![]() |
| Start | Aktualności | Dokumenty
|
Brzask |
Galeria |
Świat
|
Historia |
Forum
|
Kontakt |
Linki |
|
Lipiec
2010 *** 31.07.2010
Czas szabrownikówPolitycy PO i PiS okazują się godnymi spadkobiercami "NSZZ Solidarność". Mimo pozorowanych "wojen na górze", ramię w ramię walczą przeciwko społeczeństwu. Tym razem, w wyniku przyjacielskiego uzgodnienia, sprzedali szpital powiatowy w Środzie Śląskiej. A jest to jedyna placówka szpitalna w powiecie! Wraz ze zwycięstwem kontrrewolucji w roku 1989, rozpoczął się proces doprowadzania placówek ochrony zdrowia do upadłości, aby potem móc opchnąć je za bezcen. Pod rządami szabrowników w krawatach, dla szpitali i pacjentów nastały ciężkie czasy: Placówka w Środzie Śląskiej w III RP nie cieszyła się zbyt dobrą opinią. Nie była zbyt dobrze wyposażona i cierpiała na niedobór kadr medycznych. Mimo to starała się spełniać swoją rolę najlepiej jak mogła. W minionych latach przechodziła drobne remonty (zakup i montaż windy, odnowa pomieszczeń), dokupiono również nowy sprzęt, w tym aparat rentgenowski. Funkcjonowały tam tak istotne dla zdrowia mieszkańców oddziały jak chorób wewnętrznych, urazowy, ortopedyczny i ginekologiczno-położniczy. Szpital przez lata otrzymywał pomoc od gminy Środa Śląska, co przejawiało się w umorzeniach podatku od nieruchomości i dotacjach na dofinansowanie zakupu sprzętu. Natomiast wrocławskie wydanie Gazety Wyborczej relacjonuje: "(...) Szpital został sprzedany prywatnej firmie na początku maja. Uchwałę w tej sprawie poparli jednomyślnie wszyscy członkowie zarządu powiatu, w tym wicestarosta Mariusz Wojewódka z PiS. Tłumaczy: - Moi koledzy źle to odebrali, ale co miałem zrobić? Nie chciałem doprowadzić do upadłości szpitala. Sanepid mógł go zamknąć w każdej chwili, i dopiero wtedy byłaby tragedia. Potwierdza to starosta średzki Sebastian Burdzy z PO: - Mieliśmy wybór: albo zamknąć, albo prywatyzować." Zawsze w tego typu sytuacjach pojawiają się - niczym królik z kapelusza - głębokie westchnienia i powtarzane ze zbolałą miną słowa: "Nie mieliśmy wyjścia". "Historia średzkiego szpitala jest podobna do wielu bankrutujących dziś placówek medycznych w kraju. W 2004 roku działającą w nieremontowanych od lat budynkach placówkę zrestrukturyzowano - powiat spłacił 4,5 mln zł zobowiązań, zwolniono część osób. Następnie przekształcono ją w niepubliczny zakład opieki zdrowotnej Średzkie Centrum Medyczne. Sto procent udziałów zachował w nim powiat. Kolejnym dyrektorom nie udało się jednak postawić szpitala na nogi." Oczywiście szpitale tak jak szkoły mają zgodnie z kapitalistyczną logiką przynosić zyski ich prywatnym właścicielom, "zarabiać na siebie", nie zaś świadczyć usługi społeczeństwu. Nic więc dziwnego, że zawsze okazują się "nierentowne". Andrzej Oćwieja - Prezes Centrum Medycznego - umiejętnie podgrzewał atmosferę. Jego zdaniem "stan budynków się pogarszał i w każdej chwili szpital mógł przestać przyjmować pacjentów, bo nie spełniał norm sanitarnych i przeciwpożarowych. W kwietniu na posiedzeniu zarządu powiatu Oćwieja tłumaczył, że wydał pieniądze na remont archiwum, bo <<dokumenty medyczne zjadały szczury>>". Nawiasem mówiąc, nieoczekiwane atrakcje - oto szczury są zjadane przed dokumentację medyczną. "Pod koniec ubiegłego roku koalicyjny zarząd powiatu PO-PiS zdecydował więc, że spółkę trzeba sprzedać. Oferentów szukano przez prasę. Zgłosiły się cztery firmy, jednak wiążącą ofertę przedstawiła jedna - wrocławski holding Polskie Centrum Zdrowia. Przedziwnie prowadzono z nim negocjacje. Powiat reprezentował zespół złożony z radnych, członka rady nadzorczej Centrum, przedstawiciela zarządu powiatu i szpitala. Na co dzień to: rolnik, instruktor nauki jazdy, pielęgniarka, lekarz, inżynier i pełnomocnik wójta ds. promocji. O warunkach zbycia placówki dyskutowali z wyspecjalizowanym zespołem prawników i dyrektorów PCZ. Marek Majerowski (Stowarzyszenie Dolny Śląsk XXI), członek zarządu powiatu: - To tragedia była! Jak ja, instruktor nauki jazdy, mogę nadzorować sprzedaż szpitala? Przecież się na tym nie znam. Podobnie jak większość zespołu. Poza tym negocjowaliśmy z lufą przy głowie, bo w sądzie leżał już wniosek o upadłość spółki. Nie chciałem być <<pogrzebaczem>> szpitala." - czytamy w gazecie. Przy okazji pojawiła się kolejna zagwozdka - na ile wycenić należy udziały w spółce? Wicestarosta Wojewódka tłumaczy się: "Nie znaliśmy jej sytuacji finansowej i nadal nie znamy. Wiedzieliśmy tylko, że jest spory dług. Prawdopodobnie około 1,2 milionów złotych". Zarząd powiatu zajął w sprawie jednolite stanowisko: "Sprzedać!" I oto na początku maja szpital sprzedano jak paczkę zapałek. Polskie Centrum Zdrowia zapłaciło za wszystkie akcje 50 tysięcy złotych. Firma zapewnia solennie, że nie tylko pokryje zobowiązania spółki, ale nawet zbuduje w ciągu pięciu lat nową placówkę na wydzierżawionej od powiatu ziemi. Tymczasem nowy właściciel rozpoczął działalność od zwolnień. Na bezrobocie wysłano już kilkanaście osób z personelu medycznego i administracyjnego. A to dopiero początek. Każdemu myślącemu człowiekowi wyda się dość podejrzane, że firma, której istnienie zależy od osiągania jak największych zysków, kupiła szpital. Przecież szpitale są "nierentowne". Czyżby więc do Środy Śląskiej zawitali kapitaliści-filantropi? Nie. Po prostu jeśli każe się ludziom chorym słono płacić za opiekę lekarską i możliwość przeżycia, to biedni będą umierać w domu, a bogaci kurować się w komfortowych warunkach w prywatnym szpitalu. Zresztą jeśli szabrownictwo będzie wciąż tak wychwalane i praktykowane (pod szyldem "komercjalizacji"), to niebawem będziemy mogli wszyscy przekonać się o tym wszystkim na własnej skórze. ***
29.07.2010 Prawie jak żywnośćNiektórzy wierzą, że dawni cudotwórcy zamieniali wodę w wino. Lecz takie wyczyny to drobnostka, bowiem współcześni, kapitalistyczni cudotwórcy zamieniają wodę w - na przykład - szynkę. Oczywiście Inspekcja Handlowa ma za zadanie kontrolować zawartość bananów w bananach, ale nakładane przez nią sankcje nie uderzają w podstawę obecnego ustroju. Joanna Jankowska-Kuć, zastępca Mazowieckiego Wojewódzkiego Inspektora Inspekcji Handlowej w Warszawie, relacjonuje dla portalu Onet.pl: "Najbardziej spektakularne przypadki fałszowania żywności z naszych ostatnich kontroli to mięso mielone, które - jak dowiodły nasze badania laboratoryjne - zawierało podwyższoną ilość kolagenu, co świadczy o tym, że producent użył do jego produkcji większej ilości ścięgien, błon, chrząstek, niż deklarował. Inne mięso sprzedawane było jako wołowe, a okazało się wołowo-wieprzowe. Znaleźliśmy też mięso mielone cielęce, które zawierało w swym składzie również mięso wieprzowe. To szczególnie ważne dla osób, które mogą jeść tylko określone gatunki mięsa". "Schab w majeranku" oznacza w języku kapitalizmu mięso drobiowe a "parówki cielęce" - mieszankę przyprawową o nazwie "parówka cielęca" zamiast mięsa cielęcego. - ujawniają dziennikarze. Masło, które powinno zawierać od 80 do 90% tłuszczu pochodzenia mlecznego, było "wzbogacane" tłuszczem pochodzenia roślinnego. Oprócz bezczelnych fałszerstw, w przemyśle spożywczym natknąć się również można na niewłaściwą jakość handlową, która objawia się choćby brakiem wykazu składników. Zastrzeżenia inspektorów wzbudziło aż 13,3% wyrobów czekoladowych oraz 6,2% winiarskich. Dzięki niewidzialnej ręce rynku, spożywcy mogą delektować się bananami w galaretce oblanymi gorzką czekoladą (ale bez bananów), czekoladą nadziewaną z kawą i whisky (lecz bez kawy), jak również biszkoptami z galaretką w prawdziwej czekoladzie poziomkowej, choć bez poziomek (zastąpił je sok jabłkowy oraz aromat). Nie wspominając o podkarpackim miodzie pszczelim rodem z Wielkopolski. Jeśli chodzi o wina, to według raportu są one "chrzczone" nie gorzej niż benzyna. "Bio-Jogurty" zaś nie mają wiele wspólnego z "bio" ani "jogurtami". "Kolejny zarzut to odwoływanie się do właściwości leczniczych, co jest w przypadku żywności zabronione przepisami prawa (np. na opakowaniach jogurtu naturalnego wapń plus probiotyk umieszczono informację <<Twój kręgosłup zawsze zdrowy>>). To samo dotyczy miodów. Na wielu z nich znajdują się niestworzone informacje: działa uspokajająco i ułatwia zasypianie; zalecany w leczeniu nerwicy, pokonywaniu stresu, w stanach wyczerpania psychicznego; działa antyseptycznie, wykrztuśnie, przyspiesza gojenie; wspomaga trawienie, krążenie krwi, leczenie anemii, działa wzmacniająco na organizm." I tak dalej, i tym podobne. Podczas gdy w 2008 r. w wyniku badań laboratoryjnych zakwestionowano 16,5% badanych partii, a niewłaściwe oznakowanie stwierdzono w przypadku 6,5% sprawdzanych partii - to w 2009 roku było to odpowiednio 17,4% i 4,2%. Inspektorzy radzą: "Nie wolno zapominać, że np. tańsze produkty są często gorsze, bo zejście z określonego poziomu cenowego musi się odbyć kosztem jakości." Niech powtarzają to niestrudzenie - jeśli mają ochotę - milionom Polaków, których stać tylko na najtańsze produkty spożywcze. Prawda jest taka, że dopóki nie obalimy kapitalizmu, będziemy skazani na żywność żywnościopodobną, złożoną z tablicy Mendelejewa. A więc jak na razie, wypada życzyć sobie i Czytelnikom: "Smacznego". ***
27.07.2010 Kapitalizm trujeMagazyn "The European Union Times" informuje: Czołowi rosyjscy naukowcy powiadomili swego prezydenta, że - jak przypuszczają - toksyczne deszcze będące długofalowym następstwem wycieku ropy w Zatoce Meksykańskiej, mogą skazić wschodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych. Sądzą również, że BP ukrywa fakt zastosowania specjalnej mieszanki chemicznej w miejscu wycieku, podobnie jak zataja skalę katastrofy. Złowróżbny raport opracowany przez Ministerstwo Zasobów Naturalnych Federacji Rosyjskiej dla prezydenta Miedwiediewa ostrzega, że spowodowany niedbalstwem koncernu BP wyciek ropy i gazu może okazać się największą katastrofą ekologiczną w historii ludzkości oraz zagrozić kompletnym zniszczeniem całego wschodniego wybrzeża kontynentu północnoamerykańskiego. Uczeni opierają swe szacunki na fakcie, iż BP wtłoczył miliony galonów chemicznej mieszanki rozpraszającej znanej jako Corexit 9500 w miejsce nieszczelności kopuły umiejscowionej ponad milę pod powierzchnią Zatoki Meksykańskiej. Firma postanowiła zataić przed społeczeństwem amerykańskim pełny, tragiczny rozmiar przecieku, szacowany obecnie na 2,9 milionów galonów dziennie. (1 galon amerykański jest jednostką miary, która dla płynów wynosi ok. 3,8 litrów). Co gorsza, pierwszy lepszy huragan tropikalny uderzając w Zatokę Meksykańską w sytuacji, gdy na jej obszarze zgromadzono miliony galonów Corexitu, może skutkować toksycznymi opadami, które przyniosą kontynentowi amerykańskiemu zagładę niemal wszystkich form życia. ***
25.07.2010 Zaharować się na śmierćMagazyn Japan Press Weekly informuje, że około pięćdziesięcioro członków rodzin ofiar śmierci z przepracowania (zwanej "karoshi") zebrało się 17 i 18 lipca w Kioto, by podzielić się swymi doświadczeniami i zapatrywaniami. Spotkanie zorganizowało założone w Osace stowarzyszenie skupiające rodziny ofiar przepracowania, osoby udzielające im wsparcia i prawników. Podczas zgromadzenia, prof. Morioka Koji z Uniwersytetu w Kansai wygłosił odczyt i podkreślił, że w Japonii aż 7 milionów robotników pracuje więcej niż 60 godzin tygodniowo i w każdej chwili grozi im śmierć z przepracowania. Toshiro - 44 letni pediatra i mąż Nakahary Noriko - popełnił samobójstwo pod wpływem depresji wynikającej z przemęczenia pracą. Nakahara tłumaczy, że wytoczyła proces szpitalowi, w którym pracował jej mąż. Rozprawa zakończyła się ugodą przed Sądem Najwyższym 7 lipca. Dobiegający sześćdziesiątki mężczyzna z prefektury Hyogo, którego dwudziestokilkuletni syn umarł z przepracowania, mówi: "Firma, w której pracował mój syn, jawi mi się jako wampir wysysający z młodych ludzi krew. Nawet inspekcja pracy potwierdziła, iż syn umarł w wyniku przeciążenia pracą. Lecz to mi go nie przywróci. Domagam się od firmy przeprosin." Matka, której dwudziestoletni syn stracił życie z powodu zbyt ciężkich warunków pracy, opowiada: "Ludzie w wieku mojego syna mają z powodu bezrobocia trudności ze znalezieniem pracy. Dlatego jeśli już znajdą zatrudnienie, w obawie przed jego utratą godzą się pracować w nadgodzinach. Choć ciężko pracujące osoby są niezbędne dla japońskiej gospodarki, to jesteśmy świadkami, że dzieje się coś dziwnego - utalentowani ludzie padają pod ciężarem harówki. Dla naszego społeczeństwa konieczne jest wprowadzenie ustroju, który zapewniałby choćby minimalne standardy ochrony zdrowia i bezpieczeństwa, aby ludzie mogli wieść lepsze życie." Prawnik ofiar "karoshi" z Osaki twierdzi: "Japonia jest o tyle niezwykła, że nie ma ustawodawstwa, które zabraniałoby przedsiębiorcom zmuszać robotników do pracy w przesadnie długim wymiarze godzin. Musimy wzmóc nasze wysiłki w celu stworzenia prawa regulującego to zagadnienie". ***
23.07.2010 Ropa droższa niż życie"New York Times" upublicznił niejawną dotąd ankietę, przeprowadzoną wśród zatrudnionych przez koncern BP pracowników platformy wiertniczej Deepwater Horizon, której późniejsza eksplozja zapoczątkowała największą katastrofę ekologiczną w historii ludzkości. Robotnicy, choć przewidywali możliwość wypadku i wycieku ropy naftowej do Zatoki Meksykańskiej, byli zbyt zastraszeni przez kapitalistów, aby głośno podnosić tę kwestię i próbować wywierać wpływ na kierownictwo przedsiębiorstwa. Według prasy, dostrzegali oni rażące zaniedbania w systemie zabezpieczeń urządzeń wiertniczych, lecz obawiali się represji, które spotkałyby ich gdyby poskarżyli się zwierzchnikom. Raport wskazuje, że pracownicy zrozumieli, iż wiercenia mają absolutny priorytet kosztem konserwacji urządzeń, co sprawiało, że maszyny stawały się one coraz bardziej zawodne. "W osobnym raporcie oceniającym stan kluczowych elementów urządzenia wiertniczego, jak głowica przeciwerupcyjna i zawory bezpieczeństwa, stwierdzono, że wiele z nich nie sprawdzano właściwie od 2000 roku. Tymczasem przepisy w tej sprawie nakazują przeprowadzanie ich dokładnych inspekcji co 3 do 5 lat." - dodaje czasopismo. Warto dodać, że sondaż zamówiła swego czasu firma Transocean, właściciel urządzeń wiertniczych wydzierżawionych koncernowi BP. Oczywiście przedstawiciele Transocean zaklinają się na wszystkie świętości, że szwankujące elementy urządzenia wiertniczego nie należały do najważniejszych, a głowicę przeciwerupcyjną kontrolowano zgodnie z obowiązującymi normami. Nie zmienia to jednak faktu, że ustrój kapitalistyczny obfituje w takie właśnie tragedie i dewastuje środowisko. Wystarczy wspomnieć o ponad 20 tysiącach ofiar śmiertelnych katastrofy w centrum indyjskiego miasta Bhopal w roku 1984. Wtedy właśnie rozszczelnił się zbiornik z ponad czterdziestoma tonami izocyjanianu metylu, a silnie trujący gaz rozpełzł się po mieście skazując jego mieszkańców na śmierć w potwornych męczarniach. Rzecz jasna właściciel zbiornika - firma Union Carbide - od początku lat 80. by zmaksymalizować zyski (zgodnie z kapitalistyczną logiką) wprowadziła mnóstwo "oszczędności" i "usprawnień", które uderzyły w robotników, ich warunki pracy, stan techniczny mechanizmu i w przepisy BHP. W chwili obecnej również jesteśmy świadkami, jak w imię bajecznych zysków garstki wyzyskiwaczy, poświęca się życie niezliczonych ludzkich istnień. Ofiarami zbrodniczego ustroju, którego reprezentantem jest koncern BP, stali się nie tylko robotnicy zabici przez sam wybuch. Mnóstwo ludzi, którzy utrzymują się z rybołówstwa i są związani z tą gałęzią gospodarki, straci w wyniku skażenia jedyne źródło utrzymania. A to dopiero początek efektu domina... ***
21.07.2010 Można oszalećKapitalizm w Indiach przynosi cierpienie nie tylko masom robotników i chłopów, ale uderza również w drobnomieszczaństwo. I to czasem w zaskakujący sposób... Le Monde informuje, że wskaźnik samobójstw w kraju nad Gangesem rośnie w zastraszającym tempie - z 6,3 na 100 tysięcy mieszkańców w 1980 roku do 10,8 na 100 tysięcy obywateli w chwili obecnej. Kapitalizm rozrywając więzi rodzinne i zmuszając ludzi do pogoni za chlebem sprawił, że dzieci mieszkają zazwyczaj już tylko z dwojgiem rodziców, którzy często pracują do późna w nocy. Najmłodsi są osamotnieni wobec rosnącej zewsząd presji na odniesienie sukcesu w szkole i wygranie wyścigu szczurów. Młodzież w ciągu dnia przebywa w szkole, a wieczorami odbiera lekcje prywatne. Ich życie pozaszkolne i społeczne jest ograniczone do zera. Jest to problem nie tylko warstwy mieszczańskiej w Indiach, ale również w wielu innych krajach, w tym w Polsce. "Dobre stopnie i tylko one służą do oceny człowieka i przesądzają o jego życiu. Wszelkie zajęcia pozaszkolne, takie jak sport, które pozwalają tworzyć więź z innymi ludźmi, są zaniedbywane – mówi Shreyas Rao, adwokat, którym sam przechodził depresję w studenckich czasach. Ale najbardziej zestresowane są dzieci, na które rodzice wywierają największą presję." - wskazuje czasopismo. W Indiach samobójstwo jest skrzętnie przemilczanym zagadnieniem. Kapłani głoszą, że przerywa ono cykl reinkarnacji. Zresztą każda próba odebrania sobie życia jest karalna na mocy ustawy odziedziczonej po brytyjskich kolonizatorach. Ci ostatni potrzebowali jej, by uzasadnić wtrącanie do więzienia działaczy niepodległościowych - uczestników strajku głodowego. - dodają dziennikarze. Shreyas Rao objaśnia: "W naszym kraju nie wymyślono nic lepszego dla biedaka, któremu nie udało się zabić, jak zapakować go na rok do więzienia. Ludzie przeżywający depresję często chodzą do duchowych guru, którzy okazują się być oszustami, albo przechodzą kolejne etapy relaksacji. Aspekt psychologiczny w ogóle nie jest brany pod uwagę. W szkołach nie ma żadnego psychologa." "Młodzi ludzie, którzy są na krawędzi samobójstwa, wolą więc mówić na ten temat anonimowo. W biurze telefonu zaufania z siedzibą w Bombaju, na tablicy widnieje liczba uratowanych ludzi: 283 753. Tyle właśnie telefonów otrzymano od chwili utworzenia tej pozarządowej organizacji. Ośrodek, który jest czynny 24 godziny na dobę, przeżywa sezony <<oblężenia>> oraz <<spadku zainteresowania>>. W ciągu sześciu miesięcy przed egzaminami i przez kilka dni po podaniu wyników dzwoni od 80 do 100 osób dziennie, przez pozostałą część roku połowa tej liczby". Lecz coraz więcej osób zdaje sobie sprawę, że walka z epidemią samobójstw jest skazana na niepowodzenie, dopóki istnieje system oparty na wyzysku, wprzęgający ludzi do kieratu, który niszczy ich zdrowie fizyczne i psychiczne. ***
19.07.2010 Życie jak z bajki...Piewcy kapitalizmu rozgłaszają wszem i wobec jaki to "Zachód" jest mlekiem i miodem płynący. Ci, których nędza lub wiara w takie zapewnienia zmuszą do przyjazdu tam, bardzo szybko przekonują się na własnej skórze, że za mitami o "państwie dobrobytu" kryje się brutalna rzeczywistość. Sueddeutsche Zeitung opisuje losy Indonezyjki - Yoyoh Binti Salim Udin - która przed pięcioma laty podjęła pracę w charakterze pomocy domowej w londyńskim domu należącym do pewnej burżuazyjnej rodziny. Jest to historia cierpień i eksploatacji. Losu stającego się udziałem tysięcy imigrantów, przybywających każdego roku do Wielkiej Brytanii w charakterze taniej siły roboczej, w poszukiwaniu szczęścia. Dzień pracy (za który nigdy nie dostawała więcej niż 10 funtów) zaczynał się dla niej o wpół do 7 rano. Najpierw musiała pomóc dwójce małych dzieci państwa C. przy ubieraniu się, później przygotowywała śniadanie dla pani domu, do której polecono jej zwracać się "Madam". Następnie sprzątała łazienki i toalety, robiła pranie i zajmowała się kuchnią. Wszystko to trwało do godziny 23, a czasami wzywano ją również w nocy. Indonezyjka mówi, że lubi pracować, ale naprawdę zabolały ją liczne drobne upokorzenia, władczy ton, jakim do niej przemawiano, nieustanne zrzędzenie. Podczas przesłuchania relacjonuje: "Traktowali mnie jak żebraczkę. Musiałam spać na macie rozłożonej na podłodze". Sytuacja pogorszyła się na początku 2009 roku, po przyjęciu urodzinowym w nowym domu jej chlebodawców w wytwornej londyńskiej dzielnicy Kensington. Pani domu oskarżyła ją o kradzież kolczyków, co – jak twierdzi Udin – nie było prawdą. "Madam" zamknęła ją w pokoju i poddała upokarzającej rewizji osobistej. Towarzyszyło temu również bicie. – Byłam zrozpaczona, nie wiedziałam, co mam począć – mówi Udin. Tamtego dnia wypiła żrący, środek chlorowy do czyszczenia, pragnąc odebrać sobie życie. Obudziła się po tym dopiero w szpitalu. Spędziła w nim wiele miesięcy. Jej byli pracodawcy-oprawcy zaprzeczyli wszelkim zarzutom. Gazeta podkreśla, że "jeśli wierzyć ekspertom, przypadek ten nie jest żadnym wyjątkiem na owym podejrzanym rynku pracy, wymykającym się wszelkiej kontroli i próbom nadzoru. Żywi się on cennym niegdyś dobrem eksportowym, jakie oferują najbiedniejsze z biednych krajów rozwijających się: tanią siłą roboczą." Ludzie są gotowi ryzykować życiem, by tylko dotrzeć na - w ich mniemaniu bogaty - Zachód i tam znaleźć pracę. Często przyjeżdżają tu nielegalnie, jako niewykwalifikowani robotnicy tyrają w pocie czoła w zakładach oczyszczania, restauracjach i prywatnych domach. W tej szarej strefie wyzysk jest jawny, bo w rzeczywistości burżuazyjne władze je tolerują. Ba! Same na nim zarabiają! Natomiast poddani wyzyskowi nie są objęci ani prawem pracy ani przepisami o profilaktyce zdrowotnej. Organizacje pomocy na rzecz krajów rozwijających się szacują, że ponad 300 milionów ludzi z Azji, Afryki i Ameryki Południowej szuka pracy w największych krajach imperialistycznych. Na ich utrzymaniu znajdują się całe rodziny pozostałe w kraju pochodzenia. Centrum wyzysku stanowi Londyn, a bramą do piekła - którą przechodzą miliony imigrantów przybyłych za chlebem ze wszystkich zakątków świata - jest lotnisko Heathrow. W stolicy Wielkiej Brytanii znaleźć można mnóstwo nisko opłacanych zajęć, zwłaszcza w prywatnych gospodarstwach domowych. Nigdzie indziej w Europie na kilometr kwadratowy miejskiej powierzchni nie przypada tylu burżujów. Potrzebują oni rzecz jasna kucharzy, opiekunek do dzieci i ogrodników do swoich luksusowych willi. Według oficjalnych danych władze brytyjskie co roku wystawiają owej pilnie poszukiwanej niewolniczej sile roboczej (migrant domestic workers) około 16 500 wiz z pozwoleniem na pracę. A przecież o ileż wyższa jest liczba migrantów przybywających na wyspy brytyjskie nielegalnie. Większość z nich wpada z deszczu pod rynnę. Upokorzenia, udręki posunięte aż do fizycznej przemocy to rzecz na porządku dziennym. Wielu z nich tkwi w błędnym kole izolacji, dyskryminacji i strachu. Znakomicie ilustruje to przypadek pochodzącej z Indii drobnej 28-letniej Ishy, która podjęła w Londynie pracę u zamożnej wdowy po dyplomacie. Z początku jej chlebodawczyni zachowywała się przyjaźnie. lecz były to tylko pozory, bo już po kilku tygodniach atmosfera panująca w domu zmieniła się całkowicie. Pod groźbą kary zabroniono Ishy w ogóle wychodzić. Musiała oddać swój paszport, czuła się jak w więzieniu. Stale była krytykowana za różne drobiazgi: a to za włos, który przeoczyła, szorując wannę, a to za rzekomo zbyt mocno przyprawioną potrawę. Takie błędy powodowały, że wdowa obniżała jej prawie o połowę i tak marną pensję, wynoszącą 55 funtów tygodniowo. Jej miejsce do spania znajdowało się w zapleśniałej komórce na sprzęty. Pod koniec Isha była już tak pełna rozpaczy, że myślała nawet o samobójstwie. Na wszelki wypadek zabrała nawet w tym celu z domowej apteczki opakowanie tabletek nasennych. Potem jednak nie poważyła się na tak desperacki czyn. W końcu zebrała w sobie całą odwagę i pewnej nocy przez okienko w piwnicy wydostała się na zewnątrz i uciekła z tego domu. Schronienie znalazła u przyjaciółki, która miała w mieście własne mieszkanie. Teraz Isha utrzymuje się z dorywczych prac, boi się jednak, że któregoś dnia nakryje ją policja i zostanie wydalona z Wielkiej Brytanii. Przebywa bowiem w Londynie nielegalnie, jej wiza utraciła już ważność. - informuje Sueddeutsche Zeitung. Z badań organizacji pozarządowej "Kalayaan" wynika, że ponad połowa "domestic migrant workers" zarabia tygodniowo najwyżej 50 funtów. Większość z nich to młode kobiety, pochodzące z Indii, Filipin, Indonezji lub innych biednych krajów Afryki czy Ameryki Południowej. Szesnastogodzinny dzień pracy to w ich przypadku norma. Niemal 60% z nich nie ma prawa bez nadzoru opuszczać domu swoich chlebodawców. 71% ankietowanych imigrantek skarżyło się na zbyt małą ilość pożywienia, a 23% na używanie wobec nich przemocy fizycznej. Często w charakterze środka nacisku zabiera się im paszporty – po to, by nie ośmieliły się opuścić swego miejsca pracy. Daremne są jednak nadzieje na wprowadzenie przez brytyjski rząd norm prawnych chroniących imigrantów. Wszak w Anglii panuje dyktatura burżuazji, nie zaś proletariatu. Dlatego też można być pewnym, że jeszcze bardziej intensywny i brutalny stanie się wyzysk nie tylko robotników przybyłych tu z zagranicy, ale również tych, którzy mieszkają tu z dziada-pradziada. Właśnie tak wygląda poligon doświadczalny Unii Europejskiej, gdzie owa następczyni III Rzeszy testuje nowe metody "radzenia sobie" z ludźmi pracy. A wszystko w imię bajecznych zysków kapitalistów. ***
17.07.2010 O Świecie starym i nowymWedług nowej metody badawczej opracowanej przez Program Narodów Zjednoczonych do spraw Rozwoju (UNDP), na naszej planecie już 1,7 miliarda ludzi żyje w skrajnym ubóstwie. Wskaźnik bierze pod uwagę różnego rodzaju niedostatki - także w dostępie do edukacji, służby zdrowia czy usług - i nie ogranicza się jedynie do określenia liczby ludzi utrzymujących się za dolara czy dwa dziennie. Zbiera on dane statystyczne ze 104 krajów reprezentujących 5,2 miliarda ludzi, czyli 78% ludności Ziemi. Co ciekawe, w ośmiu stanach Indii żyje więcej ubogich ludzi niż w 26 najbiedniejszych krajach Afryki łącznie. W sumie połowa ubogich mieszkańców planety żyje w Azji Południowej, a co czwarty w Afryce. - wynika z raportu. Burżuazja przekonuje wszem i wobec, że kapitalizm działa. Owszem, ale działa jak szalona, rozklekotana, chaotyczna i potworna maszyna. Kolejne, coraz silniejsze kryzysy nadprodukcji pokazują, że gnije dosłownie na naszych oczach. Czas najwyższy złożyć ją do grobu, zanim pochłonie kolejne miliony ofiar. Czas zastąpić ją ustrojem, do którego należy przyszłość - komunizmem. Dowody na to, że socjalizm sprawdza się doskonale, były widoczne między innymi u nas - w Polsce, nie mówiąc już o Związku Radzieckim. Obecnie możemy dokonać zestawienia, co zrobiła dla milionów obywateli władza ludowa opierająca się na marksizmie-leninizmie, a co dzisiejszy kapitalizm. Po świadectwa nie trzeba sięgać daleko: Komuniści zbudowali miliony mieszkań, tysiące fabryk i zakładów pracy, wykształcili dwa pokolenia Polaków. Zapewnili im pracę, dobrobyt, edukację i dostęp do zdobyczy kultury. Jakiejkolwiek dziedzinie życia byśmy się przypatrzyli - widzimy kolosalną przepaść jakościową pomiędzy socjalizmem Polski Ludowej a współczesnym kapitalizmem: Jeśli chodzi o poziom młodzieży, szkół, kultury, prasy, telewizji, warunków zatrudnienia, dostępności pracy, możliwości rozwoju i doskonalenia indywidualnego, sportu, czasu wolnego, stosunków społecznych, rodzinnych, więzi sąsiedzkich i relacji w miejscu pracy, ochrony zdrowia, jakości produktów itp. itd. Kapitalizm - nieważne jakie szaty próbowałby przywdziać - jest w stanie zaoferować społeczeństwu wyłącznie niewolnictwo i ciemnotę, wszechobecną biedę graniczącą z przepychem, kicz, tandetę i niszczenie więzi międzyludzkich; pracę za głodowe stawki albo bezrobocie, emigrację zarobkową "na zmywak", kabarety polityczne na okrągło itd. - Znamy to wszyscy doskonale z własnego doświadczenia. Dlatego wyłącznie zdziwienie i politowanie mogą budzić stwierdzenia w rodzaju "komunizm nie działa". Jak to nie działa? Czy naprawdę nie widać który system nie ma przed sobą przyszłości? A wyobraźmy sobie teraz Polskę Ludową wzbogaconą o nowe zdobycze techniki, technologię komputerową wykorzystywaną w planowaniu gospodarczym itd. My - komuniści - jesteśmy bogatsi o lata doświadczeń i w przyszłości uda nam się uniknąć błędów, które niegdyś popełniono. Nie będziemy zadłużać naszej gospodarki u kapitalistycznych kredytodawców. Zadbamy też o poziom naszych kadr tak, aby nie dopuścić do przeniknięcia karierowiczostwa i oportunizmu. Będziemy stawiać na sprawdzony i skuteczny model centralnego planowania i kierowania społecznym przemysłem, oparty na umowach gospodarczych z krajami zaprzyjaźnionymi oraz rodzimym wydobyciu surowców, z których korzystać będzie całe społeczeństwo. W rolnictwie postawimy na spółdzielnie rolne i duże, zmechanizowane gospodarstwa państwowe, które rozwiążą raz na zawsze problemy wsi takie jak bieda i bezrobocie. Będziemy również pogłębiać stosunki socjalistyczne tak, aby w miarę postępu i rozwoju sił wytwórczych zastępować stosunki towarowo-pieniężne stosunkami komunistycznymi. Postawimy na powszechną edukację, w tym również polityczną, aby mobilizować klasę robotniczą i przedstawicieli innych warstw społecznych do czynnego udziału w demokracji ludowej. Korzystając ze sprawdzonych wzorów społeczeństwa radzieckiego zbudujemy nową Polskę Ludową. A potem połączymy nasz wysiłek z innymi krajami socjalistycznymi w budowie światowego społeczeństwa komunistycznego. I właśnie do takiej wizji należy przyszłość. Kapitalizm miał już swoje "pięć minut". Nie przyniesie nic więcej prócz głodu, nędzy i wojen. Kapitalizm nie może się udać - a wręcz przeciwnie - co najwyżej pogrąży sam siebie. Ot, choćby w odmętach kolejnego kryzysu. Można się bowiem zastanawiać co się stanie w momencie, kiedy podczas kolejnego kryzysu finansowego, państwa nie będą miały już setek miliardów dolarów na oddłużenie banków. Co wtedy? ***
15.07.2010 W żywe oczy...Nie tak dawno temu gazeta, której "nie jest wszystko jedno" poświęciła pierwszą stronę narzekaniu na rzekome straszliwe straty, jakie przynosi społeczeństwu i budżetowi polskie górnictwo. Jednak raport opublikowany przez portal Onet.pl, na podstawie danych ministerstwa gospodarki, niezbyt przystaje do wersji "Wyborczej". Jak mówi raport, w ciągu pięciu miesięcy roku 2010 spółki węglowe, należące bezpośrednio lub pośrednio do Skarbu Państwa, zarobiły niemal 151,7 milionów złotych netto, podczas gdy w analogicznym okresie roku poprzedniego ich deficyt wynosił prawie 121,3 mln zł. Zysk osiągnięto przy mniejszym o ok. 1 mln ton (tj. 3,4%) niż rok wcześniej wydobyciu węgla (29,2 mln ton wobec 30,3 mln ton do końca maja 2009 r.) i zwiększonej o 3,9% sprzedaży tego surowca (27,2 mln ton wobec 26,2 mln ton). O ponad 900 tysięcy ton zmniejszyła się jednak sprzedaż na rynek krajowy, a o prawie 2 miliony ton wzrósł eksport. Z danych wynika, że wydobycie węgla energetycznego w odniesieniu do pięciu miesięcy 2009 r. zmalało o ponad 10%, a węgla koksowego wzrosło o 55,8%. Na przykopalnianych zwałach w końcu maja było ponad 6,1 mln ton węgla - o ponad 1 mln ton więcej niż rok wcześniej. Średnia cena zbytu węgla utrzymała się na zbliżonym do ubiegłorocznego poziomie (potaniał węgiel energetyczny, zdrożał koksowy). W połączeniu ze wzrostem sprzedaży węgla przyniosło to wzrost przychodów sektora z 7,5 mld zł w ciągu pięciu miesięcy 2009 r. do 7,8 mld zł w tym roku. Nastąpiło to głównie w wyniku ponad 2,5-krotnego wzrostu przychodów ze sprzedaży węgla koksowego w kraju. Koszty górnictwa wzrosły o 0,1%. Prawie o połowę mniej niż w ciągu pięciu miesięcy 2009 r. górnictwo wydało w tym roku na inwestycje (ponad 600 mln zł wobec przeszło 1,1 mld zł rok wcześniej). Niestety zatrudnienie w branży zmniejszyło się na koniec maja do 113,1 tys. osób wobec blisko 115 tys. w końcu ubiegłego roku. Na szczególną uwagę zasługuje fakt, że na podstawowej działalności, czyli sprzedaży węgla, górnictwo zarobiło w ciągu pięciu miesięcy 2010 r. blisko 474 mln zł, wobec ponad 501 mln zł w tym samym okresie rok wcześniej. Znacząco (o ponad 220 mln zł) zmniejszyła się natomiast strata na pozostałej działalności operacyjnej oraz na działalności finansowej (o ponad 120 mln zł), dzięki czemu w tym roku sektor ma zysk: brutto 242,7 mln zł, netto 151,7 mln zł. Z wcześniejszych informacji wynika, że największy udział w tegorocznym zysku górnictwa ma producent węgla koksowego - Jastrzębska Spółka Węglowa (JSW), która znów notuje najwyższe w branży zyski. Spółka, w ubiegłym roku dotknięta przez kryzys, prognozuje na 2010 r. dobre wyniki finansowe. Również inne spółki - Kompania Węglowa i Katowicki Holding Węglowy nie pozostają w tyle i zakładają na 2010 r. zyski. Podane we wtorek przez resort gospodarki wyniki nie obejmują jednak sprywatyzowanej kopalni Bogdanka na Lubelszczyźnie, również osiągającej wysokie zyski. Zobowiązania górnictwa przekraczają po maju 6,8 mld zł (wzrost o ponad 600 mln zł w odniesieniu do końca maja 2009), a należności wynoszą blisko 1,8 mld zł. Istotne jest to, że sektor węglowy na bieżąco płaci swoje powinności publicznoprawne. Chociaż ubiegły rok górnictwo (trzy spółki Skarbu Państwa i Południowy Koncern Węglowy z grupy Tauron) zamknęło stratą netto zbliżoną do 167 mln zł, to gdyby jednak w zestawieniu wyników ująć także sprywatyzowaną Bogdankę, zysk całego górnictwa netto przekroczyłby 20 mln zł. Tako rzecze raport. A co ma do powiedzenia Gazeta Wyborcza? "Państwo daje pieniądze, bo żaden bank nie chce kopalniom udzielić dużego kredytu - mają za małe zyski i za mało gotówki w kasie. Poza tym banki boją się związkowców. (...) Z nieoficjalnego, przekazanego Brukseli stanowiska resortu gospodarki, które poznaliśmy, wynika, że chcemy dotacji, bo ponad 90% energii elektrycznej pochodzi z węgla, więc zachowanie jego zasobów jest bardzo ważne. Resort zdaje sobie sprawę, że trwała pomoc państwa oznacza uznanie, iż górnictwo będzie ciągle deficytowe i nie ma szans na zyski. Ważniejszy jednak jest polityczny i społeczny kontekst sprawy. W górnictwie pracuje 100 tys. ludzi, nie licząc rodzin i kooperantów. Jeśli nie będzie wsparcia państwa, śląskie kopalnie zarządzą zwolnienia grupowe, co wywoła bezrobocie i niezadowolenie społeczne - wynika ze stanowiska Ministerstwa Gospodarki." Najgoręcej za całkowitym zniszczeniem resztek polskiego górnictwa optują zagraniczne koncerny. Oto Grzegorz Górski, prezes polskiej spółki francuskiego koncernu GDF Suez, do której należy Elektrownia Połaniec, mówi: "Dotacje powinny iść na likwidację nierentownych kopalń, by pozostałe radziły sobie same. Tak jak Bogdanka". Nic dziwnego, że jako wzór do naśladowania stawia się przejętą przez prywatnego właściciela kopalnię, w której zastosowano "bolesną restrukturyzację łącznie ze zwolnieniami grupowymi". Niech za komentarz posłuży analiza zawarta przez prof. Zbigniewa Wiktora w referacie "Polska po 15 latach kontrrewolucji": "Cele strategiczne sił burżuazyjnych w Polsce obejmowały zniszczenie polskiego przemysłu jako głównej bazy socjalistycznych przeobrażeń w przeszłości, jednocześnie było to skierowane przeciwko polskiej klasie robotniczej jako głównemu przeciwnikowi burżuazji. Likwidacja przemysłu, jego licznych gałęzi i tysięcy zakładów pracy oznaczały wyzucie ludzi pracy z własności społecznej, powstanie wielkiego bezrobocia chronicznego i strukturalnego, które wkrótce osiągnęło 3 mln oficjalnie zarejestrowanych bezrobotnych, a w rzeczywistości jego poziom oceniany jest przez niezależnych ekonomistów na 5 mln. Liczby te ulegają zmianom koniunkturalnym gospodarki, ale nie zasadniczym. (...) W ciągu ostatnich 15 lat ponad 60% zakładów przemysłowych znalazło się we władaniu obcego kapitału, ponad 80 polskich banków i finansów znalazło się we władaniu obcych firm. W konsekwencji tych przekształceń Polska stała się łupem zachodniego kapitału, przede wszystkim z Unii Europejskiej, w tym głównie Niemiec i Włoch a także USA. (...) W rezultacie zmian w latach 1989-2004 w Polsce załamała się gospodarka oraz dotychczasowe instytucje socjalno-kulturalne. Produkcja przemysłowa spadła do poziomu lat 60-tych a produkcja rolna do poziomu lat 50-tych XX wieku. Zerwaniu uległy więzi kooperacyjne z dawnymi krajami Rady Wzajemnej Pomocy Gospodarczej, przede wszystkim z Rosją i krajami dawnego Związku Radzieckiego, zlikwidowano państwowe gospodarstwa rolne i większość spółdzielni produkcyjnych, degradacji uległa komunikacja publiczna, przede wszystkim koleje państwowe i autobusowa, wraz z wygaszaniem własnej produkcji przemysłowej i rolnej Polska zalana została na skutek otwarcia granic przez towary obcych koncernów. Powstał olbrzymi rynek sprowadzanych z zagranicy samochodów, odzieży, także dotowanej żywności. Jako skutek niekorzystnych dla polskiej gospodarki kursów walut sprowadzano do Polski nie tylko towary konsumpcyjne o charakterze luksusowym, które cieszyły się popytem bogacącej się burżuazji i drobnomieszczaństwa, ale także coraz większy stawał się import zaopatrzeniowy produkujących jeszcze polskich przedsiębiorstw. Paradoksem stało się, że w pewnym okresie opłacało się do Polski sprowadzać węgiel z Afryki Południowej i Ukrainy, w sytuacji gdy w Polsce zamykano kolejne kopalnie węgla kamiennego. W konsekwencji tych zmian całe wielkie klasy polskich obywateli popadły w nędzę i dotknięte zostały degradacją socjalną i wykluczeniem społecznym. Pogłębiły się dotychczasowe i pojawiły się nowe patologie społeczne, takie jak bezrobocie, bezdomność, głód, prostytucja, odrodziły się stare choroby społeczne, np. gruźlica, rażąco wzrosła kryminalizacja, szczególnie korupcja, rozszerzyły się pijaństwo i narkomania." ***
13.07.2010 Plany atakuDo sejmowej komisji, zwanej cynicznie "Przyjazne Państwo", wpłynęły propozycje burżuazji mające na celu pozbawienie robotników reszty ich praw. Komisja komisją, ale resort pracy już teraz zapowiedział uważną i poważną analizę tych pomysłów. Autorem antypracowniczych postulatów jest organizacja "Pracodawcy RP" (do 15 czerwca występowała jako Konfederacja Pracodawców Polskich, ale zapewne skrót "KPP" przyprawiał ją o mdłości, więc "dojrzała do zmiany swego oblicza"). Na pierwszy ogień ma pójść instytucja urlopu na żądanie: Na chwilę obecną robotnicy mają prawo do czterech dni takiego urlopu. Wyzyskiwacze proponują, żeby przedsiębiorca musiał udzielić rocznie najwyżej dwóch dni urlopu. Mało tego! Pracownik miałby - jak mówi postulat - zgłosić żądanie urlopu najpóźniej w dniu poprzednim. A kapitalista zyskałby prawo odmowy udzielenia urlopu na żądanie, jeśli uznałby, że "obecność pracownika w firmie jest niezbędna ze względu na istotny interes firmy". Zajmująca się sprawą Gazeta Wyborcza informuje, że prawo nakazuje przedsiębiorcy wysłanie pracownika na wstępne badania, choćby w ciągu kilku dni od rozwiązania poprzedniej umowy zatrudnił go ponownie na tym samym stanowisku. Marcin Walczak z organizacji Pracodawcy RP przedstawia zupełnie nową koncepcję: "Proponujemy, by badaniom wstępnym nie podlegały osoby przyjmowane ponownie do pracy u danego pracodawcy na to samo lub podobne stanowisko na podstawie kolejnej umowy o pracę zawartej w ciągu 30 dni od rozwiązania lub wygaśnięcia poprzedniej umowy." Obowiązek poddania się wstępnym badaniom powinien - zdaniem przedsiębiorców - dotyczyć wyłącznie pracowników, u których przerwa w zatrudnieniu wynosi więcej niż miesiąc. Posiadacze środków produkcji ronią też łzy, rozmyślając nad kwestią kar porządkowych: "Procedura związana z ich nałożeniem wymaga spełnienia wielu wymogów formalnych. Naruszenie któregokolwiek z nich może doprowadzić do uchylenia kary przez sąd pracy i obciążenie pracodawcy kosztami postępowania sądowego. Dlatego wielu pracodawców woli od razu rozwiązać umowę o pracę, niż podjąć próbę dyscyplinowania pracownika." - twierdzą kupujący ludzką siłę roboczą. Oczywiście, znając klasę wyzyskiwaczy, można być pewnym, że to dopiero przedsmak zalewu "reform uelastyczniających rynek pracy". Przecież cechą charakterystyczną współczesnego kapitalizmu jest dążenie do zapewnienia maksymalnego zysku kapitalistycznego w drodze wyzysku, ruiny i pauperyzacji większości ludności danego kraju, w drodze ujarzmiania i systematycznego ograbiania narodów innych krajów, zwłaszcza krajów zacofanych, wreszcie w drodze wojen i militaryzacji gospodarki narodowej wykorzystywanych dla zapewnienia najwyższych zysków. ***
11.07.2010 Wyzysk i kropka"Dziennik Wschodni" poinformował o - zwiastujących zapewne nowy etap eksploatacji i poniżania pracowników - praktykach podejmowanych przez szefostwo sklepów Carrefour... Jeden z zatrudnionych relacjonuje: "Tego się nie da opisać słowami, to trzeba zobaczyć. Bardziej się nie da poniżyć człowieka. Aby załatwić potrzeby fizjologiczne, pracownicy muszą ustawić się na czerwonej kropce namalowanej na podłodze! Stają się pośmiewiskiem w oczach klientów. Kojarzy się to z obozem czy z więzieniem". Mimo stosowania się do instrukcji zwierzchników, pracownicy rzadko są zaszczycani uwagą kierownika. Wszak nadzorcy też mają swoje nie cierpiące zwłoki obowiązki. Dziennikarskie śledztwo potwierdziło powszechność tej formy dręczenia robotników. Pragnąca zachować anonimowość kasjerka jest oburzona z powodu takiego traktowania ludzi. Wszystko jednak wskazuje na to, że od 19 lipca stanie na czerwonej kropce będzie we wszystkich polskich Carrefourach warunkiem koniecznym dla zjedzenia drugiego śniadania, pójścia na papierosa czy skorzystania z toalety. Zawsze można się pożalić Inspekcji Pracy ("Coś jest nie tak z organizacją pracy. Wskazywanie takich stref pracownikowi jest niepojęte. Sprawdzimy te informacje" - zapewnia solennie gazetę urzędnik Inspekcji), ale jeśli weźmie się pod uwagę, że w III RP mamy do czynienia z dyktaturą burżuazji - nie zaś proletariatu - to stanie się jasne, że występować będą nadal najdziksze nawet formy wyzysku i poniżania ludzi pracy. Dopiero gdy obecny ustrój zostanie obalony, czerwoną kropkę zastąpi raz na zawsze czerwony sztandar. ***
9.07.2010 Gdy zabrakło milionaPierwszy raz (ale zapewne nie ostatni) samorządowi zabrakło na wypłaty dla pracowników. Ofiarą "tąpnięcia w budżecie" padli między innymi nauczyciele z Kamiennej Góry. Jak informuje Gazeta Wrocławska, pieniędzy nie otrzymało ponad 400 osób, w tym nauczyciele, pracownicy urzędu miasta, MOPS, muzeum, biblioteki, centrum kultury i innych instytucji. A przecież ludzie ci żyją dosłownie "od pierwszego do pierwszego". Tygodniowe opóźnienie wypłaty może jeszcze bardziej skomplikować im życie: "Już w czerwcu nauczyciele zgłaszali, że nie otrzymali wypłaty i świadczenia wakacyjnego z funduszu socjalnego" - przyznaje lokalny Związek Nauczycielstwa Polskiego. A przecież w elektrowni czy gazowni nikogo nie interesuje, dlaczego pokrzywdzeni nie zapłacą rachunków w terminie. W końcu mamy teraz kapitalizm. W kasie miejskiej zabrakło około miliona złotych na wynagrodzenia dla pracowników za czerwiec. Tyle już wiemy. Ale dlaczego do tego doszło? "Bo miasto musiało zapłacić wykonawcom dwóch dużych projektów unijnych, które są obecnie realizowane. Chodzi o drugi etap rewitalizacji Starego Miasta. Inwestycja pochłonie 5 mln zł, jednak pierwszą transzę (ok. 1 mln zł) samorząd musiał wpłacić w czerwcu. Do tego doszła konieczność uregulowania kosztów budowy boiska przy Szkole Podstawowej nr 1. Kosztowało 1,5 mln zł. Pieniądze miały pochodzić z kredytu, o który miasto się stara, jednak nastąpiły opóźnienia w jego zdobyciu." - tłumaczy gazeta, a burmistrz dodaje, iż "firmy nie zapłaciły 1 mln zł podatku od nieruchomości, a najemcy lokali podobnej kwoty za czynsz". Warto dodać, że z zasady gminy z własnych pieniędzy płacą wykonawcom projektów i inwestycji, a dopiero po odebraniu każdego etapu prac dotacja unijna przekazywana jest na konto gminy. Pozostaje mieć nadzieję, że władze Kamiennej Góry kiedyś wreszcie wypłacą pieniądze pracownikom, umożliwiając im przeżycie (choć to niestety raczej przewegetowanie, biorąc pod uwagę wysokość pensji) kolejnego miesiąca. ***
7.07.2010 Burżuazja grozi dyktaturąMoże nadejść kres demokracji w Grecji, Hiszpanii oraz Portugalii, jeżeli nie podejmie się pilnych działań w celu likwidacji kryzysu zadłużenia - ostrzegł szef Komisji Europejskiej. O całej sprawie poinformowały nawet najzajadlejsze burżuazyjne media, m. in. Daily Mail i The Observer. Podczas zeszłotygodniowej nadzwyczajnej audiencji udzielonej szefom przeważnie oportunistycznych związków zawodowych, Jose Manuel Barroso roztoczył przed słuchaczami iście apokaliptyczną wizję, w której na skutek bankructwa rządów państw południowej części naszego kontynentu, kraje te doświadczają rewolucji ludowych, a w odpowiedzi na nie - wojskowych zamachów stanu. Barroso zabrał głos, gdy wyszło na jaw, że koła decyzyjne UE rozpoczęły działania na rzecz wpompowania w hiszpański budżet liczącego setki miliardów funtów zastrzyku finansowego, mającego powstrzymać tam upadek kapitalizmu i odwlec w czasie zwycięstwo rewolucji. John Monks - sekretarz generalny Europejskiej Konfederacji Związków Zawodowych (ETUC) - stwierdził, że przeżył szok po wysłuchaniu licznych ostrzeżeń ze strony byłego premiera Portugalii: "Dyskutowaliśmy z Barroso w ubiegły piątek o tym, co należy uczynić w sprawie Grecji, Hiszpanii, Portugalii i pozostałych pogrążonych w kryzysie państw. Pan Barroso stwierdził bezceremonialnie: <<Słuchaj no! Jeśli państwa te nie przeprowadzą tych surowych reform to właściwie może się tak zdarzyć, że kraje te przestaną istnieć w takiej formie, w jakiej je znamy, jako demokracje. Nie ma innego wyjścia>>. Muszę przyznać, że był bardzo zatroskany. Przeraził nas katastroficzną wizją europejskich demokracji upadających pod ciężarem deficytów budżetowych." Zarówno rządy burżuazyjne w Grecji jak i na półwyspie Iberyjskim podjęły w ostatnim czasie próby wprowadzenia brutalnych cięć budżetowych i inne środki skierowane przeciwko masom ludowym, by udobruchać wielką międzynarodową finansjerę - sceptyczną wobec wypłacalności państw-dłużników. Jednak ludzie pracy nie mają zamiaru płacić za kolejny kryzys kapitalizmu. Wyrazili swój sprzeciw za pomocą strajków generalnych. Gigantyczne wybuchy ludowego gniewu przetoczyły się również przez Włochy, Węgry i Rumunię. Barroso wyraził przedstawicielom związków zawodowych, nieudolnie zawoalowaną groźbę ze strony unijnych elit: Jeśli robotnicy nie zamilkną i nie okażą posłuszeństwa swym wyzyskiwaczom, Unia nie cofnie się przed niczym, aby zabezpieczyć władzę kapitału. Stąd właśnie wzmianka o możliwości puczów wojskowych jako "obrony" przed rewolucją oraz o "końcu Europy jaką znamy". Szef Komisji Europejskiej dodał złowieszczo: "Jest jak w roku 1931. A przecież dobrze wiemy, że lata trzydzieste zaczęły się Wielkim Kryzysem, a skończyły rządami wojskowych dyktatur". ***
5.07.2010 III RP sondażem stoiAby utwierdzić ludzi w przekonaniu, że żyją oni w najlepszym z możliwych światów, burżuazyjne media wszem i wobec rozgłaszają wyniki badań "opinii publicznej". Co się za tym wszystkim kryje? Od 12 marca do 12 kwietnia br. CBOS przeprowadził na - jak zapewnia - reprezentatywnej grupie respondentów badanie pod tytułem "Solidarność - doświadczenie i pamięć". Jeśli wierzyć Polskiej Agencji Prasowej, większość badanych (83%) jest zdania, że warto było zmieniać 21 lat temu ustrój polityczny. Największymi entuzjastami kontrrewolucji są oczywiście ci, którzy najwięcej zarabiają i są dobrze sytuowani, a także przedstawiciele kadry kierowniczej, tzw. specjaliści oraz prywatni przedsiębiorcy. 47% ankietowanych uważa, że zmiany po 1989 r. przyniosły ludziom więcej korzyści niż strat (przeciwne zdanie ma 16%). CBOS oznajmia: "Oceny skutków transformacji nieco się pogorszyły, jeśli porównamy je do uzyskanych w ubiegłym roku. Nie zmienia to jednak faktu, że - poza wspomnianym pomiarem - należą one do najbardziej pozytywnych, zarówno w odniesieniu do poprzedniej dekady, jak i pierwszej połowy tego dziesięciolecia. O ile bilans zbiorowy wypada w ocenie społecznej raczej na plus, o tyle doświadczenia indywidualne są wyrażane w sposób bardziej umiarkowany." Na przykład 49% zapytanych, że oni i ich rodziny ani nie zyskali, ani nie stracili w procesie transformacji. 24% ocenia następstwa zmiany ustroju jako korzystne dla siebie. 16% uważa, że straciło na przemianach ustrojowych. Ciekawy rezultat przyniosło pytanie, które grupy ludzi są beneficjentami "transformacji" a które jej ofiarami: Ponad 75% Polaków jest zdania, że na obaleniu poprzedniego ustroju zyskali przedsiębiorcy, ludzie bogaci, politycy, kombinatorzy, cwaniacy, łapówkarze, ludzie zaradni, przedsiębiorczy i odważni. - informuje CBOS. Zdaniem respondentów, do ofiar zaliczyć można "rolników, robotników i pracowników fizycznych, ludzi zwykłych, przeciętnych oraz uczciwych". Większość pytanych uznaje przemiany po roku 1989 za niekorzystne przede wszystkim dla ludzi biednych, słabo wykształconych, bezrobotnych, a także emerytów i rencistów. Warto przyjrzeć się opublikowanemu na stronie http://badanie.cbos.pl/details.asp?q=a1&id=4331 streszczeniu komunikatu, aby móc w pełni docenić takt, subtelność i obiektywizm z jakimi zostały ułożone pytania, absolutnie nie sugerujące odpowiedzi... Przytoczmy choćby trzy spośród nich: "Jak Pan(i) sądzi, czy bez strajków lata 1980 roku i powstania „Solidarności” Polska byłaby czy nie byłaby niepodległa? - Byłaby niepodległa - Nie byłaby niepodległa - Trudno powiedzieć Czy, Pana(i) zdaniem, wydarzenia z sierpnia 1980 roku miały wpływ na zmiany, które nastąpiły w Polsce po roku 1989? - Zdecydowanie tak – gdyby nie sierpień 1980 roku, w Polsce mógłby wciąż trwać komunizm - Tak, sierpień 1980 roku te zmiany przyspieszył, inaczej doszłoby do nich, ale później i trwałyby dłużej - Nie, sierpień 1980 roku nie miał większego wpływu na te zmiany, zadecydowały o nich inne wydarzenia na świecie i w Polsce - Trudno powiedzieć Czy sądzi Pan(i), że bez „Solidarności” w latach osiemdziesiątych mogłoby powstać demokratyczne państwo polskie czy raczej nie? - Raczej mógłby powstać - Na pewno mógłby powstać - Raczej nie mógłby powstać - Na pewno nie mógłby powstać - Trudno powiedzieć" Pytanie pierwsze może sugerować, że Polska mogłaby nie być niepodległa gdyby nie "Solidarność". Drugie wprowadza respondentów w błąd wmawiając, że w Polsce istniał kiedykolwiek ustrój komunistyczny. Pytanie trzecie natomiast rozpowszechnia zwyczajne kłamstwo, jakoby PRL nie było "demokratycznym państwem polskim". Warto chyba zadać jeszcze dwa pytania: Czy sondaż na pewno został przeprowadzony rzetelnie? Czy świadomie usiłuje się wprowadzić społeczeństwo w błąd umieszczając na portalach internetowych interpretacje tego badania? ***
3.07.2010 Nowe czasy - stara nędzaJak informują nasi dolnośląscy korespondenci, w piątek 2 lipca o godzinie 19.00, w byłej kopalni węgla kamiennego "Thorez" w Wałbrzychu miało miejsce niezwykłe wydarzenie - wyświetlony został film, uważany za zaginiony, który swego czasu wstrząsnął Republiką Weimarską. Mowa o dokumencie Piela Jutzki pt. "Um's taegliche Brot - Hunger in Waldenburg" ("O chleb powszedni - Głód w Wałbrzychu") nakręconym na przełomie roku 1928 i 1929, ukazującym w całej pełni bezmiar nędzy i wyzysku, w jakim pogrążone były burżuazyjne Niemcy czasu kryzysu kapitalizmu. Obraz utrzymany jest w oszczędnej, surowej i realistycznej tonacji. Reżyser przytacza suche dane statystyczne o urągających ludzkiej godności warunkach mieszkaniowych i żywieniowych, które stały się udziałem mieszkańców niemieckiego Waldenburga. Liczby mówią same za siebie: Ogromną część ogółu mieszkań stanowiły te, posiadające tylko jedną izbę. Musiało w niej razem przebywać nawet 7-8 osób. Waldenburg był pełen dzielnic nędzy, gdzie dzieci oraz dorośli umierali na bronchit, gruźlicę, z głodu lub zimna. Przed takim losem nie chroniło nawet sprzedawanie swej siły roboczej (dokument ukazuje, jaką nieludzką harówką była praca w waldenburskich kopalniach, gdzie nawet konie pociągowe nie wytrzymywały długo), a przecież w tym właśnie czasie zaznaczył się gwałtowny wzrost bezrobocia... Podczas gdy górnicy żyli w nędzy i poddani byli bezlitosnemu wyzyskowi, rosły fortuny właścicieli kopalń, a zwłaszcza arystokratycznej rodziny Hochbergów - wielkich obszarników z pobliskiego zamku Fuerstenstein (dziś - Zamek Książ). Zresztą o warunkach panujących w kopalniach księcia Hochberga nakręcono w roku 1929 inny film pod wiele mówiącym tytułem "Sztolnia śmierci"... Owe dzieła wywołały swego czasu wściekłość fabrykantów i natychmiastową reakcję cenzury. Ocalały więc tylko pojedyncze egzemplarze. Głównego bohatera - młodego robotnika - poznajemy, gdy wraca do domu, by przekazać swym starym rodzicom zajmującym się chałupniczym tkactwem, że kapitalista pozbawił go miejsca pracy. Od tej pory przeżycie całej rodziny staje pod znakiem zapytania. Błąkając się w styczniowym mrozie, pośród brudnego od kopalnianego dymu śniegu i rozpadających się budynków, chłopak bliski jest śmierci głodowej. Od dwóch dni nie miał nic w ustach. Ratuje go stróż, umieszczając bezrobotnego w izdebce swej znajomej - wdowy z trojgiem dzieci, której mąż zginął w kopalni. Rodzinie tej grozi jednak eksmisja na bruk. Młodzieniec stając w jej obronie, zostaje pobity na śmierć przez kamienicznika. Koniec. Historia krótka, lecz typowa dla pogrążonego w nędzy świata kapitalistycznego. W tym samym czasie, gdy większość globu ogarnięta była kryzysem gospodarczym, młody Związek Radziecki, dzięki gospodarce planowej, odnosił sukcesy ekonomiczne niemające sobie równych w historii ludzkości i podążał drogą socjalistycznej industrializacji. Jedna szósta świata uwolniona została od widma bezrobocia, wyzysku i strachu przed tym, co przyniesie nowy dzień. Jedną szóstą świata rządzili bowiem ludzie pracy. Gdy nastała Polska Ludowa i Waldenburg stał się Wałbrzychem, miasto przeżyło swój ogromny rozkwit - brak bezrobocia, pracujące pełną parą zakłady przemysłowe (zwłaszcza kopalnie i fabryki porcelany), rozbudowany system ochrony zdrowia i szkolnictwa, godne warunki pracy i płace, pozwalające mieszkańcom żyć pełnią życia. Niestety po upadku PRL, kontrrewolucyjne władze z "Solidarności" doprowadziły do zamknięcia wszystkich kopalń Zagłębia Wałbrzyskiego. Zapewne dlatego prezydent miasta Piotr Kruczkowski zapowiedział, że na najbliższej sesji Rady Miejskiej przedłoży projekt uchwały o nadaniu Lechowi Wałęsie - współodpowiedzialnemu za nędzę Wałbrzycha i jego mieszkańców, tytułu "Honorowego Obywatela Wałbrzycha". Mimo kolorowych fasad budynków widocznych z głównych ulic przelotowych, sytuacja w mieście coraz bardziej przypomina tę z lat 20. XX wieku. Teraz jednak jest o tyle gorzej, że nie ma już nawet kopalń - Zamkniętą kopalnię "Thorez" przemianowano na "Park Wielokulturowy Stara Kopalnia", gdzie właśnie dziś odwiedzający mieli okazję zobaczyć daleką przeszłość, a może zarazem bliską przyszłość swego miasta. ***
1.07.2010 Owczy pędNie jest dla nikogo tajemnicą, że część młodych ludzi - zwłaszcza studentów - ochoczo przyklaskuje formacjom politycznym, które dążą do realizacji projektów uderzających właśnie we wchodzących w dorosłe życie. Propozycje wzmożenia kapitalistycznego wyzysku pod pozorem "uelastycznienia" kodeksu pracy oraz komercjalizacji służby zdrowia, a nawet szkolnictwa (w tym wyższego), nierzadko trafiają na podatny grunt w środowisku szkolnym i akademickim. Wiele osób urodzonych w drugiej połowie lat 80. XX w. lub później, nie pamięta czasów Polski Ludowej. Dlatego ludzie ci - karmieni wszechobecną kapitalistyczną propagandą - mają całkowicie fałszywe pojęcie o historii, gospodarce i mnóstwie innych zagadnień. Pokutuje wśród nich bajka o możliwości zrobienia kariery "od pucybuta do milionera" oraz wtłaczane są w nich poglądy wrogie im samym. Utrzymywani są w nieświadomości prawdziwych przyczyn trapiących kraj bolączek. Na efekty nie trzeba długo czekać... Jak podaje Życie Warszawy, "z danych Biura ds. Osób Niepełnosprawnych Uniwersytetu Jagiellońskiego wynika, że w latach 2008 - 2009 liczba studentów, którzy potrzebowali pomocy psychologa lub psychoterapeuty, wzrosła dziesięciokrotnie w stosunku do 2007 r." Kierownik biura wskazuje, że najczęstszymi problemami są zaburzenia nerwicowe, stany lękowe, psychotyczne albo depresyjne. Urzędnik dodaje: "Jesteśmy dumni z coraz większej liczby studentów, ale jednocześnie uniwersytety stają się koncernami z masą uczących się na nich ludzi. Niektórzy nie wytrzymują ostrej konkurencji, szczególnie na tych najbardziej obleganych wydziałach, jak prawo czy psychologia. Potrzebują wsparcia, ale często go nie szukają, bo problemy psychiczne to wciąż temat tabu. Wypadają więc ze studiów i przez to załamuje im się całe życie." Gazeta przezornie nie poinformowała jednak, że pogarszający się stan zdrowia psychicznego wielu młodych ludzi wynika również z trudnej sytuacji finansowej ich samych oraz bliskich im osób. Studia i wydatki z nimi związane (m. in. wynajem mieszkania, wyżywienie, podręczniki) stanowią znaczące obciążenie dla domowego budżetu. Studenci, którzy uczą się i pracują, są narażeni na brutalny wyzysk. Wielu studiujących obawia się niemożności znalezienia pracy. Zwłaszcza, że sami mają okazję dostrzec, jak mnóstwo absolwentów (od magistrów wzwyż) jest bezrobotnych, albo mając zatrudnienie - haruje za nędzne grosze. Te problemy są wspólne dla większości studentów - zarówno mających świadomość klasową jak i jej pozbawionych (lub zainfekowanych wypaczoną jej formą). Ci drudzy jednak znajdują się w gorszym położeniu, bo źle pojmując rzeczywistość wyciągają błędne wnioski, przez co szkodzą nie tylko sobie ale również swym uświadomionym rówieśnikom. Stają się łatwym łupem dla rozmaitych reakcyjnych grup politycznych, chcących utrzymać istnienie ustroju opartego na wyzysku - systemu, który rujnuje życie milionom nie tylko młodych ludzi. |