29.12.2011
Kapitalizm bez ogródek
Jedna z największych organizacji charytatywnych w Niemczech bije na
alarm: nie dość, że dobrobytu w RFN ze świecą szukać, to jeszcze są
rejony szczególnie głębokiej nędzy.
Deutsche Welle (a za nim Onet.pl) przytacza dane ze świeżo ogłoszonego
<<Atlasu Biedy>> - raportu omawiającego poziom (choć pion
to lepsze słowo) życia w Niemczech. I tak, biorąc pod uwagę całe
Niemcy, w 2010 r. biedą zagrożonych było 14,5% mieszkańców, a więc
ubóstwem jest lub może być dotkniętych 12 milionów obywateli RFN.
Niechlubną pierwszą lokatę w skali zagrożenia biedą dzierży ku
zaskoczeniu ekspertów Zagłębie Ruhry. Szef instytucji, która opracowała
dokument, Parytatywnego Związku Socjalnego - Ulrich Schneider - nie ma
wątpliwości: „W Zagłębiu Ruhry, dawnym zagłębiu kopalnianym i centrum
przemysłu ciężkiego żyje dziś 5 mln ludzi. Wiele miast i gmin jest tak
zadłużonych, że nie jest w stanie poradzić sobie z zaspokojeniem
podstawowych potrzeb. kiedykolwiek miałoby zacząć tu wrzeć, uspokojenie
sytuacji może być trudne.”
Dla porządku należy wspomnieć, że za zagrożone biedą uważa się w
Niemczech osoby, których dochód nie przekracza 60% średniego
uposażenia. Przeciętny dochód niemieckiego gospodarstwa domowego
szacowany jest dzisiaj na 2700 euro miesięcznie. Podstawowa stawka
zasiłku socjalnego na osobę wynosi zaś 364 euro miesięcznie, od
stycznia 2012 r. będzie wynosiła 374 euro.
Ulrich Schneider komentuje wyniki analizy w następujący sposób: „Liczby
te prawie nie zmieniły się od 2005 r. i to mimo pozytywnego rozwoju
gospodarczego kraju. Rynek może wprawdzie produkować bogactwo, ale nie
potrafi go dzielić. (...) Rząd federalny nie jest w stanie albo nie
jest zainteresowany zorganizowaniem pieniędzy, które umożliwiłyby
skuteczną politykę socjalną. Środki podejmowane przez rząd jeszcze
tylko zaostrzają sytuację. Przykładem są cięcia finansowe w opiece nad
bezrobotnymi, czy zmiany w przyznawaniu zasiłku rodzinnego
(Kindergeld). Kwestia dobrobytu i biedy generalnie musi być rozpatrzona
z nowej perspektywy, w przeciwnym wypadku państwo socjalne uderzy głową
w mur.”
Poprawka Herr Schneider: tak zwane państwo socjalne właśnie zostało
upakowane i rzucone do lamusa, niczym choinka po świętach. Nie jest już
potrzebne kapitalistom dla mydlenia ludziom oczu. Przez parę dekad na
Zachodzie istniał kapitalizm w wersji <<soft>> utrzymywany
z lęku przed rewolucją i ZSRR. Te czasy minęły. Nadeszła era
całkowitego zezwierzęcenia stosunków społecznych. Kapitalizmu w wersji
hard.
***
27.12.2011
Cel: Chiny
Mimo głębokiej stagnacji gospodarczej i kryzysu ustrojowego,
północnoamerykański imperializm upiera się przy całkowicie
irracjonalnej strategii globalnej i zwiększonym zastosowaniu sił
zbrojnych.
Portugalska gazeta komunistyczna „Avante!” wcale się temu nie dziwi.
USA mają przecież długą tradycję jako ciemiężyciel. Jest to kraj z
długiem publicznym, który przekroczył już 15 trylionów dolarów (w
krajach anglosaskich oznacza to 15 razy 10 z dwunastoma zerami) i
osiągnie niedługo ponad 100% PKB. Państwo to nie ukrywa swego niepokoju
w obliczu wyzwania, jakim są Chiny, które w rezultacie swego rozwoju
stały się w 2010 roku drugą największą gospodarką na świecie i zarazem
największym wierzycielem.
Do stanowisk wyrażających najgorsze intencje można zaliczyć wypowiedź
Jona Huntsmana, kandydata Republikanów na urząd prezydencki, będącego
niegdyś ambasadorem w Pekinie. Polityk nie wahał się zaproponować
„obalenia Chin” (wypowiedź dla Global Times z 19 listopada 2011).
Pogląd ten podzielają niemal wszyscy przedstawiciele amerykańskich
władz.
W takich właśnie okolicznościach odbył się szczyt APEC (Wspólnota
Gospodarcza Azji i Pacyfiku) i ASEAN (Stowarzyszenie Narodów Azji
Południowo-Wschodniej). Biały Dom wybrał ten moment na przeprowadzenie
dyplomatyczno-militarnej ofensywy w regionie, mającej na celowniku
oczywiście Chiny.
Składając wizytę w Australii - uczestniczącej wraz z NATO i USA w
wojnie afgańskiej - Obama uznał za najwyższy priorytet wojskową pozycję
Stanów Zjednoczonych w regionie Azji i Pacyfiku. Goszcząca go premier
Australii Julia Gillard z Partii Pracy nazwała to największym
militarnym zaangażowaniem USA w Australii od II Wojny Światowej.
Przy tej samej okazji sekretarz stanu Hillary Clinton podpisała wspólne
oświadczenie ze swym filipińskim odpowiednikiem w Manili na pokładzie
amerykańskiego niszczyciela USS Fitzgerald. Clinton obiecała
wzmocnienie sojuszu wojskowego z Filipinami. Waszyngton liczy na cenne
wsparcie rządu Benigno Aquino w wysiłkach na rzecz pogłębienia i
umiędzynarodowienia sporu i stworzenie „wspólnego frontu” przeciw
Pekinowi. W strategicznej rywalizacji i zacieśnianiu anty-chińskiego
kordonu USA ma za sojuszników Japonię i Południową Koreę. Nie bez
znaczenia jest też stacjonowanie w tych krajach wojsk amerykańskich.
Jednocześnie USA atakuje na froncie ekonomicznym, występując jako ważny
promotor porozumienia o wolnym handlu Partnerstwa Trans-Pacyficznego,
którego Chiny nie są częścią. Są tacy, co nie mogą zdzierżyć
„asymetrycznej zależności gospodarczej” od największego na świecie
rynku wschodzącego. Nic dziwnego, że rośnie imperialistyczny nacisk na
Państwo Środka. Imperializm chce zmusić Chiny do działania zgodnego z
„regułami gry” (jak ujął to dziennik chiński People's Daily on-line 18
listopada br.). Te reguły stanowią, że imperializm nie wyrzeknie się
celu, jakim jest doprowadzenie do całkowitego otwarcia rynku
wewnętrznego Chin na nieskrępowany wyzysk i anulowania chińskiej
niezależności. Wszystkie te wysiłki mają w myśl imperialistów
doprowadzić do destabilizacji ChRL, krok po kroku, a ostatecznie obalić
wewnętrzny porządek i zdławić socjalistyczny kierunek rozwoju.
Gazeta przypomina również, że jednym ze sposobów w jaki reżim USA stara
się dopiąć swego, jest pozbawianie państw konkurencyjnych, takich jak
Rosja, zdolności odstraszania nuklearnego. Służą temu wszelkiego typu
„tarcze antyrakietowe”. Niesie to ze sobą wielkie ryzyko nie tylko dla
suwerenności, ale także integralności terytorialnej Federacji
Rosyjskiej.
Czasopismo zauważa, że obecnemu imperializmowi jest bardzo na rękę
napięcie i barbarzyńska eskalacja wydarzeń na Bliskim Wschodzie oraz
chaos i destabilizacja począwszy od Afryki północnej aż po Azję
Środkową. Sytuacja ta stanowi zagrożenie dla światowego pokoju i wymaga
wzmożonych wysiłków mas ludowych w celu powstrzymania nowej wojny
imperialistycznej.
***
25.12.2011
W czyich rękach jest UE
Le Monde ostrzega: „W ubiegłym stuleciu Berlin napisał wyjątkowo
niszczycielski rozdział w europejskiej historii. Teraz ponownie chwycił
za pióro.” Gazeta wyraża pogląd francuskiej burżuazji na coraz bardziej
rosnącą w siłę niemiecką konkurencję. Ale są też inne przejawy tej
ekspansji...
„Europejczycy z lękiem patrzą na panią kanclerz, czy ściślej rzecz
biorąc na całość niemieckiej władzy, na którą składa się rząd Merkel,
Bundestag, Federalny Trybunał Konstytucyjny w Karlsruhe i Bundesbank.
Od ich wewnętrznego porozumienia zależy decyzja, czy Europejski Bank
Centralny będzie finansował państwa zaatakowane przez rynki finansowe.
Od tej decyzji zależy, czy Włochy i euro zostaną uratowane. - Wszystko
w rękach Niemców. Czekamy na ich decyzję nie mając żadnego wpływu na
to, co się stanie - przyznaje jedna z ważnych osób we francuskim
rządzie.”
Jacques Attali, doradzający niegdyś prezydentowi Mitterrandowi,
stwierdza: „Dziś Niemcy znów trzymają w ręku broń, za pomocą której
nasz kontynent może się unicestwić.” Natomiast były szef MSZ,
socjaldemokrata Vedrine, wyraża obawę, że władze RFN „dla lepszej
kontroli polityk budżetowych domagają się wzmocnienia Parlamentu
Europejskiego (dzięki wysokiej liczbie ludności opanowanego właśnie
przez nich) i wyrastającej z tegoż samego Parlamentu Komisji.” Udaje
świętego i zarzeka się, że „Przyszły rząd strefy euro nie powinien być
germańsko-niemiecki, narzucony krajom, które nie mogą go odrzucić, bo
stały się zakładnikami rynków finansowych.” Milcząco potwierdza tym
samym, że kapitałowi francuskiemu marzy się dyktat w UE, a nie
dzielenie się władzą z kapitałem niemieckim.
Francuskie MSZ wyraża zaniepokojenie niemiecką inicjatywą zmiany
obecnych zasad podejmowania decyzji także w ramach Europejskiego Banku
Centralnego na taką, która bardziej odpowiada interesom RFN. Jeden z
pragnących zachować anonimowość członków francuskich władz stwierdził:
„Dziś Niemcy sądzą, że jest w ich interesie twardo trzymać się doktryny
i narzucać Europie swoje przywództwo. Ale to zła droga, wzbudza zbyt
mocne antyniemieckie nastroje. Krytykując Austrię atakują tym samym
swoje zaplecze - Hinterland, zaś krytykując Francję - atakują swojego
głównego partnera. To się musi zmienić.” Były premier Laurent Fabius
skomentował to w taki sposób: „Nie sądzę, by wróciły problemy z dawnych
czasów. Ale jeśli Europa się rozpadnie, zaczniemy szukać winnych i
wtedy może być źle.” Widać więc, że pogłębia się konflikt między
monopolistami RFN i Francji, gra bowiem toczy się o podział łupów w
budowanej z inicjatywy kapitalistów <<nowej Europie>>.
Wiadomo, że ilekroć wielcy kapitaliści czują się zagrożeni
zmniejszeniem zysków, zwracają się do kontrolowanego przez siebie
aparatu władzy o ulżenie swej doli. A oto najświeższy przykład: Drugi
co do wielkości niemiecki bank Commerzbank, mający ponad 14 milionów
prywatnych i korporacyjnych klientów, może zostać upaństwowiony wraz ze
swymi satelitami (BRE Bankiem, mBankiem i MultiBankiem) jeśli nie
zdobędzie skądś dodatkowych 5 miliardów euro kapitału. Już w styczniu
2009 r. niemiecki rząd nie pozwolił temu bankowi upaść, dając mu 10
miliardów euro, a jednocześnie zdobywając czwartą część udziałów w nim.
Widać więc, w jakim szybkim tempie postępuje zlewanie się oligarchii
finansowej z aparatem państwowym. Nic dziwnego, wszak nadchodzą
niespokojne czasy i lepiej wszechstronnie zabezpieczyć się przed
niespodziankami. (Źródło: TVN CNBC)
A teraz najciekawsze: Jak podaje Onet.pl za Reutersem, ThyssenKrupp
uzgodnił sprzedaż swojej stoczni produkującej luksusowe jachty, Blohm +
Voss na rzecz brytyjskiej firmy inwestycyjnej Star Capital. Niemiecki
koncern stalowy chce się bowiem skoncentrować na budowie okrętów
wojennych. Koncern (jeden z motorów niemieckiego parcia do podbojów już
od czasu I Wojny Światowej) ma nadzieję na sfinalizowanie transakcji
przed kwietniem 2012 r. Die Welt podała (bez wskazania źródeł), że
Thyssen może zarobić na tej transakcji 100 milionów euro (134 miliony
dolarów), z czego 30 milionów w gotówce. W ten sposób po sprzedaży
stoczni cywilnych spółka Marine Systems ThyssenKruppa będzie się
składała ze stoczni wojskowych w Kilonii w Niemczech i Kockums w
Szwecji, a także firmy produkującej sprzęt i projektującej jednostki
wojskowe w Blohm + Voss Naval w Hamburgu.
Tony Mallin, prezes Star Capital, powiedział Reuterowi, że jego firma
zainwestuje <<znaczące>> sumy w trzy stocznie Blohm + Voss,
ale nie chciał podać szczegółów. Dodał, że Blohm + Voss Industries jest
rynkowym liderem jeżeli chodzi o produkcję części do statków. Zwrócił
również uwagę, że dział silników olejowych w Blohm + Voss Repair złapał
ostatnio wiatr w żagle dzięki temu, że wiele firm naftowych dużo
inwestuje w platform wiertnicze: „Kraje takie jak Irak i Libia
przebudowują obecnie swój przemysł naftowy”, powiedział. Dobre sobie...
<<Przebudowują>>. Nie dodał w jakich ciekawych
okolicznościach i na czyją korzyść.
Godne uwagi, że Star Capital, fundusz inwestycyjny dysponujący aktywami
w wysokości miliarda euro, został stworzony w 2000 roku w celu
kupowania i rozwijania firm w takich sektorach jak ropa i gaz,
telekomunikacja, transport i opieka zdrowotna. (Cóż za wszechstronność!
Ale to normalne w epoce imperializmu) Obecnie jest zaangażowany między
innymi w Oxford Aviation Academy i Eversholt Rail Group.
Związek zawodowy IG Metall jest zdania, że Star Capital powinien
zapewnić gwarancje zatrudnienia dla 1500 pracowników dwóch stoczni w
Hamburgu i Kilonii oraz honorować umowę płacową z załogą. Na to jaśnie
pan prezes odparł: „Nie dajemy gwarancji nikomu. Ocaliliśmy miejsca
pracy, które w przeciwnym razie by zniknęły (...) Jasno daliśmy do
zrozumienia, że nie mamy nieograniczonego dostępu do kapitału.
Uruchomiliśmy wystarczający kapitał, by zagwarantować wzrost dla tego
biznesu. Teraz od zarządu i pracowników zależy, czy wykorzystają
szansę.”
Wszystkie znaki na niebie i na ziemi wskazują zatem na zaostrzanie się
sprzeczności między dwoma mocarstwami imperialistycznymi, których siła
i wpływy spajają na razie Unię Europejską. W ostatecznym rozrachunku
rozbieżność interesów tych grup kapitału przyniesie kontynentowi nowy
kataklizm. Jedynym wyjściem jest rozerwanie imperialistycznego
łańcucha, zanim nas wszystkich zadusi.
***
23.12.2011
Żałoba
Śmierć Kim Dzong Ila pogrążyła ludzi dobrej woli na całym świecie w
głębokim smutku. Jest to całkowicie zrozumiałe. Zewsząd napływają
kondolencje dla ludu koreańskiego.
Światowa
Federacja
Młodzieży
Demokratycznej stwierdziła, że to tragiczne
wydarzenie stanowi wielką stratę dla zmagań antyimperialistycznych
prowadzonych przez Koreańczyków. „Jako przywódca wyrażał wolę ludu
Korei, by walczyć przeciwko imperializmowi o zbudowanie własnej
przyszłości narodu, pomimo imperialistycznych ataków, które
przysporzyły sporo trudności. (...) W tej smutnej godzinie ŚFMD
pozostaje solidarna z ludem Korei, a zwłaszcza z jej młodzieżą i
Socjalistyczną Ligą Młodzieży Kim Ir Sena w jej walce o pokój i ponowne
zjednoczenie półwyspu”.
Wyrazy głębokiego żalu z powodu śmierci przywódcy ludu Wolnej Korei
złożyła także
KP
Wielkiej
Brytanii
(marksistowsko-leninowska). O zmarłym napisała:
„Był wielkim przyjacielem i nauczycielem międzynarodowego ruchu
komunistycznego, klasy robotniczej całego świata, ruchów
narodowo-wyzwoleńczych, uciśnionych ludów i narodowości, był drogim i
bliskim naszej partii towarzyszem broni. (...) Urodzony pośród płomieni
wojny przeciw japońskim agresorom, został wychowany pod czerwoną flagą
i w ogniu zaciętej walki przeciwko imperialistom i innym wrogom
klasowym. Był najbardziej zaufanym, niestrudzonym i błyskotliwym
uczniem największego syna Korei - Tow. Kim Ir Sena. (...) Wielki
patriota i wielki rewolucjonista, Tow. Kim Dzong Il podniósł sprawę
ponownego zjednoczenia narodu pod sztandarem samostanowienia o jego
losie. Czynił energiczne wysiłki dla promowania przyjaźni i jedności
między bratnimi krajami socjalistycznymi, dla wzmocnienia
międzynarodowego ruchu komunistycznego i dla wspierania wszelkimi
możliwymi sposobami prowadzonej na całym świecie walki przeciwko
imperializmowi oraz wysiłków ciemiężonych narodów w ich staraniach na
rzecz budowy nowego społeczeństwa. (...) Szczególne i osobiste
kondolencje kierujemy to szanownego Tow. Kim Dzong Una, podobnie jak
pewne oczekiwanie, że będzie kontynuował i powiększał rewolucyjne
dziedzictwo przekazane mu przez Kim Ir Sena i Kim Dzong Ila. (...)”
Kondolencje wobec rządu KRLD i narodu koreańskiego wyraziły także
władze wielu krajów takich jak np. Bangladesz, Białoruś, Chińska
Republika Ludowa, Etiopia, Filipiny, Indonezja, Iranu, Kambodża, Kuba,
Laos, Mongolia, Mozambik (Prezydent dodał: „Korea Północna dała
wsparcie Mozambikowi w trakcie wojny o niepodległość kiedy Mozambik
walczył przeciwko Portugalii”), Nepal, Nikaragua, Federacja Rosyjska,
Wenezuela, Wietnam i Zimbabwe. Oczywiście ludobójcze reżimy, takie jak
USA, Wielka Brytania, Francja, Izrael i Niemcy z trudem ukrywały radość
i satysfakcję. Skoro rozpętanie wojny przeciwko Afgańczykom,
Irakijczykom, Libijczykom czy mordowanie Palestyńczyków to dla nich
bułka z masłem, to tym bardziej nie okażą żalu z powodu śmierci
przeciwnika imperializmu.
Jak informuje portal
Fight
Back
News, nawet rząd USA nie jest w stanie zaprzeczyć osiągnięciom
koreańskiego socjalizmu. Napisany za zamkniętymi drzwiami w 1990 r.,
odtajniony raport CIA przyznaje, że KRLD zapewnia wyjątkowy poziom
świadczeń społecznych dla dzieci, gwarantuje zupełnie darmowe
mieszkania dla obywateli, zapewnia obfitujący w sukcesy ogólnokrajowy
medyczny program prewencyjny, utrzymuje policję, w której poziom
korupcji jest niespotykanie mały oraz zapewnia wysoką oczekiwaną
długość życia i niski wskaźnik śmiertelności niemowląt.
Ten sam raport CIA podkreśla, że w KRLD jest o wiele więcej
wykształconych kobiet niż mężczyzn. Przyznaje też, że Partia Pracy
Korei rzeczywiście dokonała „radykalnej zmiany” w relacjach między
płciami. Fakty to potwierdzają: Prostytucja jest zakazana, kobiety mają
obowiązek służby wojskowej, państwowe programy opieki nad dziećmi
umożliwiają kobietom pracę poza domem, zaś znaczną liczbę wysokich
stanowisk politycznych zajmują właśnie kobiety, włączając w to
reprezentację w Najwyższym Zgromadzeniu Ludowym KRLD.
Znakomity system publicznej służby zdrowia w KRLD - zapewniający
obywatelom bezwarunkowe powszechne świadczenia - nadal bardzo dobrze
funkcjonuje, pomimo wyniszczających sankcji ze strony USA. Tylko w
ubiegłym roku w raporcie ONZ dotyczącym północnokoreańskiej opieki
zdrowotnej, dr Margaret Chan - dyrektor generalny Światowej Organizacji
Zdrowia (WHO) - nazwała ją „czymś, czego większość państw rozwijających
się może pozazdrościć”. Wskazała, że w KRLD nie brak lekarzy ani
pielęgniarek i pochwaliła system za jego "bardzo rozwiniętą
infrastrukturę zdrowotną, od szczebla centralnego do prowincjonalnego”.
***
21.12.2011
Wiosna idzie
Mimo podejmowanych przez media prób wyśmiewania „reliktów PRL”
zdecydowana większość ludzi nie ulega tym manipulacjom, a nawet gotowa
jest bronić wyklinanych pozostałości po Polsce Ludowej. Na przykład
barów mlecznych.
Warszawskie wydanie Gazety Wyborczej relacjonuje niespodziewany wyczyn,
którego dokonali zwykli mieszkańcy stolicy, oburzeni zamknięciem
jednego z ostatnich punktów taniego zbiorowego żywienia - Baru
Prasowego przy ulicy Marszałkowskiej. „Nikt nas nie pytał, czy chcemy
zamknięcia Baru Prasowego. Więc my też nie pytaliśmy, czy możemy go
otworzyć. Będziemy działać tak długo jak to możliwe. Reprezentujemy
potrzeby społeczne wielu osób, również tych najbiedniejszych, którzy
żywili się tu i zostali wykluczeni z przestrzeni publicznej.” -
tłumaczą warszawiacy. Dodają: „Mieszkańcy chodzą do rady osiedla,
pytają, co z tym barem. Zamknęli bez niczyjej wiedzy, bez rozmowy. Tak
się nie robi”. Niestety jak widać, tak się właśnie robi...
Ludzie postanowili wziąć więc sprawy w swoje ręce. W ramach protestu
przeciw likwidacji Prasowego weszli do niego i rozpoczęli prawdziwie
obywatelskie gotowanie, profesjonalnie układając grafik dyżurów i menu.
Jak się okazało gotować też potrafią. Gdyby przybytek umiał mówić, na
pewno przyznałby, że potomkowie budowniczych Warszawy z lat 40. i 50.
XX w. spisali się na medal. Klienci, którzy z zaciekawieniem, ale i
pewnym powątpiewaniem, obserwowali poczynania młodych ludzi, nie mogli
się ich nachwalić. Jedzenie było jak za starych dobrych czasów.
Zebranych nie zdołały przestraszyć ani groźne pomruki urzędników ani
ściągnięte jak do siedziby mafii oddziały policyjne. Zresztą gdzie
żywią się policjanci, którzy w III RP niezbyt dużo zarabiają? Właśnie w
takich placówkach. Trudno zatem liczyć na ich dozgonną wierność
reżimowi kapitalistycznemu.
„Mieszkańcy przynieśli z domów stoły, krzesła, obrusy w czerwoną
kratkę, sztuczne kwiaty w butelkach, butle gazowe do gotowania, garnki,
patelnie, talerze, kubki i sztućce.” Karta dań pozwala na chwilkę
przenieść się w przyszłość, do epoki zwycięstwa socjalizmu: „Cena
według uznania”. W międzyczasie jeden z uczestników protestu powiedział
dziennikarzom: „Mój dziadek chodził do Prasowego, mój ojciec i ja. Tak
jak do baru Uniwersyteckiego, który też zamknęli. Bar mleczny to jedno
z ostatnich miejsc, w którym mogą się spotkać przedstawiciele
wszystkich klas społecznych. Moim zdaniem powinien być taki przepis, że
na tysiąc mieszkańców przypada jedna tania jadłodajnia. Przecież
żywienie to nie towar, nie da się tego rzucić na żer niewidzialnej ręki
rynku. (...) Za chwilę będzie tu ekskluzywna restauracja albo bank. To
ogólna tendencja, zamyka się w centrum małe punkty usługowe, sklepiki,
warzywniaki, bo są nierentowne. Ale przecież miasto to nie firma.”
Na swej stronie internetowej
http://www.prasowy.waw.pl/
mieszkańcy podsumowują: ”Bar odwiedziło ponad 400 osób, wydaliśmy ok
250 posiłków. Dobitnie świadczy to o tym, że bar mleczny w tym miejscu
jest potrzebny. Powodzenie akcji to dowód na to, iż mieszkańcy/ki
Warszwy mają dość ignorancji władz i żądają większego wpływu na
urbanistyczne decyzje. Lokal był i jest własnością miasta, czyli Nas -
jego mieszkańców. Dowiedliśmy, że potrafimy się zorganizować by wyrazić
nasz sprzeciw wobec likwidacji miejsc mających społeczny charakter.
Zamknięcie Baru jest stratą dla wszystkich Warszawiaków. W procesie
zarządzania miastem musi być brana pod uwagę funkcja społeczna miejsc.
To ona powinna decydować o wysokości czynszów. Dlatego chcemy, aby
miasto prowadziło politykę odpowiadającą potrzebom wszystkich ludzi.
Sprzeciwiamy się zarządzaniu miastem jak firmą. Czas by władze miasta
zaczęły na poważnie traktować potrzeby mniej zamożnych i mniej
wpływowych mieszkańców.”
A więc nawet w wychwalanej jako ostoja kapitalizmu drobnomieszczańskiej
Warszawie ludzie nie dali się złamać i chcą decydować o swoim losie.
Czyżby jaskółka zwiastująca wiosnę?
***
19.12.2011
Jak kapitalizm traktuje szpitale
Możemy się o tym przekonać na przykładzie Grecji. Przyglądajmy się
uważnie, abyśmy nie byli zaskoczeni, jeśli niebawem obudzimy się
właśnie w takim świecie...
„La Vanguardia” relacjonuje przebieg zwyczajnego dnia w największym i
najnowocześniejszym ateńskim szpitalu. Aż strach pomyśleć, jakie
warunki panują w najmniejszych i najbardziej przestarzałych. Otóż „po
upływie dwóch lat (...) szpital jest w stanie bliskim upadku i
dysponuje coraz mniejszymi funduszami, a jednocześnie zgłasza się do
niego coraz więcej pacjentów”.
Gdy w całym kraju pogłębia się nędza, bezrobocie i głód, pacjenci
najzwyczajniej w świecie walczą o przeżycie. Ich rodziny gotowe są do
wszelkich poświęceń, byle tylko uzbierać 100 euro na analizę krwi i
moczu (przy tym opłata 5 euro za zwykłą wizytę do błahostka). Szpitalne
otoczenie nie wspomaga chorych w powrocie do zdrowia. Do lamusa odeszły
nawet zatrważające wnioski rządowego raportu z roku 2007, dotyczące
mało higienicznego karmienia pacjentów. Zwłaszcza, że słowo „posiłek”
stało się bardzo rzadkie odkąd program „oszczędnościowy” wymuszony
przez stojące na czele UE Niemcy doprowadził do zmniejszenia o 40%
szpitalnych budżetów w całej Grecji.
Przewodniczka dziennikarza, doktor Kosmopoulou, mówi: „Podczas nocnego
dyżuru, mamy tylko dwie pielęgniarki na 60 pacjentów.” Nic dziwnego.
Szpital ma 650 łóżek, podczas gdy pracuje w nim ledwie 200
pielęgniarek. W wielu salach łóżka oddalone są od siebie o niecałe 6
centymetrów. „Obniżenie o 42% wydatków IKA, greckiego towarzystwa
ubezpieczeń społecznych, które zapewniało podstawową opiekę medyczną
milionom emerytów, zmusiło chorych do szukania pomocy bezpośrednio na
pogotowiu lub ostrym dyżurze. Czas oczekiwania na pomoc lekarza
wydłużył się o 30%.” W efekcie pracownicy służby zdrowia, którzy
jeszcze nie wyemigrowali, mają pełne ręce roboty obalając
rozpowszechniane przez UE mit o „leniwych Grekach.”
Grecja dziś to Polska jutro. Przykład? Wiek emerytalny został tam już
podniesiony z 65 do 67 lat, dzięki czemu większość pielęgniarek pracuje
mimo takich problemów zdrowotnych jak artretyzm. Artretyzm? Drobnostka.
Ludziom głowy urywa na wojnie, a nie narzekają! Pensje lekarskie
obniżono do 1000 euro miesięcznie, a salowe są zatrudniane przez
prywatne firmy, którym szpital zleca sprzątanie. I tak oto zarabiają za
15-godzinną harówkę ledwie 500 euro miesięcznie, nie mają co liczyć na
zapłatę za nadgodziny.
Władcy Unii Europejskiej klaszczą z zachwytu nad genialnymi
posunięciami swych pupilków w Atenach, którzy problem brakujących
pielęgniarek rozwiązali likwidując 23% łóżek w ciągu dwóch lat (a więc
na śmietnik trafiło ponad 11 tysięcy sztuk). „Jednak liczba pacjentów
zgłaszających się do szpitali publicznych wzrosła od 2009 roku o 30
procent, prawdopodobnie dlatego, że ludzi nie stać już na luksus
opłacania prywatnego ubezpieczenia. Tymczasem 550 łóżek w szpitalach
publicznych oddano do dyspozycji sektora prywatnego.” - cytuje gazetę
portal Onet.pl
Rząd grecki, zgodnie z wytycznymi bankierów kontrolujących Komisję
Europejską, wypowiedział wojnę swemu narodowi. Ofiary tej wojny już
widać: Co najmniej 20 bezdomnych z dzielnicy Nikaia śpi na korytarzach
szpitala. Praktycznie brak już zaopatrzenia placówki w takie materiały
jak plastikowe naczynia czy choćby wata. Czyżby był to przejaw
upokarzania ze strony władz? - zastanawia się lekarka. Jeśli tak, to
dopiero początek. Greków czeka obcięcie funduszy na służbę zdrowia o
kolejne 6,5%.
Czasopismo medyczne „The Lancet” ujawniło w swym raporcie, że w Grecji
doszło do kryzysu humanitarnego, przejawiającego się także gwałtownym
wzrostem infekcji wirusem HIV (o 52% w ciągu roku). Przyczyny to
narkomania i prostytucja, które stają się udziałem coraz to nowych
rzesz obywateli. Wiele młodych bezrobotnych kobiet, aby utrzymać przy
życiu siebie i swych bliskich, musi narażać swe zdrowie i życie
świadcząc płatne „usługi” seksualne. Tak wygląda wzorcowe państwo
kapitalistyczne. Ten „prestiżowy” status już wkrótce osiągnie Polska.
Elity polityczno-biznesowe dołożą wszelkich starań, aby do tego
doprowadzić.
***
17.12.2011
Walki uliczne w Żanaozienie
Mimo że do tego kazachskiego miasta weszły czołgi, pododdziały wojsk
wewnętrznych i część brygady piechoty morskiej oraz liczne oddziały
specnazu MSW z różnych rejonów kraju, opór strajkujących robotników
nadal trwa.
Część robotników naftowych i młodzież zawładnęła bronią policjantów,
którzy zostali rozbrojeni w czasie dziennych starć i masakry
wiecujących. W ręku ludzi są też strzelby myśliwskie. Na skraju miasta
przez całą noc trwała wymiana ognia i prawdziwe walki uliczne. Według
relacji robotników, liczba zabitych nafto-robotników i spokojnych
mieszkańców przekroczyła 150 osób. Te dane zostaną uściślone rano, ale
już teraz wszystkie szpitale Żanaoziena i Aktau są wypełnione rannymi.
Nawet jeśli wystąpienie robotników zostanie utopione we krwi, akty
sabotażu na złożach, a także walka w swych najbardziej radykalnych
przejawach, będzie trwała dalej. Rano w centrum Aktau powinien zostać
wznowiony wiec protestacyjny, w którym zamierzają wziąć udział zarówno
mieszczanie, jak i mieszkańcy sąsiednich aułów. Dlatego też, na wypadek
zamieszek, do miasta weszło wojsko.
Na znak solidarności z żanaozieńskimi nafto-robotnikami, we wszystkich
kompaniach naftowych regionu zatrudnieni wstrzymali pracę, a w efekcie
wydobycie ropy. Jako wyraz protestu przeciwko rozstrzelaniu robotników
i spokojnych mieszkańców, na 17 grudnia zaplanowano wiece i
demonstracje w wielu miastach Kazachstanu. Tymczasem w tym kraju
zablokowane zostały nie tylko wszystkie portale społecznościowe i
strony opozycyjne, ale także YouTube.
Jak poinformowali działacze robotniczy, dziś rano 5 tysięcy
nafto-robotników pracujących na złożach Kałamkas wstrzymało wydobycie i
pomaszerowało pieszo do zarządu kompanii „Kałamkasmunajgaz”, aby
zażądać od władzy i pracodawców wyprowadzenia wojsk z Żanaoziena. (...)
O godzinie 8:30 czasu lokalnego zostali aresztowani aktywiści
Socjalistycznego Ruchu Kazachstanu - Dmitrij Tichonow i działaczka
ruchu lokatorskiego „Zostawmy mieszkanie ludowi” Łarisa Bojar.
Zatrzymanie miało miejsce w ich domach, a dokonali go funkcjonariusze
Rejonowego Wydziału Spraw Wewnętrznych (RUWD) Ałma-Aty. Aresztowani
byli głównymi organizatorami wyznaczonej na 11:00 na tamtejszym Placu
Republiki akcji protestacyjnej przeciwko rozstrzelaniu protestujących
robotników i mieszkańców Żanaoziena.
O 9:34 stało się wiadome, że aresztowano innego socjalistę Armana
Oażubajewa a także Żannę Bajtiełową. Nie podano celów ani przyczyn
zatrzymania, ale oczywistym jest, że leżą one w próbach zakłócenia
przebiegu akcji protestu oraz pomieszania szyków uczestnikom
przedsięwzięcia. - czytamy w relacji Socjalistycznego Oporu Kazachstanu
opublikowanej na portalu
RKRP-RPK.
***
13.12.2011
Tam nie ma głodnych dzieci
Najnowszy raport UNICEF-u zatytułowany <<Postęp dla
dzieci>> informuje, że na świecie aż 146 milionów dzieci poniżej
piątego roku życia ma poważne problemy z niedożywieniem. 28% z nich
żyje w Afryce, 17% na Bliskim Wschodzie, 15% w Azji, 7% w Ameryce
Łacińskiej i na Karaibach, 5% w Europie i 27% w tzw. krajach
rozwijających się. Lecz ani jedno nie jest Kubańczykiem...
Budująca socjalizm Republika Kuby jest jedynym państwem rejonu Ameryki
Łacińskiej i Karaibów, które wyeliminowało niedożywienie wśród dzieci.
Osiągnięcie to zawdzięcza wysiłkom rządu na rzecz wzmocnienia wsparcia
dla grup najbardziej zagrożonych tym zjawiskiem. Inna agenda ONZ-owska
- FAO - również potwierdziła, że Kuba jest tym państwem Ameryki
Łacińskiej, które uczyniło największy postęp w walce przeciwko
niedożywieniu.
Na Kubie wszyscy mają zapewniony podstawowy koszyk żywnościowy, a
władze promują wśród młodych matek korzyści z karmienia piersią.
Noworodki do czwartego miesiąca życia odżywiane są wyłącznie w ten
sposób i do szóstego miesiąca życia pożywienie to jest uzupełniane o
inne składniki. W dodatku każde dziecko do ukończenia siódmego roku
życia otrzymuje codziennie litr mleka. Inne posiłki podobnie
rozprowadzane wśród najmłodszych to kompoty owocowe, soki i warzywa.
Wszystkie te starania sytuują Kubę na szczycie ONZ-owskiej listy państw
najpełniej realizujących rozwój człowieka. A warto zaznaczyć, że
osiągnięcia tej karaibskiej republiki miały miejsce pomimo utrzymywanej
już od 50 lat blokady gospodarczej, handlowej i finansowej narzuconej
przez Stany Zjednoczone.
***
11.12.2011
Niecodzienny widok
10 grudnia w Moskwie miało miejsce coś, czego nie zdarzyło się nam
oglądać od ponad dekady. Mieszkańcy stolicy stali się świadkami i
uczestnikami prawdziwego, ogromnego, rzeczywiście masowego wiecu
politycznego. To zdarzenie różniło się jaskrawo od widoków, do których
przywykli moskwiczanie. - czytamy na stronie
RKSM(b).
„Nie przypominało świątecznych wieców-koncertów urządzanych dla partii
władzy, na które zwykle zwozi się młodzież autobusami. Nie było też
podobne do rytualnych demonstracji <<oficjalnych>>
komunistów (z KPRF - przyp. Red. Akt. KPP), składających daninę swej
nostalgii i szybko rozchodzących się do domów, gdzie czekają na nich
świątecznie stoły. W ten grudniowy dzień w Moskwie odbył się prawdziwy
wiec polityczny, na który świadomie, celowo i dobrowolnie przybyło,
według różnych szacunków, od 50 tys. do 150 tys. ludzi.
Mowa tu oczywiście o wiecu na Placu Błotnym, zorganizowanym przeciwko
fałszerstwom jakich dopuszczono się w niedawnych wyborach do Dumy
Państwowej. Tego dnia plac skupił na sobie uwagę rosyjskich i
światowych agencji informacyjnych. (...)
Większość moskiewskich działaczy lewicowych ściągnęło na Plac Rewolucji
o godzinie 14:00. Byli wśród nich także komsomolcy z RKSM(b). Około
13:30 na placu zebrało się mnóstwo ludzi, nie mniej niż tysiąc, i
ciągle ich przybywało. Plac był ogrodzony, z dwóch stron postawiono
ramy wykrywające metal. Przychodzący całkiem spokojnie przez nie
przechodzili, a wielu oczekiwało na znajomych za ogrodzeniem, tak że
przy wyjściu ze stacji metra również był wielki tłum. Na miejscu
zgromadzenia nie było widać żadnej nerwowości. Wręcz przeciwnie, cała
ciżba dziennikarzy wyraźnie się nudziła z powodu nieobecności głównych
bohaterów spektaklu. Z policyjnej ciężarówki okresowo rozbrzmiewały
wezwania do przejścia na Plac Błotny, ale też bez jakiejś bojowej
zaciętości.
Tuż przed drugą po południu wśród dziennikarzy nastąpiło poruszenie
wywołane przybyciem VIP-ów. (...) Po jakimś czasie wodzowie liberałów
powiedli swoich stronników pieszo na Plac Błotny. Większość ludzi
pozostała czekając na swych towarzyszy. Działacze RKSM(b) naruszyli
zgniłą ciszę placu skandowaniem: <<Władza milionom, nie
milionerom!>> Następnie Sekretarz KC partii
ROT FRONT Aleksander Batow udzielił
krótkiego wywiadu dziennikarzom odnośnie rzeczywistych przyczyn
przeniesienia akcji. Przez ten czas na plac przybyło dostatecznie dużo
lewicowych aktywistów. We współpracy z towarzyszami z <<Frontu
Lewicy>> komsomolcy sformowali kolumnę. Ogólnie rzecz biorą,
uwzględniając aktywistów innych organizacji i ruchów, kolumna była
całkiem imponująca. Na jej czele był rozwinięty wielki transparent ROT
FRONT-u, na przedzie flagi
RKRP-RPK,
<<Frontu Lewicy>>, RKSM(b), było też dużo flag anarchistów.
(...) Zjednoczona kolumna lewicy, skandując radośnie swe hasła,
pomachała gmachowi Kremla, przeszła przez most i wkroczyła na Plac
Błotny. Od prawie godziny trwał tam już wiec (...)
Wiele osób było w podniosłym nastroju, ale mało kto zauważył, że na tym
samym mityngu umarły wszystkie te wzniosłe wartości, które głoszono z
trybuny. Wolność słowa? Nie było jej na wiecu. Na trybunie gospodarzyły
dwie splecione ze sobą siły - liberałowie i nacjonaliści. Oni nadawali
ton w wystąpieniach, ich wypowiedzi było nieproporcjonalnie dużo.
Lewicy dali przemawiać ledwie trzy, cztery razy, w tym liderowi
piotrogrodzkiego oddziału partii ROT FRONT - Aleksandrowi Etmanowowi. A
i o te wystąpienia trzeba było prawie dopraszać się u organizatorów.
Moskiewskich komunistów w ogóle nie dopuszczono do głosu. Za komunistę
nie uważamy rzecz jasna pana Kłyczkowa, młodego biznesmena i posła
KPRF. On oczywiście przemawiał. Jednak wystąpienia lewicowców były na
ogół słabe i ich oddziaływanie było niewielkie. Całą treściwą część
wiecu zawłaszczyli liberałowie i ich sojusznicy. Mało tego! Czepiali
się nawet z powodu rozpowszechniania ulotek, usiłowali zabronić
lewicowym aktywistom pracy z ludźmi na wiecu. Ot, taka swoiście
rozumiana wolność u liberałów. Tak jak w roku 1993, gdy dla
<<obrony wolności i demokracji>> uznali za dopuszczalne
strzelanie z czołgów do legalnie wybranego parlamentu...
Taki stan rzeczy nie mógł oczywiście zadowolić aktywistów ROT FRONT-u.
Kilku komsomolców z banerem RKSM(b) zdołało przedostać się blisko
trybuny. Tam, w nie najżyczliwszym otoczeniu, nakręcali skandowanie,
czasem całkiem bezstronnie dla przemawiających. Jednak główna część
aktywu skupiła się w tłumie, gdzie zajmowała się rozpowszechnianiem
ulotek. Następnie komsomolcy zwartą grupą przemieścili się bliżej
przeciwległego od trybuny krańca placu i zaczęli bezpośrednio agitować
zgromadzonych tam ludzi poprzez rozmowę. Czasami spory były całkiem
gorące, ale tak czy owak było to interesujące i przede wszystkim
pożyteczne zajęcie.”
Rosyjscy bolszewicy nie mają wątpliwości, że aby naprawdę rozwiązać
problemy społeczne, „nie wystarczą uczciwe wybory. Tutaj konieczna jest
zmiana ustroju.
A póki co trzeba wnosić w protestujące masy zalążek organizacji i
radykalizację. W walce potrzebna jest po pierwsze konkretna
działalność, namacalne, żywe działania, których rezultat byłby
odczuwalny. Po drugie, konieczna jest konsekwencja, wyraźna i jasna
droga, po której będziemy posuwali się naprzód od jednego drogowskazu
do drugiego. Jeśli protest będzie podobny do tłuczenia wody w
moździerzu, szybko ucichnie.
Nie zamierzamy stać na uboczu. Już teraz gromadzimy zwolenników by
przeciwstawić się partii <<Jedna Rosja>>. Wzywamy także
wszystkich naszych czytelników do przyłączenia się do tej inicjatywy.
Dołożymy wszelkich starań, aby za tym apelem poszły realne działania,
nie zaś by para poszła w gwizdek.”
***
9.12.2011
Czemu niezdrowe jedzenie
uzależnia?
Zadaniem przemysłu spożywczego epoki imperializmu jest zapewnianie
właścicielom przedsiębiorstw z tej branży krociowych zysków. Zdrowie i
życie konsumentów w ogóle się nie liczy. Im bardziej przywiązani są do
śmieci im serwowanych, tym lepiej dla koncernów.
Według badań profesora Davida Kesslera, jednego z wiodących uczonych w
swojej dziedzinie, lody, batony czekoladowe, chrupki, płatki
śniadaniowe i tzw. dania błyskawiczne oddziałują na nasz mózg
identycznie jak papierosy, uaktywniając ośrodek odpowiedzialny za
odczuwanie przyjemności. - informuje The Telegraph.
Kessler wie co mówi. Był bowiem w latach 1990-1997 komisarzem agencji
rządu Stanów Zjednoczonych do spraw żywności i używek (FDA). Obecnie
jest profesorem pediatrii, epidemiologii i biostatystyki na
Uniwersytecie Kalifornia. Ostrzega współobywateli, że fabryki artykułów
spożywczych stworzyły takie kombinacje tłuszczów, cukrów i soli, że
wielu ludzi uwiedzionych ich smakiem nie jest w stanie zaprzestać
jedzenia, nawet jeśli nie czują już głodu. Mieszanki mają stworzyć u
nich ciągłe uczucie niedosytu, bezpardonowo bawiąc się układem nerwowym.
„Czas już najwyższy, by przestać obwiniać za otyłość samych nią
dotkniętych. Prawdziwym problemem jest to, że stworzyliśmy świat, w
którym ogólnodostępna żywność jest wytwarzana z myślą o zmuszeniu
kupujących do jeszcze większej konsumpcji. Organizm milionów ludzi po
prostu nie jest w stanie się oprzeć takiemu pożywieniu”.
Kessler ma na pieńku z koncernami tytoniowymi, które oskarżył o
preparowanie takich papierosów, które służą jeszcze większemu
uzależnieniu palaczy. W swojej nowej książce - „Koniec przejedzenia” -
przedstawia szczegółowe składniki, które fabrykanci kazali zastosować,
by uczynić swe produkty „hiper-smacznymi”. Do tysięcy smakołyków
wykonanych w celu ciągłego dostarczania uczucia przyjemności można
zaliczyć bez wahania ketchup firmy Heinz oraz białą czekoladową kawę
mocca Frappuccino sprzedawaną w sieci Starbucks.
„Odpowiednia kombinacja smaków wpływa na ogromną liczbę neuronów, w
wyniku czego powstaje bardzo silny przekaz, aby jeść i szukać jeszcze
więcej pożywienia.” Naukowiec wskazuje, że posiadany przez ludzi
ośrodek odczuwania przyjemności płynącej z cukru, tłuszczu i soli
zapewnia nam to uczucie tylko do chwili, gdy przesadzimy. Wtedy błogość
znika. Ale dzięki nowoczesnej technologii służącej obecnie bardzo złej
sprawie, ta przeszkoda chroniąca nasz organizm została usunięta dla
kolejnych bajecznych zysków właścicieli koncernów żywnościowych (tylko
czy to coś zasługuje na miano żywności?). A groźba otyłości,
wyniszczenia organizmu i wreszcie zachorowania na nowotwory? Takie
drobiazgi nie obchodzą burżujów, bo w grę wchodzą grube pieniądze. Na
zdrowe i ekologiczne żywienie się mogą sobie pozwolić tylko najbogatsi.
Reszta niech płacze, płaci, je i umiera. Oto wilcze prawo kapitalizmu.
***
7.12.2011
Brytyjczycy na ulicy
Z najnowszych ustaleń wynika, że w Wielkiej Brytanii gwałtownie rośnie
liczba bezdomnych w przedziale wiekowym od 16 do 24 lat.
Dziennikarze The Telegraph nieśmiało dodali, że to, co widać na ulicach
Europy zawdzięczamy „obecnemu klimatowi politycznemu”. Raport
organizacji charytatywnej Homeless Link sporządzony w oparciu o dane od
79 podmiotów pozarządowych oraz od 108 przedstawicieli władz lokalnych
pozwala nieco się zorientować w skali zjawiska.
W roku 2011 aż 48% samorządów brytyjskich i 44% organizacji pomocowych
zarejestrowało wzrost liczby młodych ludzi szukających ratunku przed
bezdomnością. Coraz większe zubożenie Brytyjczyków sprawia, że wielu z
nich nie stać na opłacanie rachunków za wynajmowanie mieszkania, czy
też rat kredytu mieszkaniowego. Znaleźć się na ulicy można więc w
okamgnieniu.
Blisko 2/3 młodych bezdomnych, do których udało się dotrzeć, nie miało
żadnego wykształcenia ani pracy. 46% znajdowało się w trudnej sytuacji
finansowej. 26% doświadczyło już wcześniej spania na ulicy. Prawie
połowa ośrodków dla bezdomnych musiała odmówić im pomocy z powodu
ograniczenia własnych zasobów. Ponad połowa noclegowni dla bezdomnych
została zamknięta lub jest zagrożona likwidacją.
Przedstawiciele organizacji pozarządowych przyznają, że wraz ze
wzrostem bezrobocia wśród młodzieży, zmianą systemu zabezpieczeń
społecznych i rozpadem więzi rodzinnych, zjawisko bezdomności u młodych
ludzi będzie stawać się coraz powszechniejsze i groźniejsze. Wszelkiej
maści filantropi i naprawiacze kapitalizmu zaznaczają jednak stanowczo,
że nie da się uniknąć kryzysu ani jego skutków. Można tylko próbować
ograniczyć jego wpływ na nowe pokolenie. Dla takich „dobroczyńców”
obecny ustrój wydaje się być jedynym możliwym. Takie podejście jest
niezgodne z rzeczywistością i przynosi same szkody ludziom, którym
wolontariusze „charytatywni” deklarują swą pomoc.
***
5.12.2011
Niewdzięczność
Czytając lub słuchając, co trapi jaśnie pracodawców, można by pomyśleć,
że są oni współczesnymi filantropami, wcieleniem miłosierdzia, które z
racji swej świętości łaskawie godzi się „dać pracę” niegodnemu
śmiertelnikowi, zwanemu pracownikiem. Może jeszcze „pracodawcy” każą
sobie płacić za ten zaszczyt?
Jakiś nadpobudliwy rekinek biznesu nie mógł znieść mąk związanych z
katorżniczą pracą na utrzymywanie... pracowników (jeśli podążać za jego
logiką) i zamieścił w internecie swoje gorzkie żale:
„Zacznijmy od tego, że każdy pracownik, w szczególności ten
<<tyrający za piątaka na godzinę na bizneswieśmienów>> jest
kosztem. Tak właśnie, pan Edmund, który zasuwa 12h dziennie przy taśmie
na stanowisku <<pomocnik robota>> i montuje lodówki, jest
kosztem. Pan Edmund nie generuje firmie przychodu. Zgadza się, składa
te lodówki, ale... one także są kosztem. Przecież trzeba je testować,
magazynować i księgować.
A gdzie zysk? Dopiero kiedy handlowiec znajdzie klienta (w przypadku
lodówek klientem będzie jakaś hurtownia AGD albo sieć sklepów), pojawią
się jakiekolwiek przychody! Ale szczęśliwie kapitalista postanowił
wyzyskiwać ludzi i utworzyć dla pani handlowiec stanowisko płatne
10.000 złotych. Przy marżach w branży na poziomie 5%, musiałaby
sprzedać lodówki za jakieś 7.000.000 złotych (siedem milionów), żeby
interes się opłacał. Zanim napisałeś swój komentarz o
pracodawcach-wyzyskiwaczach, nie patrzyłeś na to w ten sposób, prawda?
Ba, pewnie nawet nie policzyłeś ile kosztujesz pracodawcę? To
zatrważające jak mało osób wie, ile kosztuje pracownik! Przywileje
takie jak płatny urlop albo najlepszy samochód na świecie (firmowy)
kosztują. Przy etacie, za każdy 1000 złotych przekazany pracownikowi,
pracodawca płaci jeszcze 670 złotych różnych podatków i pseudopodatków.”
Co ma do powiedzenia autor o umowach śmieciowych? Przyznaje on, że nie
gwarantują one, że pracownik nie straci pracy z dnia na dzień. Jednak
cynicznie pyta, czemu pracodawca miałby chcieć zwolnić dobrego
pracownika? „Jeśli jesteś dobry, (...) jesteś równie bezpieczny co na
etacie. A może w tym właśnie problem? Idziesz do pracy żeby wywalczyć
sobie jak najwięcej przywilejów, bony świąteczne i podwyżkę, która ci
się <<należy>>, chociaż robisz cały czas to samo? W takim
razie nie dziw się, że jutro twój etat zajmie ktoś, kto myśli o
interesie firmy.”
Jeden z komentujących artykuł rozwinął nawet myśl autora o umowach
śmieciowych, a przy okazji o ludziach jako takich: „To świetne umowy i
dla pracownika i dla pracodawcy. Jak się komuś nie podoba - to
sajonara. Ale tylko przy jednym założeniu - jak ktoś idzie do pracy
pracować a nie siedzieć na urlopach, opierdalać się czy rodzić dzieci.
(...) Nie no sorry... jak ktoś chce rodzić dzieci to po co idzie do
pracy?”
Byli jednak i tacy internauci, którzy nie dali sobie zrobić wody z
mózgu: „Pracodawca chce mieć hajs, to niech się ładnie buja (podatki,
pracownicy, problemy z produkcją czy usługami). Pracownik sprzedaje mu
swój cenny czas. (...) Jeżeli pracownik to przede wszystkim koszt to po
co go w ogóle zatrudniać? Aaa no tak, żeby ten handlowiec w ogóle miał
co sprzedawać a prezes z czego zarabiać. W końcu bez pracownika mogą po
prostu mieć zysk ze świadczenia pewnych usług przy drodze.”
Czytając przepojone goryczą zwierzenia zwierza biznesu, aż chciało by
się zakrzyknąć ze współczucia i wzruszenia: „Gołąbeczku kochany,
przystopuj troszkę! Przecież nikt nie ma prawa zmuszać Cię do czynów
heroicznych, zwłaszcza gdy już jedziesz ostatkiem sił, wymęczony przez
bandę pasożytów żerujących na twoim żywym ciele - ukochanej firmie. To
zaiste straszny ból - urodzić własne przedsiębiorstwo, wypiastować je
czule jak własne dziecię, po czym pozwolić, aby jacyś niegodni nędznicy
łapczywie zajmowali miejsca pracy, które specjalnie dla nich stwarzasz.
Pracujesz w pocie ich czoła, a ci niewdzięcznicy na przekór Tobie nie
chcą pracować 24 godziny na dobę (a to przecież tylko robienie cały
czas tego samego!), czasem chorują, a nawet - o zgrozo! - rodzą dzieci.
W dodatku musisz płacić 500-procentowe podatki i składki, aby te lenie
tuczyły się twoją krzywdą.
Po co się tak męczyć?! Wywal ich wszystkich z pracy. Przecież sam
lepiej i godniej ich zastąpisz. Nie ma rzeczy niemożliwych dla takiego
junaka, jak Ty. Jeśli nie weźmiesz sobie tej rady do serca, to zemrzesz
w kwiecie wieku. A kto wtedy będzie kontynuował działalność
filantropijną? Po przeczytaniu Twych zwierzeń, pojmuję, jaki
jesteś samotny i nierozumiany. Tak jak twoi poprzednicy z minionych
ustrojów - właściciele niewolników, a potem panowie feudalni. Im też
niewolnicy i chłopi zawdzięczali tak wiele, a okazywali taką
niewdzięczność (nawet ich zabijali!).
Podobnie bliscy tobie ludzie biznesu, kierujący tak poważnymi
inwestycjami jak Auschwitz-Birkenau. Przecież nie musieli tworzyć
ludziom z całej Europy tych miejsc pracy. A jednak stworzyli, bo liczy
się gest. Ile ich kosztował każdy z pracowników? Aż strach pomyśleć.
Nic dziwnego, że musieli zwrócić sobie tę inwestycję i zwiększać
wydajność pracy (przyznasz pewnie, że warto na przyszłość brać z nich
przykład). A zamiast wdzięczności wielu z nich czekały prześladowania
ze strony komunistów. Wiem jednak co powiesz - dobro nie zawsze
zwycięża.”
***
1.12.2011
By pożar wojny nie strawił Ziemi
Komunistyczna Partia Grecji (KKE) potępiła eskalację imperialistycznej
interwencji w Syrii, prowadzonej tak samo jak w Libii pod pretekstem
„demokracji” i „wolności”. Greccy Towarzysze podkreślają, że takie
wymówki przekroczyły już granice cynizmu i hipokryzji.
Komuż bowiem tak leżą na sercu „wartości demokratyczne”? Okazuje się,
że antyludowym monarchiom w Zatoce Perskiej, rządowi tureckiemu
okupującemu Cypr, Unii Europejskiej, w której wielu krajach
członkowskich partie komunistyczne są nielegalne, Stany Zjednoczone,
wielokrotnie przeprowadzające lub wspierające pucze wojskowe we
wszystkich zakątkach globu.
Turcja, Arabia Saudyjska i Jordania razem z USA i UE odgrywają rolę
szczególnie reakcyjną. Nie można wykluczyć, że te właśnie kraje
dopuszczą się zbrojnej interwencji przeciwko Syrii.
Cele tych mocarstw - wbrew ich szumnym zapowiedziom - nie mają nic
wspólnego z prawami człowieka czy ludów. Cele to przejęcie kontroli nad
surowcami regionu, nad szlakami przepływu energii i towarów, nad
rynkami zbytu. Celem jest też osłabienie wpływu ekonomicznego i
politycznego, który posiadają na tym terenie mocarstwa-rywale, takie
jak Rosja i Chiny.
Tak więc imperialistyczna interwencja w Syrii doprowadzi do znacznych
strat materialnych oraz ofiar w ludziach, które poniesie ten kraj.
Pozbawi lud palestyński stabilnego sojusznika walki wyzwoleńczej,
sojusznika ruchów antyimperialistycznych regionu, a nawet utoruje drogę
do napaści na Iran, której pretekstem będzie irański program nuklearny.
Przed rządem Grecji (złożonym z socjaldemokratycznej partii PASOK,
konserwatywnej ND i faszystowskiej LAOS - przyp. Red. Akt. KPP),
podobnie jak przed władzami innych państw NATO i UE w ten czy inny
sposób zaangażowanych w imperialistyczne spiski przeciwko Syrii i
Iranowi, stoją poważne zobowiązania.
Siły oportunistyczne również mają poważne zobowiązania, zatem w imię
„lewicy” udzielają bezpośredniego wsparcia imperialistycznej
interwencji w Syrii pod pretekstem praw człowieka, albo też w tym
kluczowym momencie zajmują pozycje „równego dystansu” i udają, że nie
widzą ingerencji imperialistów ani wrogich ludowi planów, które się z
tym wiążą.
KKE wyraża swą solidarność z ludem i komunistami Syrii oraz uznaje lud
syryjski za jedyny podmiot mający prawo decydowania o przyszłości swego
kraju, bez zagranicznych sugestii czy ingerencji.
KKE wzywa rząd Grecji - tu i teraz - do powstrzymania wszelkiej
współpracy wojskowej z Izraelem. Do nieudostępniania greckiego
terytorium, portów czy przestrzeni powietrznej dla imperialistycznej
napaści na Syrię i Iran, która sprowadzi na lud Grecji i inne ludy
regionu poważne kłopoty. - podsumowuje Komitet Centralny.
***