banner
 Start   Aktualności   Dokumenty
 Brzask
 Galeria
 Świat
 Historia
 Forum
 Kontakt
 Linki

Maj 2010

***


30.05.2010

Raj dla spekulantów

Obfite majowe opady oraz powódź stały się znakomitą okazją do podnoszenia cen żywności. Paweł Augustyn, prezes Małopolskiej Izby Rolniczej, uspokaja czytelników gazety „Metro”: „Nie można mówić o wielkim rolniczym krachu”. Ale dodaje, że realny wzrost cen warzyw i owoców może przekroczyć 15%. Rzecz jasna, jeśli nie brać pod uwagę działalności spekulantów...

„Jednak możliwe jest też sztuczne windowanie cen przez hurtownie i detalistów, bo jest ku temu okazja. Wtedy kupujący bardziej odczują to w portfelach” - ostrzega Augustyn. Wieści z targowisk to potwierdzają – informuje czasopismo. W niektórych regionach ceny kalafiorów już wzrosły nawet o 100%. Natomiast Marcin Krzemiński z Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej uspokaja, że nie należy się spodziewać drastycznego wzrostu cen: „O tym będą decydowały zbiory w całej Europie. Podobnie jak inne kraje, mamy duże zapasy. Ceny wzrosną sezonowo, ale szybko powinny się wyrównać”.

Jednak rzeczywistość już teraz przedstawia się mało optymistycznie... Średnie ceny hurtowe w maju bieżącego roku były następujące: kalafior 3,50 zł/szt., kapusta biała młoda 1,50 zł/szt., ogórki szklarniowe 2,50-2,60 zł/kg, pomidory szklarniowe 3,60 zł/kg, sałata 0,80-1 zł/szt., truskawki 5 zł/kg. Tymczasem z informacji „Metra” wynika, iż w Gdańsku za kalafiora trzeba zapłacić nawet 5 zł, za kapustę w stolicy – 3 zł, cena ogórków w Rzeszowie waha się między 5 zł a 5,60 zł za kilogram. Cena pomidorów w Warszawie dobiła do 5,50 zł, a za tamtejszą sałatę zapłacimy ok. 3,75 zł. Za kilogram truskawek w Rzeszowie zapłacić należy aż 15 zł. A to dopiero początek... Już niebawem przyjdzie czas na podwyżki cen pszenicy, żyta, owsa i kukurydzy.

Pozostaje pytanie: Czy jest jakaś alternatywa dla obecnej sytuacji w rolnictwie? Tak. Komunistyczna Partia Polski w swym programie przedstawia plan, który wprowadzony w życie sprawi, że nędza na wsi i drożyzna staną się tylko złym wspomnieniem:

„Przejęcie przez państwo wielkich majątków ziemskich, włączając w to tereny wodne i leśne; to samo dotyczy znajdujących się na nich budynków, urządzeń do produkcji rolnej i zakładów przetwórstwa rolnego. Oddanie części posiadłości ziemskich w użytkowanie rolniczym spółdzielniom produkcyjnym, małorolnym chłopom i utworzenie na pozostałej Państwowych Gospodarstw Rolnych. Wprowadzenie jednolitych cen na środki produkcji i usługi dla rolnictwa. Stworzenie sprawnego systemu kontraktacji, transportu i magazynowania produktów rolnych. Ograniczenie obrotu ziemią i państwowe pośrednictwo w tym obrocie. Poparcie wszelkich form współpracy rolników. Wspomaganie spółdzielczości rolników i tworzenie spółdzielczych zakładów przetwórstwa rolnego. ”

Partia przypomina również: „Zła sytuacja w rolnictwie nie jest winą rolników, lecz od lat prowadzonej polityki gospodarczej. Trzeba zaprzestać masowego importu zboża, sprowadzanego po cenach dumpingowych. Rolnicy, którzy wpadli w pułapkę zadłużenia powinni otrzymać dotowane przez państwo długoterminowe kredyty, umożliwiające jego spłatę. Należy odtworzyć państwowy system kontraktacji rolnej, który umożliwi racjonalne planowanie produkcji i zapewni jej zbyt. ”


***

28.05.2010

O tych, których można kupić

Rządząca Grecją burżuazyjna klika, z każdym dniem coraz wyraźniej ukazuje swoje prawdziwe oblicze. Oblicze płatnych zdrajców na żołdzie rodzimych i obcych kapitalistów. Jak inaczej można skomentować przyznanie się byłego greckiego ministra transportu i telekomunikacji do wzięcia gigantycznej łapówki od niemieckiego koncernu Siemens w zamian za uzyskanie dla firmy lukratywnych kontraktów?!

Nawet burżuazyjna Gazeta Wyborcza zmuszona jest opisać kolejny skandal wstrząsający grecką sceną polityczną i wywołujący wzburzenie wśród mas pracujących Hellady. Otóż eks-minister Tassos Mantelis wyznał parlamentarnej komisji śledczej, iż w roku 1998 aż 200 tysięcy marek wpłynęło na jego prywatne konto bankowe w Szwajcarii jako <<dotacja na kampanię>>. „Dwa lata później na to samo konto nieznany donator wpłacił 225 tys. marek. W czwartek w odpowiedzi na zeznania Mantelisa sąd najwyższy postawił mu zarzut brania łapówek i zabronił opuszczania kraju, ale najprawdopodobniej były minister, który obecnie pracuje jako doradca rządu Azerbejdżanu, zdążył już wyjechać z Grecji. W latach 2000-06 niemiecki koncern Siemens zapłacił przynajmniej 1,3 mld euro łapówek w zamian za otrzymanie lukratywnych kontraktów na szereg inwestycji. Wyjawienie tych informacji było jednym z największych korupcyjnych skandali w historii Niemiec.”

Lecz to nie koniec przejawów zdziczenia „elit politycznych” Unii Europejskiej: Rząd RFN wzywa z jednej strony do wyciśnięcia z greckiego społeczeństwa ponad 30 miliardów euro na „spłatę długu”, poprzez brutalną obniżkę pensji, emerytur i podniesienie podatków. (Jeżeli wierzyć burżuazyjnej prasie, przebiegli greccy urzędnicy zdołali przez lata ukrywać rozmiary zadłużenia przed jeszcze przebieglejszymi biurokratami unijnymi!). Z drugiej zaś strony, ten sam rząd RFN, przy współudziale kapitału francuskiego, grozi zablokowaniem niemieckiego „pakietu pomocowego”, jeżeli greckie władze zrezygnują z szalonych zbrojeń i wycofają się z zakupu sprzętu wojskowego o wartości ponad 2 miliardów euro. (m. in. U-Bootów, okrętów wojennych, helikopterów transportowych i samolotów wielozadaniowych Eurofighter).

Przeciwko komu mają być użyte te maszyny do zabijania (lub ułatwiające zabijanie)? Przeciwko Turkom – jak zapewnia grecki rząd? A może przeciwko greckim masom pracującym, które mają dość dyktatury burżuazji i nie chcą pozwolić na drugą okupację niemiecką? Czas pokaże. Ale socjaldemokratycznemu premierowi Jorgiosowi Papandreu na niewiele się zda sprzęt wojskowy – choćby nawet z arsenałów nowego Wehrmachtu (zwanego dla niepoznaki Bundeswehrą) – jeżeli miliony Greków nienawidzą wyzyskiwaczy oraz ich marionetek i dają temu wyraz podczas masowych demonstracji pod sztandarami Komunistycznej Partii Grecji.


***

26.05.2010

Bo na co komu szpital?

Specjalistycznemu Szpitalowi Chorób Płuc „Biały Orzeł” w Sokołowsku nieopodal Wałbrzycha grozi likwidacja. Wygląda na to, że brak środków na modernizację oraz dążenie burżuazyjnej dyktatury do wyniszczenia polskiej służby zdrowia przypieczętuje los nie tylko stu czterdziestu pracowników szpitala... Cena za zniszczenie ośrodka może okazać się bardzo wysoka...

Szpital powstał w Polsce Ludowej m. in. dzięki pomocy i ofiarności ze strony ponad 30 tysięcy wałbrzyskich górników. Przez lata prężnie działał ciesząc się wielką i zasłużoną renomą. Był – i nadal jest – bardzo istotny dla zdrowia mieszkańców regionu: Obecnie wchodzi w skład spółki Sanatoria Dolnośląskie, zaś w jego budynku mieszczą się izba przyjęć, oddział pulmonologii, oddział gruźlicy, statystyka medyczna i rehabilitacja. Sam szpital na swoim portalu internetowym pisze zgodnie z prawdą: „Budynek szpitala <<Biały Orzeł>> znajduje się pośrodku malowniczego parku z rzadkimi odmianami drzew i krzewów. Położenie to powoduje, że pacjenci są leczeni w ciszy i zdrowym powietrzu. Do dyspozycji naszych pacjentów jest zadaszona leżakownia, skąd roztacza się przepiękny widok na park. Szpital nasz oferuje nie tylko leczenie ciała , ale i ducha. Przy szpitalu znajduje się galeria <<Ogród Zimowy>>, w której odbywają się wystawy i występy szerokiego rodzaju twórców i artystów.”

Jednak zdaniem Romana Szełemeja (pełnomocnika zarządu województwa dolnośląskiego do spraw służby zdrowia) wymagania NFZ stawiane placówkom są coraz ostrzejsze i „źle prezentujący się szpital” ma coraz mniejsze szanse na podpisanie kolejnych kontraktów. Natomiast Jerzy Więcek (prezes spółki Sanatoria Dolnośląskie) boleje: „Niestety, nie mamy środków na jego modernizację. Staraliśmy się o nie wielokrotnie, ale bez skutku.” Mimo to decydenci snują już fantazje o świetlanej przyszłości czekającej region. Według nich, jedynym wyjściem i szansą na uratowanie w Sokołowsku miejsc pracy ma być utworzenie w Wałbrzychu i okolicach ośrodka pulmonologicznego dla górników. Ośrodek obejmowałby wałbrzyski szpital, gdzie powstałby duży oddział pulmunologiczny, i – na otarcie łez – zamiejscowe ośrodki rehabilitacyjne w Sokołowsku i Rościszowie. Podobne gorące zapewnienia słyszano już wcześniej, choćby przy okazji budowy obwodnicy Wałbrzycha. Na czym się skończyło – o tym dobrze wiedzą wałbrzyszanie...

Roman Szełemej nie ma jednak żadnych wątpliwości: „Jestem przekonany, że taka ucieczka do przodu to jedyny ratunek. Trzeba zdobyć pieniądze na rozwój: około 30 milionów złotych. Można je będzie zdobyć na duży projekt. Sejmik dolnośląski musi najpierw zgodzić się na przyznanie środków na jego realizację.” - powiedział pełnomocnik Gazecie Wrocławskiej. Ale sołtys Bernadyna Grzeszuk studzi zapał władz i podkreśla rolę placówki: „Sokołowsko to mała miejscowość, więc likwidacja szpitala byłaby dla mieszkańców ciosem”. Głos ten zapewne utonie w propagandowej wrzawie podnoszonej przez tych, którym bardzo zależy na upadku kolejnego ośrodka opieki zdrowotnej. Będzie ona wstępem do prywatyzacji służby zdrowia na masową skalę. W tej sytuacji pozostaje nam życzyć współobywatelom dużo, dużo zdrowia...


***

24.05.2010

Na ślepym torze

Rozdrobnione na spółki i spółeczki Polskie Koleje Państwowe zmierzają ku katastrofie: Zawieszone zostaną kolejne pociągi, a już latem znikną z dworców... rozkłady jazdy. Brzmi jak scenariusz absurdalnego filmu, jednak jego reżyserem nie jest pojedynczy szalony człowiek, lecz kapitalizm.

Z racji tego, że Przewozy Regionalne mają długi wobec spółki PKP Polskie Linie Kolejowe, 4 maja zawieszono 48 międzywojewódzkich pociągów InterRegio. O tym wszystkim podróżnych nie raczono poinformować. Natomiast od 1 czerwca spółka PKP Intercity chce zawiesić ponad 40 „nierentownych” składów kursujących pod szyldem Tanich Linii Kolejowych. A co najbardziej absurdalne, latem próżno będziemy wypatrywać na dworcach rozkładów jazdy. Oto bowiem Przewozy Regionalne – chcąc zaoszczędzić ponad 2,5 mln zł – wypowiedziały umowę PKP, której winne są płacić za wywieszenie na ścianach dworców swoich rozkładów. Oburzeni stanem polskich kolei są ich pracownicy, którzy – doprowadzeni do ostateczności chaosem, groźbą masowych zwolnień i nieterminowymi wypłatami pensji – gotowi są na strajk generalny.

Na tle obecnych wydarzeń godny uwagi jest wywiad udzielony socjaldemokratycznemu tygodnikowi „Przegląd” przez Bogusława Liberadzkiego – ekonomistę, europosła i eseldowskiego ministra transportu (1993-1997):

„Spółki rozliczają się między sobą, uwzględniając VAT, zysk, koszty zarządu. Kiedyś tego nie było. Zmiana sposobu wewnętrznego finansowania doprowadziła do zwiększenia kosztów o parę miliardów złotych rocznie. Gdy PKP stanowiły jedną strukturę, koszty energii elektrycznej rozliczano między przewozy towarowe i przewozy pasażerskie po cenie zakupów z elektrowni. Obecnie energię sprzedaje kolejowa spółka Energetyka, która do ceny zakupu prądu dolicza koszty własnego funkcjonowania, swój zysk oraz VAT. Faktura, powiększona o 30%, trafia do spółki Przewozy Regionalne. Spółka Polskie Linie Kolejowe także wlicza do faktury koszty sieci, zysk, VAT i koszty zarządu. Spółka Informatyka i Telekomunikacja – tak samo. Czyli na koszt jednego przewozu składają się faktury wystawione przez kilka spółek kolejowych.” - komentuje Liberadzki „reformę” kolei sprzed 10 lat, na mocy której PKP rozczłonkowano na takie zajadle ze sobą walczące spółki jak: PKP Intercity, PKP Polskie Linie Kolejowe (zarządzające torami), PKP Cargo (zajmujące się przewozami towarowymi), WARS, Energetykę, Telekomunikację Kolejową, PKP Informatykę, Kolejowe Przedsiębiorstwo Turystyczno-Wypoczynkowe, Kolejową Oficynę Wydawniczą oraz (od 2001) PKP Przewozy Regionalne.

„Dziś Przewozy Regionalne nie są w stanie płacić faktur, a za sprawą quasi-reformy kolei nastąpiło jedynie przesunięcie odpowiedzialności z rządu na innych. Tyle że nie wiadomo na kogo, bo w tej chwili za funkcjonowanie kolei nikt nie odpowiada. Doprowadzono do stworzenia sytuacji konfliktowej wewnątrz PKP. To niespotykane, by walczyły ze sobą firmy należące do jednej spółki akcyjnej.” - oburza się eks-minister. Następnie ukazuje dalsze mechanizmy wyniszczania PKP: „Prowadzenie polityki dotowania kolei należy do rządu, a ta polityka prowadzi do tego, że marszałkowie województw nie mają środków, by zapłacić za przewozy tyle, ile się należy. Od wysokości dotacji zależą stawki dostępu do kilometra torów. Kształtowane są one w ten sposób, że koszty operatora torów, czyli Polskich Linii Kolejowych, dzieli się przez długość linii (19 tys. km). Gdyby PLK otrzymywały co roku od państwa dotacje rzędu 5 mld zł (koleje niemieckie mają 32 tys. km i dostają 5 mld euro dotacji), to od swych kosztów odejmowałyby te 5 mld zł i wystawiały cennik na przejazd pociągów określonej kategorii. Ponieważ tych 5 mld zł nie mają - tylko wystawiają cennik...”

Lecz to nie koniec złych wieści: „Nasze biura projektowe zwalniają ludzi, a wykonawcom wkrótce może zacząć grozić bankructwo, bo nie otwiera się nowych inwestycji. Nie tylko wykonawcom - spółka giełdowa Zakłady Naprawy Taboru Kolejowego w Łapach zbankrutowała, bo spółka PKP Cargo ma straty i naprawia bardzo mało wagonów. Skoro naprawia bardzo mało, nie ma czym przewozić towarów, ponosi straty i powoli wypada z rynku. A ZNTK upadają, bo nie mają co naprawiać. Wkrótce możemy więc nie mieć ani wagonów, ani zdolności naprawczych taboru. Robimy to samo, co ze stoczniami. Niedawno prezes PLK zapowiedział, że poważnie poprawiony zostanie standard 600 km linii – ale na 2 tys. km się pogorszy.” - informuje Liberadzki. Takie są właśnie realia w dwudziestym roku od zwycięstwa kontrrewolucji w naszym kraju.

Czy zatem rozwiązaniem jest prywatyzacja kolei? „Żaden prywatny czy państwowy operator nie zgłosi się, jeśli nie otrzyma rekompensaty finansowej, czyli dopłaty do świadczenia usługi użyteczności publicznej, jaką jest przewożenie pasażerów. Niestety, nasza filozofia od chyba 10 lat jest odwrotna do tego, co dzieje się w Europie. Ludzie nie jeżdżą pociągami, jeśli bilety są za drogie, rozkład jazdy niedogodny, połączenia za rzadkie, a przy dworcach trudno zaparkować i zrobić zakupy. Gdy więc koleje niemieckie traciły przewozy pasażerskie, to nie likwidowano połączeń, lecz dodawano nowe, w korzystniejszych porach; budowano sklepy, parkingi na rowery i samochody, pilnowano cen biletów - i koleje niemieckie utrzymują poziom ponad miliarda pasażerów rocznie. U nas zaś, jeśli było pięć pociągów, których godziny niekoniecznie odpowiadały wszystkim pasażerom, zostawiano trzy, co oczywiście odpowiadało im jeszcze mniej.” - odpowiada europoseł. Nie dodaje jednak, że zagranicznym mocodawcom kolejnych polskich ekip burżuazyjnych, jest bardzo na rękę pozbycie się konkurencji w postaci PKP, aby na pogorzelisku zatryumfowała na przykład Deutsche Bahn...

Kapitalistyczne media trąbią o konieczności „ograniczenia kosztów funkcjonowania prawie pustych pociągów”, na co Liberadzki – przecież bardzo daleki od krytykowania ustroju kapitalistycznego – odpowiada: „Co to za ograniczanie kosztów, skoro cały czas mamy 19 tys. km linii, więc jeśli skasujemy jakiś pociąg, nic się nie zmienia. Zarząd zostaje, dróżnik tak samo musi pracować, tor trzeba podbijać i utrzymywać – tyle że jeździ mniej pociągów. Powinniśmy być zainteresowani, żeby jeździło ich coraz więcej, wykorzystując jak najlepiej istniejącą już infrastrukturę. Jeśli zaś potężna lokomotywa ciągnie prawie puste wagony, to należy jak najszybciej przestawić się na szynobus. Koszty stałe stanowią ponad 80% wszystkich kosztów kolei, więc zmniejszanie skali działania powoduje tylko to, że koszt jednostkowy przewozu rośnie. Czyli łupi się tych, którzy są skazani na kolej. Tak nie wygrywa się konkurencji na rynku. Wygrywa się, odbierając komuś rynek – a nie, wzorem naszej kolei, zastanawiając się, jak zastąpić transport kolejowy autobusowym. Nie tędy droga.”

Po upadku Polski Ludowej burżuazyjne władze na żołdzie wielkiego zagranicznego kapitału wzięły kolej pod tak troskliwą opiekę, że niebawem – wzorem przemysłu stoczniowego – ulegnie całkowitemu zniszczeniu, aby „ustąpić miejsca na rynku” przewoźnikom zagranicznym, czyli mackom monopoli. Jeżeli ludzie odpowiedzialni za funkcjonowanie kolei snują plany zastąpienia jej transportem autobusowym – oznacza to, że danie, którym nas uraczyły władze „wolnej Polski”, zaczyna wydzielać podejrzaną woń...


***

22.05.2010

Mówią: „Churchill” – myślą: „Hitler”

Burżuazja czuje się coraz mniej pewna trwałości swej władzy. Problem ten trapi zwłaszcza klasy panujące Europy, której ludy wyrażają coraz większe oburzenie żądaniami płacenia za kolejny kryzys kapitalizmu (czemu dały wyraz greckie masy pracujące pod przewodem Komunistycznej Partii Grecji). Pesymizm udziela się również brytyjskiemu publicyście Timothy'emu Gartonowi Ashowi – tubie finansistów z londyńskiego City, który dał wyraz swej chandrze w artykule dla socjaldemokratycznego dziennika „The Guardian”.

Na początku Ash wyznał, jakie były jego zdaniem siły napędowe „projektu integracyjnego” zwanego dziś Unią Europejską: „Zagrożenie ze strony ZSRR, ruchy wyzwoleńcze w obozie moskiewskim, chęć wykazania przez Niemców, że przynależą do <<europejskiej rodziny>>, poparcie USA dla integracji europejskiej jako sposobu przeciwstawiania się zagrożeniu ze strony Moskwy”. Słowa reakcyjnego publicysty potwierdzają powszechnie znany fakt: Kapitaliści od początku istnienia ZSRR uznawali Kraj Rad za największe zagrożenie dla swej władzy i szemranych interesów, przynoszących bogactwo garstce posiadaczy, a potworne cierpienia niezliczonym milionom ludzi. Dlatego właśnie potężni bankierzy i przemysłowcy z różnych krajów (od Rockefellera do Morgana), nie przerywając zaciekłej rywalizacji między sobą o rynki zbytu, wspólnie doprowadzili do władzy takich tyranów jak Hitler, Franco i Mussollini, udzielając im wszelkiego wsparcia i marząc nie tylko o wykończeniu konkurentów, lecz przede wszystkim o zniszczeniu rękoma faszystów Związku Radzieckiego.

Gdy Hitler zerwał się z łańcucha i zaczął gryźć swych panów, zaś krucjata antyradziecka pod znakiem swastyki zakończyła się upadkiem III Rzeszy, kapitaliści postanowili – ucząc się na błędach z przeszłości – ponowić próbę zniszczenia ZSRR. Tym razem – rozpętując „Zimną Wojnę”. Na karku czuli nadal gorący oddech ogólnego kryzysu trawiącego światowy system kapitalistyczny. Kryzysu, którego wytworem była II Wojna Światowa. Kryzysu, który przybrał na sile dzięki wypadnięciu z ogniw łańcucha imperialistycznego Chin i nowych krajów demokracji ludowej, które wraz ze Związkiem Radzieckim budowały nowy świat – bez głodu, wyzysku, kryzysów i bezrobocia.

Przerażeni kapitaliści zastosowali politykę blokady ekonomicznej wobec państw socjalistycznych, wszelkimi sposobami starali się zwalczać ruch komunistyczny na świecie, a w krajach Europy Zachodniej wybudowali tzw. „państwa opiekuńcze” (rozmontowywane dziś przez swych twórców na wzór słynnych wiosek potiomkinowskich). Aby umocnić władzę monopoli, utworzyli nawet tzw. Wspólnotę Europejską, w której obecnie prym wiedzie kapitał niemiecki. Pan Ash jak ognia unika mówienia o kulisach całej sprawy. Pomóżmy mu odświeżyć sobie pamięć:

Niemal od chwili zakończenia działań wojennych, wielcy bankierzy, fabrykanci i generałowie amerykańscy wypuszczali z więzień wielkich i zbrodniczych bankierów, przemysłowców i generałów hitlerowskich. I nie tylko ich uwalniali, ale wręczali im dźwignie władzy gospodarczej, politycznej i policyjno-wojskowej w Trizonii. Wystarczy wymienić Heinricha Dinkelbacha, byłego dyrektora koncernu „Vereinigte Stahlwerke” i „chrzestnego ojca a zarazem bankiera hitleryzmu”, a po wojnie, z łaski amerykańsko-angielskich wspólników, faktycznego kierownika kluczowych gałęzi przemysłu w Niemczech Zachodnich. Wystarczy wymienić bankierów Hermana Absa, Pferdmengesa (Po wojnie protektor partii Adenauera, CDU - „chrześcijańskiej demokracji” w Niemczech Zachodnich; jeden z najbardziej wpływowych ludzi w Trizonii) czy G. Schroedera, którzy ciągnęli ogromne – i krwią milionów ociekające – zyski z krajów okupowanych przez Hitlera. Amerykańscy wspólnicy tych panów przywrócili im – w pełnym blasku „demokracji zachodniej” - wolność czynienia zła. Uwolnili również amerykańscy „obrońcy wolności” cały sztab dyrektorski koncernu trucicieli „I. G. Farbenindustrie”, koncernu bezpośrednio kierującego przemysłem śmierci w Oświęcimiu – z kierownikami produkcji „Cyklonu B” Fritzem Ter-Meerem i Georgiem von Schnitzlerem na czele. Oto prawdziwi „ojcowie integracji europejskiej”.

Przejściowe zwycięstwo kontrrewolucji w Europie wschodniej wcale nie uwolniło kapitalizmu od targających nim wewnętrznych sprzeczności i zarodków jego upadku. Na naszych oczach, zbrodniczy gmach Unii Europejskiej coraz bardziej się chwieje: „UE jest w nowej sytuacji, która ją przerasta. Jest wciąż największą gospodarką świata. Ma ogromny rezerwuar (...) siły, na obecnym etapie znacznie większej niż ta, którą dysponują nowe, potencjalne superpotęgi, ale trend jest przeciw niej. UE jest jak bokser wagi ciężkiej występujący w klasie wagi piórkowej” - biadoli Ash, po czym dodaje: „Czuję się przygnębiony stanem projektu europejskiego bardziej niż w minionych dziesięcioleciach. Strefa euro jest w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Europejska polityka zagraniczna idzie naprzód w tempie pijanego ślimaka. Potęga przenosi sie do Azji. (...) Europejscy przywódcy przestawiają krzesła na pokładzie Titanica, pouczając resztę świata w sprawach nawigacji oceanicznej”.

Pismak jest tak przepełniony cynizmem, że aż chlupocze: „Jeśli chodzi o standard i jakość życia, większości Europejczyków nigdy nie powodziło się tak dobrze, jak obecnie. Nie zdają sobie sprawy z tego, jak radykalnych zmian potrzeba, żeby wszystko mogło pozostać takie samo”. I tutaj kryje się sugestia, że trzeba będzie zmusić masy pracujące w państwach unijnych do całkowitego posłuszeństwa i poddania się wyzyskowi. Ale kto je zmusi? „Europa potrzebuje nowego Churchilla, który językiem <<krwi, potu i łez>> wytłumaczyłby, że radykalne zmiany są niezbędne”. Ale dlaczego Churchilla? Czyż językiem krwi, potu i łez nie posługiwał się bieglej (a na pewno bardziej spektakularnie) inny bulterier burżuazji – Hitler? A może po prostu pismacy na usługach klasy panującej, wolą na razie nie zdradzać jej prawdziwych zamiarów?


***

20.05.2010

Wielki Krach tuż tuż?

Amerykańscy macherzy i szachraje finansowi już zacierają ręce, przepowiadając kolejny gwałtowny spadek notowań giełdowych. Richard Russell, redaktor wydawanego od ponad pół wieku znanego newslettera Dow Theory Letters, doradza inwestorom, aby pozbywali się akcji amerykańskich spółek notowanych na Wall Street. Dlaczegóż to?

„Jeśli dobrze odczytuję rynek akcji, w najbliższym czasie nastąpi niespodziewany spadek na giełdzie. Będzie to też początek nowych problemów (…) Pierwsze sygnały pojawiły się już w kwietniu. Jeszcze gorzej było na początku maja, gdy wartość indeksu Dow Jones spadła w ciągu czterech dni o 6,9% a 7 maja osiągnął poziom 10380,43 punktów, najniższy od 26 lutego. W tym samym czasie <<transportowy>> indeks Dow Jones spadł o ponad 11% w ciągu czterech dni. (…) Jeśli w najbliższym czasie wartość tych dwóch indeksów spadnie poniżej poziomów z 7 maja, efektem może być całkowite załamanie na nowojorskiej giełdzie.” - przytacza opinię rekina (ludojada) biznesu „Gazeta Wyborcza”.

Nie tak dawno temu kapitalizm po raz kolejny pokazał swoje prawdziwe oblicze: W czwartek 6 maja, w połowie sesji, wartość spółek notowanych na Wall Street w ciągu kilku minut spadła o bilion (!) dolarów. Podobno przyczyną był błąd maklera i fakt, że całym kramikiem zarządzają komputery. „Makler prawdopodobnie omyłkowo wystawił na sprzedaż po niskiej cenie większy pakiet akcji, niż zamierzał. Zlecenie było na tyle duże, że wpłynęło na obniżenie indeksów, a to z kolei uruchomiło kaskadę zleceń typu stop-loss, czyli automatycznych sprzedaży akcji uaktywnianych w momencie ponadprzeciętnego spadku indeksów. Im więcej stop-lossów nadchodziło na parkiet, tym bardziej spadały indeksy i do gry włączały się kolejne, automatyczne zlecenia sprzedaży.” - przypomina gazeta.

Jednak burżuazyjne media w bardzo pokrętny sposób tłumaczą te dobitne przejawy irracjonalności gnijącego już kapitalizmu. Podobno wszystkiemu winne są maszyny, lecz czy to maszyny same się „wprosiły” na giełdowy parkiet? Kto więc ponosi winę za szaleństwa i choroby toczące świat wokół nas? Maszyny? Tylko jedna z nich – chaotyczna, coraz gorzej działająca, ślepa i zbrodnicza machina ustroju kapitalistycznego. Ustrojstwo, które w ciągu stuleci swego istnienia zdążyło wymordować i wyniszczyć niezliczone miliony ludzi. I to właśnie od nas – ludzi – zależy, kiedy ostatecznie wyślemy tę maszynę na śmietnik historii. Oby jak najszybciej.


***

18.05.2010

Kondolencje nie są karalne!

Swego czasu Organizacja Podkarpacka Komunistycznej Partii Polski zamieściła w lokalnej gazecie kondolencje, w których złożyła „najgłębsze wyrazy współczucia Rodzinom i Bliskim tragicznie zmarłych 10 kwietnia 2010 roku w katastrofie lotniczej pod Smoleńskiem”. Fakt ten wywołał wściekłość burżuazyjnej prasy oraz rzeszowskiego oddziału IPN pod dowództwem Pani Ewy Leniart. Wzburzony Instytut uznał najwyraźniej kondolencje za zbrodnię i postanowił poszczuć na swych przeciwników politycznych z KPP prokuraturę. Bezskutecznie.

Tuż po wybuchu całej nagonki, prokurator Renata Krut-Wojnarowska studziła zapał inkwizytorów wskazując, że przywołany przez nich artykuł 256 Kodeksu Karnego („Kto publicznie propaguje faszystowski lub inny totalitarny ustrój państwa lub nawołuje do nienawiści na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych albo ze względu na bezwyznaniowość, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.”) nijak ma się do złożonych przez KPP kondolencji. Lecz na Pani Leniart i sekundującym jej reakcyjnym mediom nie zrobiło to żadnego wrażenia. Uważali nadal, że samo zaznaczenie swego istnienia przez zarejestrowaną partię polityczną winno się skończyć dla tej partii surową karą. Tylko za co? I w jaki sposób? Od kiedy to osoba prawna „idzie do więzienia”? Lecz takimi skomplikowanymi sprawami antykomuniści nie zawracają sobie głowy.

Dziś Łukasz Harpula, zastępca rzeszowskiego prokuratora generalnego, oznajmił, że „prokurator odmówił wszczęcia postępowania wobec braku znamion czynu zabronionego”. Inaczej być nie mogło. Prawo jest prawem, choć być może trudno to pojąć osobom zaślepionym nienawiścią.


***

16.05.2010

Jest taka Partia!

Szok i trwogę w wzbudziło w greckiej klasie panującej ogłoszenie przez Alekę Paparigę – sekretarz generalną Komunistycznej Partii Grecji (KKE) – nowych „Tez Kwietniowych”. Sekretarz zadeklarowała niezwłoczne działania, które zostaną podjęte w nowym socjalistycznym społeczeństwie: „Uchwalenie nowej konstytucji gwarantującej wybieralność sędziów i sprawowanie władzy przez delegatów robotniczych wybieranych w fabrykach i biurach, opieka medyczna i edukacja będą dostępne bezpłatnie dla wszystkich, żywność i posiłki będą wydawane w miejscach pracy i szkołach... Zostaną podjęte również inne działania, lecz nie byłoby zbyt roztropnie opisywać je w tej właśnie chwili” – powiedziała Papariga. Jej przemówienie było bardzo podobne do „Tez Kwietniowych” Lenina.

Po raz pierwszy to, co będzie do zrobienia, zostało opisane tak szczegółowo. Po raz pierwszy KKE wyraża nie tylko sprzeciw wobec istniejącego ustroju, ale skupia się również na tym, co zrobić po przejęciu władzy. Olbrzymia demonstracja Komunistycznej Partii Grecji zgromadziła około 100 tysięcy osób i na ponad trzy godziny ogarnęła całe centrum miasta. Członkowie KKE zajęli też miejsca naprzeciwko parlamentu, by zapobiec prowokacjom. Sobota 15 maja to dzień, w którym KKE pokazała swą siłę i potęgę.

Co dalej? „Dawniej rozpatrywano rewolucję proletariacką jako wynik wyłącznie wewnętrznego rozwoju danego kraju. Teraz ten punkt widzenia jest już niewystarczający. Teraz należy rozpatrywać rewolucję proletariacką przede wszystkim jako wynik rozwoju sprzeczności w światowym systemie imperializmu, jako wynik rozerwania w tym czy innym kraju łańcucha światowego frontu imperialistycznego.

Gdzie rozpocznie się rewolucja, gdzie przede wszystkim może być przerwany front kapitału, w jakim kraju? Tam, gdzie najbardziej rozwinięty jest przemysł, gdzie proletariat stanowi większość, gdzie jest najwięcej kultury, gdzie jest najwięcej demokracji – zazwyczaj odpowiadano dawniej.

Nie – mówi leninowska teoria rewolucji – niekoniecznie tam, gdzie przemysł jest najbardziej rozwinięty, itp. Front kapitału zostanie przerwany tam, gdzie łańcuch imperializmu jest najsłabszy, bo rewolucja proletariacka jest wynikiem rozerwania łańcucha światowego frontu imperialistycznego w jego najsłabszym miejscu, przy czym okazać się może, że kraj, który rozpoczął rewolucję, kraj, który przerwał front kapitału, jest mniej rozwinięty pod względem kapitalistycznym aniżeli inne, bardziej rozwinięte kraje, które pozostały jednak w ramach kapitalizmu” (J. Stalin, O podstawach leninizmu, Spółdzielnia Wydawnicza <<Książka>>, Łódź 1947, str. 24-25).

Jak się obecnie przedstawia sytuacja europejskich ogniw łańcucha imperializmu? Według obliczeń Banku Rozrachunków Międzynarodowych co do wzajemnego zadłużenia pięciu najbardziej zadłużonych krajów w strefie euro, największe całkowite zadłużenie mają Włochy (1400 mld dolarów), Hiszpania (1100 mld dol.), Irlandia (867 mld dol.), Portugalia (286 mld dol.) i Grecja (236 mld dol.). Fakt, że tamtejsze partie komunistyczne są silne i bojowe, pozwala przypuszczać, iż już niebawem państwa te mogą – jako najsłabsze ogniwa – wypaść z łańcucha imperializmu i wkroczyć na drogę budowania socjalizmu. KKE pokazała, że jest na to gotowa.


***

14.05.2010

Nagroda za posłuszeństwo

Już od 60 lat, wielka niemiecka burżuazja przyznaje corocznie „Nagrodę Karola Wielkiego” tym osobom, których działalność uznaje za najbardziej przyjazną, opłacalną i korzystną dla RFN-owskiej soldateski oraz właścicieli monopoli – twórców „Wspólnoty Europejskiej”. W tym roku szczęśliwym posiadaczem dyplomu, medalu i czeku na 5 tysięcy euro, stał się premier Donald Tusk.

„Gazeta Wyborcza” z dumą informuje, iż „w ceremonii uczestniczyli m. in. kanclerz Niemiec Angela Merkel, była premier Ukrainy Julia Tymoszenko, szef Parlamentu Europejskiego Jerzy Buzek, były prezydent Aleksander Kwaśniewski, byli premierzy: Krzysztof Bielecki, Marek Belka, Kazimierz Marcinkiewicz, Józef Oleksy, prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz, historyk Norman Davies i reżyser Andrzej Wajda.” Oto śmietanka polityczna Europy kapitału i militarystów. Śmietanka, która ustami Frau Merkel zaznaczyła, że „W osobie Donalda Tuska skupia się wiele z tego co stanowi istotę idei europejskich”. Och tak: obserwując poczynania Pana Tuska, można uświadomić sobie, co stanowi esencję tych „idei”...

„Droga do wolności i jedności Europy zaczęła się u bram Stoczni Gdańskiej i doprowadziła do Bramy Brandenburskiej” - dodała marionetkowa kanclerz RFN. Z właściwą sobie bezczelnością zaznaczyła, że „My w Europie powinniśmy być świadomi, że wolność nie jest oczywistością, że trzeba o nią zawsze walczyć”. Rzecz jasna, pod pojęciem burżuazyjnej „wolności” kryje się tu wyłącznie przyzwolenie dla eksploatacji milionów ludzi pracy przez kapitalistów. Dziwnie brzmi samo słowo „wolność” w ustach decydentki, która kontynuuje topienie Afganistanu we krwi, przy wydatnej pomocy Bundeswehry – nowego Wehrmachtu. Wszystko po to, aby walczyć. Nie o wolność, lecz o bajeczne zyski dla władców kapitału.

Za co – według oficjalnego stanowiska organizatora nagrody – Pan Tusk został nią uhonorowany? Otóż, za „niebanalną biografię w służbie wolności i demokracji oraz w uznaniu szczególnych zasług dla porozumienia i współpracy Rzeczpospolitej Polskiej z jej europejskimi partnerami”. Tusk to „polski patriota i wielki Europejczyk, który przed trzema dekadami wraz z wieloma działaczami ruchu <<Solidarność>> położył kamień węgielny pod ponowne zjednoczenie Europy, a dziś w szczególny sposób angażuje się dla demokratycznej i otwartej na świat Polski, zakotwiczonej w kręgu europejskiej rodziny narodów (…) To jeden z czołowych bojowników o wolność, demokrację i prawa człowieka, który nigdy nie ugiął się wobec komunistycznego reżimu, a także jeden z przekonanych i przekonywających Europejczyków, który potrafi wzbudzić zachwyt szczególnie u młodego pokolenia”.

Czy trzeba wskazywać, ile zawdzięczamy „bohaterom” spod znaku Sprzedajności? (O, przepraszam: Solidarności). Przypomniał o tym prof. Zbigniew Wiktor z KPP w swej analizie „Polska po 15 latach kontrrewolucji”:

„Przystępując do Unii Europejskiej Polska zrzekła się części suwerenności, co znajduje przede wszystkim odbicie w sferze stosunków politycznych, a jednocześnie jest konsekwencją gospodarczego uzależnienia Polski od wielkich monopoli i banków zachodnio-europejskich. Wbrew wcześniejszym deklaracjom burżuazyjne ośrodki nie traktują Polski po partnersku, lecz dążą do jej przekształcenia w peryferyjny kapitalizm, który jest bezwzględnie wyzyskiwany i uzależniany przez wielkie koncerny zachodnio-europejskie, głównie niemieckie. W tej sytuacji w ramach Unii Europejskiej Polska i inne kraje środkowo-europejskie są głównym celem niemieckiego imperializmu, który realizuje dawny "Drang nach Osten" za pomocą integracji europejskiej, euro, dyplomacji i "jądra europejskiego". Opanowanie przez imperializm niemiecki Europy środkowo-wschodniej ma być trampoliną, za pomocą której zjednoczone i wielkie Niemcy sięgną po hegemonię w Europie. Rokuje to Polsce i polskiemu światu pracy bardzo mizerne perspektywy.

W rezultacie zmian w latach 1989-2004 w Polsce załamała się gospodarka oraz dotychczasowe instytucje socjalno-kulturalne. Produkcja przemysłowa spadła do poziomu lat 60-tych a produkcja rolna do poziomu lat 50-tych XX wieku. Zerwaniu uległy więzi kooperacyjne z dawnymi krajami Rady Wzajemnej Pomocy Gospodarczej, przede wszystkim z Rosją i krajami dawnego Związku Radzieckiego, zlikwidowano państwowe gospodarstwa rolne i większość spółdzielni produkcyjnych, degradacji uległa komunikacja publiczna, przede wszystkim koleje państwowe i autobusowa, wraz z wygaszaniem własnej produkcji przemysłowej i rolnej Polska zalana została na skutek otwarcia granic przez towary obcych koncernów. Powstał olbrzymi rynek sprowadzanych z zagranicy samochodów, odzieży, także dotowanej żywności. Jako skutek niekorzystnych dla polskiej gospodarki kursów walut sprowadzano do Polski nie tylko towary konsumpcyjne o charakterze luksusowym, które cieszyły się popytem bogacącej się burżuazji i drobnomieszczaństwa, ale także coraz większy stawał się import zaopatrzeniowy produkujących jeszcze polskich przedsiębiorstw. Paradoksem stało się, że w pewnym okresie opłacało się do Polski sprowadzać węgiel z Afryki Południowej i Ukrainy, w sytuacji gdy w Polsce zamykano kolejne kopalnie węgla kamiennego. W konsekwencji tych zmian całe wielkie klasy polskich obywateli popadły w nędzę i dotknięte zostały degradacją socjalną i wykluczeniem społecznym. Pogłębiły się dotychczasowe i pojawiły się nowe patologie społeczne, takie jak bezrobocie, bezdomność, głód, prostytucja, odrodziły się stare choroby społeczne, np. gruźlica, rażąco wzrosła kryminalizacja, szczególnie korupcja, rozszerzyły się pijaństwo i narkomania. Ich przyczyną był i jest głęboki kryzys ekonomiczny Polski.

Jedną z konsekwencji zmian gospodarczych było postępujące zadłużenie Polski wobec kapitalistycznych wierzycieli. Na początku lat 80-tych wynosiło ono 21 mld dolarów USA, obecnie przekracza ono 120 mld dolarów. Bilans handlu zagranicznego był bardzo niekorzystny dla Polski, osiągając w końcu lat 90-tych rocznie około 20 mld dol. nadwyżki importu nad eksportem. W ciągłym kryzysie znajdują się finanse publiczne i budżet państwowy wobec spadku dochodów płynących z podatków i innych wpływów do budżetu. W tej sytuacji państwo ratowało sytuację sprzedażą za tanie pieniądze pozostałego jeszcze majątku narodowego. Nie ustrzegło to jednak budżetu przed głębokim kryzysem.

W wyniku tych zmian doprowadzono do materialnego upadku dotychczasowej bazy oświaty i nauki, doprowadzono do likwidacji społecznego systemu ochrony zdrowia, upadła kultura masowa, ludzi pracy pozbawiono zdobyczy socjalnych nie tylko tych z okresu Polski Ludowej, ale także tych z okresu międzywojennego. Dotyczyło to ulg komunikacyjnych dochodów za pracę w warunkach szczególnie niebezpiecznych, funduszu socjalnego na finansowanie wczasów, sanatoriów, kolonii, żłobków i przedszkoli, ulg za opłatę leków, wielokrotnie obniżono wysokość świadczeń emerytalno-rentowych, a jednocześnie podniesiono ceny mieszkań i usług energetycznych, tak że pochłaniają one większość dochodów pracowniczych. Pracownicy w zakładach nie otrzymują na czas wypłaty zarobków, zlikwidowano system waloryzacji rent i emerytur.

W kryzysie znalazło się budownictwo, szczególnie mieszkaniowe. Budownictwo przemysłowe uległo likwidacji, a budownictwo mieszkaniowe znajduje się na poziomie lat 50-tych XX wieku. W konsekwencji uległa likwidacji praktycznie cała gałąź przemysłu budownictwa i materiałów budowlanych. Mieszkanie - zgodnie z zasadami gospodarki kapitalistycznej przestało być dobrem socjalnym, stało się towarem dostępnym praktycznie dla bogatych i dobrze sytuowanych grup społecznych. W latach 1996-2000 oddawano średnio rocznie 77,3 tys. mieszkań, w 2002 r. - wskaźnik ten zwiększył się do 97,6 tyś., przy czym warto przypomnieć, że w końcu lat 70-tych w okresie PRL budowano rocznie 3 razy tyle. W konsekwencji tej polityki zwiększyła się liczba rodzin bez własnego mieszkania z około 1,5 mln. do 3 mln. Przyczynia się to do pogłębienia kryzysu rodziny, w Polsce coraz mniej zawiera się małżeństw, coraz mniej rodzi się dzieci, od kilku lat przyrost naturalny jest poniżej zera, co powoduje spadek liczby ludności, także w wyniku rosnącej emigracji oraz starzenie się polskiego społeczeństwa.”

Dzięki nagrodzie, nazwisko Tuska znajdzie się w annałach historii, obok takich współwyróżnionych jak neohitlerowski kanclerz Adenauer (1954), podżegacz do antyradzieckiej krucjaty Churchill (1955) i architekt zbrodniczych działań NATO w latach 90. - Javier Solana (laureat z roku 2007). Pozostaje złożyć kapitule oraz samemu uhonorowanemu gratulacje: Oto właściwy człowiek na właściwym miejscu i do tego w doborowym towarzystwie...


***

12.05.2010

Druga Japonia...

Kolejne burżuazyjne rządy usiłowały wmówić japońskiemu społeczeństwu, że żyje ono w kraju bez konfliktów klasowych i biedy, w sielankowej krainie „klasy średniej”. Rzeczywistość jednak zadała kłam tej propagandzie. W październiku japońskie ministerstwo pracy ujawniło, że w 2007 roku w biedzie żyło 20 milionów obywateli, czyli co szósty Japończyk. Ale to nie wszystko...

Zgodnie z wyliczeniami Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD), liczba osób żyjących poniżej granicy ubóstwa wynosi w Japonii 15,7% ogółu ludności. (W USA natomiast aż 17,1%). The New York Times – omawiając sytuację w „kraju kwitnącej wiśni” - podkreśla, że „japoński rząd od 1998 roku nie tylko ukrywał statystyki dotyczące biedy, ale wręcz zaprzeczał, że taki problem w ogóle istnieje.” Informację tę potwierdza Makoto Yuasa z organizacji pozarządowej Antipoverty Network.

„Ponad połowa samotnych matek w Japonii żyje w ubóstwie. Większość z nich, tak jak Sato i jej 17-letnia córka Mayu, robi wszystko, żeby ukryć swoją sytuację materialną. – Jeśli opowiem o swoich problemach, wyda się, że jesteśmy biedne, a ja wolałabym to zachować dla siebie – mówi Sato, która mieszka w komunalnym bloku w niewielkim mieście Memuro. Sato żyła skromnie również przed śmiercią męża, operatora maszyn budowlanych, który zmarł trzy lata temu na raka płuc. Ich sytuacja rodzinna zaczęła się pogarszać pod koniec lat 90., kiedy kryzys gospodarczy dotarł do położonej na północy kraju wyspy Hokkaido. Nawet pracując na dwóch etatach, Sato nie stać na wizytę u lekarza ani zakup lekarstw. Kiedy w zeszłym roku jej córka potrzebowała 700 dolarów na zakup obowiązkowego mundurka do szkoły średniej, Sato zaoszczędziła potrzebną sumę, ograniczając się do dwóch posiłków dziennie.” - relacjonuje gazeta.

Masami Iwata, profesor polityki społecznej z Japońskiego Uniwersytetu dla Kobiet w Tokio, zauważa, że w Japonii ubóstwo nie oznacza życia w łachmanach na ulicy. Jest starannie ukrywane. Tym niemniej istnieje, a przepaść między garstką bogaczy a masami ludowymi nieustannie się powiększa. W najgorszej sytuacji są najmłodsi: „Z opublikowanych statystyk wynika, że w ubóstwie żyje co siódme japońskie dziecko. Aby obniżyć koszty, jakie ponoszą rodzice w związku z kształceniem swoich dzieci, rząd zobowiązał się do wypłacania miesięcznych zasiłków w wysokości 270 dolarów na jedno dziecko. Mimo to pracownicy opieki społecznej obawiają się, że ubożsi obywatele i tak nie będą w stanie opłacić nauki w szkole i zajęć dodatkowych, które umożliwiłyby ich dzieciom start w tym wyjątkowo konkurencyjnym społeczeństwie. W ten sposób niektórzy mali Japończycy już na starcie skazani są na zasilenie szeregów nisko opłacanej siły roboczej.” - boleją „eksperci” The New York Times.

Teraz już widać znakomicie, co miał na myśli Lech W., obiecując swego czasu uczynienie z Polski „drugiej Japonii”. Bardzo możliwe, że niebawem staniemy się „drugą Irlandią”, „drugą Portugalią” a nawet „drugą Grecją”. Na szczęście społeczeństwo polskie zerwie w końcu kajdany wyzysku, obali dyktaturę bogaczy i stworzy państwo sprawiedliwości społecznej. Podobnie postąpią Japończycy i inne narody świata. To tylko kwestia czasu.


***

10.05.2010

Komu przeszkadza mogiła pogromców faszyzmu?

Zawsze i wszędzie znajdą się osobniki tak zdegenerowane i nienawidzące własnego narodu, że gotowe nawet niszczyć pomniki i grobowce tych, którzy ocalili naród – w tym konkretnym przypadku polski – przed całkowitą eksterminacją oraz przynieśli mu wolność i sprawiedliwość społeczną...

Wzniesiony w Nowym Sączu pomnik ku czci żołnierzy radzieckich, którzy oddali swe życie w walce przeciwko nazizmowi, został po raz pierwszy zbezczeszczony już w roku 1945 – przez polskich bandytów marzących o powrocie Hitlera. W roku 1990, na fali kontrrewolucji, radni z tzw. KPN pozbawili monument symboli wolności – sierpa, młota i czerwonej gwiazdy pięcioramiennej. W 1992 rada miejska uchwaliła demontaż pomnika. Jednak żaden decydent nie był na tyle amoralny, żeby niszczyć miejsce spoczynku sześciu poległych czerwonoarmistów. „Opieszałość” ta wzbudziła gniew wśród elementów najbardziej reakcyjnych, pałających największą nienawiścią do wrogów III Rzeszy.

Jednym z inicjatorów akcji demontażu mauzoleum jest Leszek Z., prezes nowosądeckiego Polskiego Towarzystwa Historycznego („Sprytnie to zrobiono, bo pomnik skojarzono z mogiłą... Tyle że to nie żaden grób, lecz pomnik chwały Armii Czerwonej.”). Również Jarosława R. z sądeckiego stowarzyszenia „rodzin katyńskich”, kole w oczy pomnik pogromców faszyzmu („Armia Czerwona na chwałę nie zasługuje, mimo zwycięstwa w 1945 roku. Pięćset metrów przed sowieckim mauzoleum jest obelisk poświęcony podziemnemu państwu polskiemu, które ta armia unicestwiła. I oba stoją przy tej samej alei. To niedopuszczalne.”). Może warto aby poczytał troszkę o tym, kim byli decydenci tak zwanego „polskiego” państwa podziemnego (choćby na stronie KPP: http://www.kompol.type.pl/historia/Szesnastu.html)? Otóż byli oni m. in pogrobowcami sanacyjnej dyktatury. Ludźmi, którymi brzydził się każdy polski patriota. Natomiast Jerzy B., z Krakowskiego Porozumienia organizacji Kombatanckich i Niepodległościowych, kwituje niechęć władz miejskich do bezczeszczenia miejsca pochówku następująco: „To powód tylko do wstydu dla włodarzy miasta, także tych obecnych”.

Jednak nawet w środowiskach najbardziej reakcyjnych znaleźli się ludzie, którym sumienie nie pozwala na przyklaskiwanie chorym, zionącym nienawiścią pomysłom. PiS-owski prezydent Nowego Sącza – Ryszard Nowak – zgromił pomysłodawców aktu wandalizmu stwierdzając, że grobowi poległych żołnierzy należy się szacunek. Określił podżegaczy mianem oszołomów i wyraził wstyd za ich poczynania. Naraził się tym samym na ataki ze strony tychże osobników: „Moi koledzy z Solidarności przychodzą do mnie i mówią, że jak tak dalej będzie, to skrzykniemy się w kilku i w czynie społecznym własnymi rękami rozbierzemy pomnik”. – mówi „Gazecie Wyborczej” Andrzej (nomen omen) Szkaradek, były sądecki poseł AWS. Jego zacietrzewienia nie podzielają mieszkańcy miasta, którzy dobrze wiedzą, przed czym ocaliła naród polski niezwyciężona armia ojczyzny robotników i chłopów. Armia Kraju Rad.


***

8.05.2010

Łamanie praw człowieka w USA

Jak informuje Vladimir Horak z czeskiego dziennika komunistycznego „Halo Noviny”, Chińska Republika Ludowa podała do publicznej wiadomości czwartą część swego raportu o łamaniu praw człowieka w Stanach Zjednoczonych. Poprzedza to publikację sprawozdania amerykańskiego o sytuacji praw człowieka w roku 2009, przy czym USA kreują się niemal na jedynego sędziego na świecie.

Północnoamerykański raport obwinia o łamanie praw człowieka ponad 190 krajów, w tym Chiny. Jednakże całkowicie przemilcza się w nim i ukrywa łamanie tychże praw na terytorium USA. By pomóc narodom całego świata lepiej pojąć obecny stan rzecz, jeśli chodzi o prawa człowieka w USA, Chiny zaczęły publikować od 24 marca serię informacji dotyczącą tej kwestii – donosi brazylijska agencja informacyjna Vermelho. Przytoczymy istotne fragmenty:

Chronicznym problemem społecznym jest dyskryminacja rasowa. Obywatele afroamerykańscy i należący do innych mniejszości, są w USA pomijaną kategorią społeczną. Według raportu Biura ds. Spisu Powszechnego w St. Zjednoczonych, średni roczny dochód północnoamerykańskiej rodziny w roku 2008 wynosił 50 303 dolary, natomiast u rodziny pochodzenia latynoamerykańskiego wynosił 37 913 dolarów, a u afroamerykańskiej zaledwie 34 218 dolarów – w porównaniu z kwotą 55 530 dolarów w „białych” rodzinach nielatynoamerykańskich. Średni dochód rodzin latynoamerykańskich stanowił 68% średniego dochodu „białych”, a średni dochód rodzin czarnoskórych odpowiadał 61,6% średniego dochodu „białych” rodzin.

W tym samym czasie obywatele należący do mniejszości etnicznych mieli dochody o 60 do 80% niższe niż większość członków grupy, przy tym samym poziomie wykształcenia i doświadczenia zawodowego. (Raport gazety The Wall Street Journal i USA Today z 11.09.2009 r.). Z dalszej lektury danych Biura ds. Spisu Powszechnego wynika, że w roku 2008 w nędzy żyło 6,8% białych, ale aż 24,7% Afroamerykanów i 23,2% Latynoamerykanów (The New York Times z 29.09.2009). Około czwarta część amerykańskich Indian egzystuje poniżej granicy ubóstwa. W roku 2008 aż 30,7% Latynoamerykanów żyjących w USA nie miało dostępu do opieki lekarskiej. Problem ten dotyczył również 19,1% Afroamerykanów. Według danych departamentu ds. mieszkalnictwa i rozwoju urbanistycznego, w roku 2008 zarejestrowano 10 552 skarg na dyskryminację wobec starających się o mieszkanie, z czego około 35% dotyczyło wykluczenia rasowego. Centrum Zapobiegania i Kontroli Chorób w USA podało, że Afroamerykanie stanowią 12% populacji Stanów Zjednoczonych, lecz stanowią zarazem prawie połowę ludzi, którzy co roku umierają na zakażenie wirusem HIV.

Mniejszości etniczne są w USA obiektem dyskryminacji przy poszukiwaniu pracy i przy obsadzaniu tych samych kategorii stanowisk pracowniczych. W październiku 2009 wg statystyk amerykańskich stopa bezrobocia wyniosła 10,2%. Jednak u Afroamerykanów liczyła 15,7%, u Latynoamerykanów 13,1%, zaś u białych 9,5%. (USA Today z 6.11.2009). Bezrobocie Murzynów w wieku 16-24 lat osiągnęło poziom 34,5%, więcej niż trzykrotność średniej. W takich miastach jak Detroit i Milwaukee bez pracy pozostawało 20% Murzynów (The Washington Post z dnia 10.02.2009). Zdaniem Biura Statystyki Pracy, liczba bezrobotnych 25-letnich Afroamerykanów z dyplomem szkoły wyższej była niemal dwukrotnie wyższa niż białych. (The New York Times z 1.12.2009). W ciągu roku 2008, urzędy federalne zostały zalane rekordową liczbą ponad 95 tysięcy skarg na dyskryminację w pracy, z czego jedna trzecia dotyczyła dyskryminacji rasowej. Chociaż pod koniec maja 2009 Afroamerykanie i Latynoamerykanie stanowili 27% mieszkańców Nowego Jorku, to z 11 529 strażaków nowojorskich, tylko 3% było Murzynami, a 6% Latynoamerykanami.

Dyskryminacja panoszy się również w systemie edukacji. Z danych Biura ds. Spisu Powszechnego wynika, że dyplom szkoły wyższej miało 33% białych, 20% Murzynów i tylko 13% Latynoamerykanów. Wedle doniesień medialnych, w latach 2003-2008 odrzucono średnio 61% podań na studia złożonych przez czarnoskórych. Ten sam los spotkał 46% podań Latynoamerykanów.

W wymiarze sprawiedliwości dyskryminacja jest wręcz skandaliczna. Pod koniec 2008 r. więźniami było 3161 mężczyzn i 149 kobiet z każdych 100 tysięcy Afroamerykańskich obywateli USA. Liczba nieletnich Murzynów skazanych na dożywocie była 10-krotnie większa niż białych. (A w Kalifornii 18-krotnie wyższa!). Imigranci żyją w nędzy. Opublikowany przez Southern Powerty Paw Center raport dowodzi, że klimat rasowej dyskryminacji i etnicznej nienawiści przenikający środowiska anty-imigranckie i niektóre kategorie urzędników, wywołał – zwłaszcza w ostatniej dekadzie – dziesiątki napaści na Latynoamerykanów. (The New York Times z 3.09.2009).


***

6.05.2010

Witajcie w krainie koszmaru

Zapierający dech w piersiach wyzysk, prawie dwudziestogodzinny dzień pracy za najniższą stawkę i samobójstwa robotników, które kapitaliści starają się za wszelką cenę zatuszować. Oto prawdziwe oblicze podparyskiego Disneylandu. Przygotujcie się na wycieczkę do przedsionka Piekła...

Francuska gazeta „Le Monde” informuje, że „od początku roku odnotowano już dwa samobójstwa pracowników parku. Komitet Higieny, Bezpieczeństwa i Warunków Pracy (CHSCT) przedłożył 21 marca swój raport dotyczący samobójczej śmierci Rabii Hourourou. Mężczyzna targnął się na swoje życie 21 lutego na dworcu w Esbly (departament Seine-et-Marne), w drodze z pracy do domu. Równolegle toczy się inne śledztwo, w sprawie samobójstwa szefa kucharzy w dniu 26 marca. Pierwszy samobójca wniósł skargę o nękanie psychiczne i miał przez długi czas zwolnienie lekarskie z powodu depresji. Drugi, przed próbą samobójczą, pozostawił list, w którym napisał, że <<nie chce już wracać do Mikiego>>.”

Rzecz jasna, szefostwo kompleksu rozrywkowego bezczelnie odwraca kota ogonem i zaprzecza związkowi przyczynowemu między warunkom w firmie a śmierci jej robotników. W aktach śledztwa CHSTC dotyczącego tragedii Rabii Hourourou ignoruje się ewentualną odpowiedzialność właścicieli przedsiębiorstwa za śmierć pracownika. David Charpentier ze związku zawodowego Siła Robotnicza wskazuje: „W aktach nawet nie wspomina się o skardze, jaką Rabii wniósł z powodu nękania psychicznego. Nie byliśmy przesłuchiwani, rodzina też nie, chociaż mieliśmy dodatkowe informacje, ważne dla śledztwa. Czujemy się oszukani. Postępowanie, którego wyniki pospiesznie opisano na dwóch stronach, wydaje się zbyt powierzchowne jak na przypadek śmierci pracownika.”

„Le Monde” bywa spostrzegawcza: „Kiedy ludzie zbyt długo stoją w kolejce, wyładowują swoje niezadowolenie na nas – mówią pracownicy. W parku jest już gęsto jak w ulu: każdy niezajęty przez atrakcje skrawek terenu został wykorzystany do umieszczenia bądź to sklepiku z pamiątkami, bądź restauracji. W regularnych odstępach czasu pracownicy wychodzą przez małe, ukryte drzwi i wymijając turystów sprzątają stoły pokryte pozostawionymi opakowaniami z fast foodów. Poruszają się w tym baśniowym świecie niezauważeni, ich ubrania białe w paski zadziwiająco przypominają ubiory więźniów z kreskówki...”

Nawet Noël Barbier z chadeckiego związku zawodowego zmuszony jest potwierdzić bolesną prawdę: „Od około pięciu lat obserwujemy pogarszanie się warunków pracy. Kryzys finansowy spowodował wprowadzenie <<planu oszczędności>>. Liczba pracowników sezonowych została zmniejszona dwukrotnie, a liczba zatrudnionych tu na stałe (około 15 tysięcy) nie uległa zwiększeniu.” Robotnik zajmujący się sprzątaniem parku relacjonuje: „Wielu z nas jest niezadowolonych, wręcz zestresowanych. <<Cast Members>> (najniższy szczebel wśród zatrudnionych w Eurodisneylandzie), stanowiący większość załogi (13,4 tys. osób na 15 tys.), otrzymują wynagrodzenie w wysokości płacy minimalnej (SMIC) + 1 procent. Pies Pluto pozdrawia gestami tłumy publiczności podczas parad i robi z siebie błazna za około 1 300 euro na miesiąc, bez wolnego dnia czy premii za niedziele, ponieważ park jest sklasyfikowany jako <<strefa turystyczna>>.”

Gazeta ukazuje, jak „reżim pracy w parku często utrudnia wywiązywanie się z obowiązków w życiu rodzinnym. W restauracjach kompleksu rozrywki pracuje się często do godziny 23, a w lecie aż do 2.45 rano. Ojciec rodziny w trakcie procesu rozwodowego został <<przywołany do porządku>> z powodu jednego dnia nieobecności, który spędził u swojego psychiatry. Poprosił o zwolnienie go z pracy w niedziele, aby móc zająć się dziećmi, nad którymi sprawuje opiekę. Dyrekcja przyznała mu ten przywilej tylko na miesiąc, na czas <<zorganizowania się>>.”

A jak zareagowała dyrekcja podparyskiego Disneylandu na raport specjalistów od medycyny pracy, którzy odnotowali 1500 wypadków pracowniczych w ciągu roku na 15 tys. pracowników? (To wskaźnik wyższy niż w sektorze budownictwa i robót publicznych). Otóż kapitaliści zgodnie stwierdzili, że przecież pracownicy są „stale wspomagani przez firmę”. Tak, to widać jak na dłoni...


***

4.05.2010

Ludy Europy – powstańcie!

W atmosferze wzmożonej walki klas, Towarzysze z Komunistycznej Partii Grecji zwracają się ze wzgórza Akropol z przesłaniem walki i oporu przeciwko antyludowym i antyrobotniczym posunięciom rządów, imperialistycznej Unii Europejskiej oraz Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Symboliczne przesłanie kierowane jest do wszystkich ludów Europy.

Na 5 maja klasowa federacja związków zawodowych PAME zapowiedziała kolejny 24-godzinny ogólnonarodowy strajk. Niech odwaga i determinacja greckich robotników, drobnych i średnich rolników, rybaków i innych grup bądź warstw społecznych zaangażowanych w walkę z ekspansją kapitalizmu, pociągnie za sobą przerwanie łańcucha imperializmu. Niech proletariusze i chłopi oraz inne postępowe grupy społeczne – ciężko doświadczone wieloma dekadami dyktatury burżuazji – pokażą nam wszystkim, że kapitalizm wraz z jego agenturami jest kolosem na glinianych nogach i że przyszłością ludów Europy i całego świata jest zwycięska wiosna socjalizmu!