polityczną walczącą o niepodległość Polski. O wyzwolenie społeczeństwa od wyzysku, zacofania, poniżenia i wegetacji. Podobnie jak teraz. Przedwojenna KPP doskonale zdawała sobie sprawę, że masy pracujące Polski będą miały zapewnione godne życie, bezpłatną edukację, służbę zdrowia i prawa obywatelskie tylko wtedy, gdy dołączą do bratniej rodziny narodów radzieckich. To bowiem Związkowi Radzieckiemu - jako pierwszemu państwu na świecie - udało się urzeczywistnić socjalizm, stanowiący marzenie milionów uciśnionych na przestrzeni wieków. Historia potwierdziła słuszność poglądów KPP. Sanacyjna dyktatura, głosząca wszem i wobec <<umiłowanie niepodległości>> sprzedawała kraj obszarnikom i bankierom - rodzimym i obcym pasożytom. A gdy sprowadziła na II RP katastrofę, to właśnie burżuazyjni decydenci zwiewali z napadniętej przez faszystów Polski, aż kurz wzbijał się na zaleszczyckiej szosie. Do niektórych jednak żadne argumenty nie przemawiają. Szczególnie zacietrzewione niedobitki solidarnościowej ekstremy nie ukrywają, że nienawidzą komunistów, bo ci poświęcili swe życie walce o to, co <<Solidarność>> z premedytacją zniszczyła - o bezpieczeństwo socjalne obywateli, o prawdziwą niepodległość Polski. No ale czego się spodziewać po kimś tak wyzutym z człowieczeństwa, że nadal skanduje "Precz z komuną" i wychwala różnej maści wałęsów i michników? Można śmiało założyć, że niejeden z powszechnie promowanych <<śledczych>>, <<historyków>> i innych <<autorytetów>> za krzykami o KPP chcącej przyłączyć Polskę do ZSRR ukrywa swoje marzenie o przyłączeniu Polski do III Rzeszy... *** Powrót do: Aktualności |