banner
 Start   Aktualności   Dokumenty
 Brzask
 Galeria
 Świat
 Historia
 Forum
 Kontakt
 Linki

Kwiecień 2010

***


30.04.2010

Ku czerwonej republice

Jeżeli tradycyjnie powściągliwa w informowaniu o kondycji europejskich partii komunistycznych „Gazeta Wyborcza” zaczyna bić na alarm, to znaczy, że burżuazja naprawdę poczuła się zagrożona. A wszystko przez Komunistyczną Partię Czech i Moraw – najliczniejsze ugrupowanie polityczne u naszych południowo-zachodnich sąsiadów (liczy sobie bowiem ponad 70 tysięcy członków) – która, według sondaży, z ponad 13% poparciem może mieć znaczący wpływ na władzę po najbliższych wyborach parlamentarnych.

Dalej następuje litania zarzutów, jakie „Wyborcza” kieruje przeciwko czeskim komunistom: „KSCM to ugrupowanie o charakterze może nie stalinowskim, ale z pewnością breżniewowskim. W swym statucie wzywa np. do likwidacji kapitalizmu, sprzeciwia się zachodniej orientacji Republiki Czeskiej i jej członkostwu w NATO. Stany Zjednoczone to dla przywódców komunistów kraj imperialistyczny. Z podziwem natomiast mówią oni o Kubie, Chinach czy Korei Północnej, które regularnie odwiedzają. (…) Komuniści nigdy nie przeprosili bowiem ani za swoje 40-letnie rządy, ani za 20-letnie represje po roku 1968. Pucz komunistyczny z lutego 1948 r. dzisiejsi szefowie partii nazywają zgodnym z konstytucją przejęciem władzy. Z powodu potępienia stalinizmu przez Partię Europejskiej Lewicy zrzeszającą w Parlamencie Europejskim przede wszystkim zachodnioeuropejskich komunistów KSCM nie należy do tej frakcji. W dzienniku „Halo Noviny”, oficjalnej gazecie partii, której nakład wynosi kilkadziesiąt tysięcy egzemplarzy, pracują najbardziej skompromitowani dziennikarze z czasów Gustava Husaka, przywódcy komunistycznej Czechosłowacji w latach 70. i 80. Głównym komentatorem gazety jest Jaroslav Kojzar, autor najohydniejszych artykułów przeciwko Vaclavowi Havlowi i Karcie 77 – najważniejszemu ugrupowaniu czechosłowackich dysydentów. Grupa senatorów kilka lat stara się o delegalizację KSCM jako partii antydemokratycznej i totalitarnej, ale żaden rząd nie zdecydował się na przekazanie tego projektu do najwyższego sądu administracyjnego.” - biadoli gazeta, której „nie jest wszystko jedno”.

Rzecz wiadoma, że prasie burżuazyjnej wszystko, co służy interesom mas pracujących kojarzy się z puczem, a obalenie władzy wyzyskiwaczy jest dla niej równoznaczne z „zamachem na demokrację”. Cóż. Za wypisywanie tego typu dyrdymałek kapitaliści płacą dziennikarzom. I to sporo. Stąd też potępianie czeskich patriotów za ujawnianie prawdy („wypisywanie najohydniejszych artykułów”) o Vaclavie Havlu i pozostałych płatnych zdrajcach na usługach Amerykanów. Stąd też żądania mediów, aby komuniści przeprosili za zbudowanie państwa bez biedy, bezrobocia i wyzysku, w którym zbędni są tylko kapitaliści. Stąd również z trudem skrywany podziw dla wszelkich działań mających na celu masowe prześladowania ruchu komunistycznego. Lecz widać, że jest to złość bezsilna. Bo przemilczeć faktu istnienia silnej partii komunistycznej w sąsiednim kraju już się nie da.

Ale to nie koniec złych dla burżuazji wieści: „Partia Socjaldemokratyczna w latach 90. przyjęła tak zwane postanowienie bohumińskie zakazujące jej współpracy z komunistami. Ale gdy pięć lat temu jej szefem, a potem premierem został mało znany wówczas praski radny Jirzi Paroubek, niechęć do komunistów zaczęła maleć. Jeszcze przed poprzednimi wyborami premier Paroubek forsował z poparciem pozostających poza rządem komunistów ustawy socjalne, które niespecjalnie podobały się jego koalicjantom ludowcom i liberałom. Ale wówczas nie odważył się przyznawać tego, co dziś mówi prawie otwarcie - że po wyborach gotowy jest stworzyć rząd z poparciem komunistów. Zdaniem większości czeskich komentatorów w ten sposób komuniści po raz pierwszy od 1989 r. zyskaliby wpływ na funkcjonowanie rządu i państwa. (…) Obserwatorzy mówią jednak dość jednoznacznie, że jeśli Paroubek będzie miał możliwość, to spróbuje stworzyć rząd socjaldemokratyczny ze wsparciem komunistów. Zrobi to nawet za cenę końca współpracy z pozostałymi partiami, bo żadna z nich nie zachce brudzić się współpracą z komunistami.”

Pozostaje nam trzymać kciuki za naszych czeskich Towarzyszy i życzyć im zwycięstwa w walce o stworzenie państwa sprawiedliwości społecznej. Państwa dyktatury proletariatu. Państwa socjalistycznego.


***

28.04.2010

Unia biedy

W trakcie konferencji „Integracja społeczna w Europie – wyzwanie edukacyjne” zorganizowanej przez Dyrektoriat Generalny Unii Europejskiej na uniwersytecie w Barcelonie, dyrektor generalny do spraw badań naukowych, ekonomii i spraw socjalnych Komisji Europejskiej Jean-Michel Baer zmuszony był potwierdzić, że poniżej progu ubóstwa żyje na obszarze UE aż 80 milionów ludzi, w tym 19 milionów dzieci...

Aby uniknąć oskarżeń o zbywanie milczeniem zasięgu nędzy, Komisja Europejska zaproponowała, Parlament Europejski przyjął, a Rada Unii Europejskiej zatwierdziła (oczywiście z wielką pompą) ogłoszenie bieżącego roku „Europejskim Rokiem Walki z Ubóstwem i Wykluczeniem Społecznym”. Instytucje te dorównały tym samym „wiarygodności” choćby skorumpowanego urzędnika, który hucznie obchodzi akcję „Czyste ręce: Nie daję i nie biorę łapówek”. Wielki kapitał, który powołał do życia Unię Europejską, jest bowiem zainteresowany całkowitym demontażem wymyślonego niegdyś przez siebie (dla antykomunistycznej propagandy) tzw. „państwa opiekuńczego”, przywróceniem form wyzysku dorównujących tym rodem z XIX wieku (choć dla niepoznaki „nowocześnie” przystrojonych) oraz utrzymaniem jak największej „rezerwowej armii pracy”, czyli rzesz bezrobotnych.

Z badań opinii mieszkańców Europy, przeprowadzonych przez TNS Opinion & Social Network na przełomie sierpnia i września 2009 r., wynika, że zjawisko ubóstwa uznało w swoim kraju za powszechne 96% Węgrów, 92% Bułgarów, 90% Rumunów i 89% Łotyszy. W Polsce natomiast ubóstwo uznane zostało za zjawisko powszechne przez 71% ankietowanych. A przecież kolejny kryzys kapitalizmu dopiero się rozkręca...

Burżuazja – gotowa za wszelką cenę bronić swej władzy i zysków – przemilcza fakt, że jedynym sposobem na ostateczne wyeliminowanie biedy i bezrobocia jest obalenie ustroju kapitalistycznego. Dokłada również wszelkich starań, aby uciszyć tych, którzy wiedzą, co się święci. Tych, którzy jej panowaniu zagrażają. Aby zniszczyć komunistów. Używa w tym celu nie tylko zmasowanego ostrzału propagandowego (którego nie powstydziłby się sam Goebbels) ale również środków karnych (których nie powstydziłby się sam Himmler): począwszy od penalizowania symboliki komunistycznej – jak to się dzieje w Polsce, a skończywszy na osadzaniu działaczy komunistycznych w więzieniach – co miało miejsce chociażby na Litwie.

Jednak to dyktatura burżuazji chyli się ku upadkowi, zaś partie komunistyczne zmierzają do zwycięstwa, przewodząc milionowym masom ludności – jak na przykład Komunistyczna Partia Grecji, kierująca walką proletariatu greckiego o obalenie ustroju opartego na wyzysku. Wbrew kapitalistom i tym środowiskom, które pozostają na ich usługach, przyszłości nie da się zatrzymać. Być może przekonamy się o tym już niebawem.


***

25.04.2010

Zdrów czy niezdrów?

„Gazeta Wyborcza” - mniej lub bardziej świadomie – obnaża tak zwane (i wielce przez mass media zachwalane) prywatne ubezpieczalnie. Wszystkie ich rzekome zalety bledną w starciu z brutalną rzeczywistością. W końcu chodzi o zysk. Oto 54-letni pan Eugeniusz był niegdyś kierowcą ciężarówki. Seria kolejnych zawałów serca okazała się być zaledwie początkiem jego kłopotów...

Zakład Ubezpieczeń Społecznych uznał, że po takich przejściach obywatel jest niezdolny do pracy i przyznał mu rentę w wysokości tysiąca złotych miesięcznie. 11 lat temu pan Eugeniusz wykupił polisę na życie w firmie ubezpieczeniowej Amplico. Klient płaci 706 zł co kwartał, aby po jego śmierci córka mogła otrzymać 50 tys. złotych odszkodowania. Rok temu – nie będąc w stanie wpłacać składek – chciał zrezygnować z polisy. Jednakże „Agentka Amplico powiedziała mu, że wcale nie musi rezygnować. Wystarczy skorzystać z opcji <<Gwarancja opłacania składek>>, którą wykupił wraz z polisą. Amplico obiecało w niej, że jeśli nie będzie mógł pracować, samo będzie za niego płacić składki, aż skończy 60 lat. - Nawet nie wiedziałem, że coś takiego mam, a okazało się, że płaciłem na to co kwartał 63 zł – mówi <pan Eugeniusz – przyp. Red. Akt. KPP>. Napisał więc do Amplico, żeby wzięło na siebie opłacanie składek”.

Firma wysłała klienta na badania do swego sosnowieckiego konsultanta, a gdy lekarz uznał p. Eugeniusza za „niezdolnego do pracy z niemożliwością prognozowania wyleczenia w przyszłości”, Amplico poprosiło o opinię konsultanta katowickiego. Ten wydał werdykt pomyślny dla prywatnej ubezpieczalni: „A on uznał, że nie miałem żadnego zawału, sam sobie wymyśliłem swoje choroby i mogę iść do pracy – denerwuje się <p. Eugeniusz>. Efekt? Ma sam opłacać swoje składki. Jeśli tego nie będzie robił, wszystkie płacone dotychczas przepadną, córka nie dostanie z Amplico nic.” - konstatuje Gazeta Wyborcza.

Co prawda Rzecznik Ubezpieczonych poparł pana Eugeniusza, ale urzędnik – według litery prawa – może tylko prosić ubezpieczyciela o zmianę decyzji. Rzecz jasna ubezpieczyciel wyraża współczucie odnośnie stanu zdrowia klienta, ale w kapitalizmie nie ma miejsca na sentymenty. Amplico stoi twardo na stanowisku, że „Sam fakt pozostawania na rencie czy orzeczenie częściowego inwalidztwa, nawet jeśli pozostaje trwałe, nie wystarcza, by towarzystwo przejęło opłacanie składek”. Teraz renciście pozostaje sądowa droga rozstrzygnięcia sporu. Życząc mu powodzenia, mamy równocześnie nadzieję, że nie ziści się sen burżuazji o dogłębnej prywatyzacji systemu ubezpieczeń...


***

23.04.2010

Decydujący krok dla wzmożenia walki

Sukces 48-godzinnego strajku Frontu Walki Wszystkich Robotników (PAME) okazał się przełomowym krokiem dla eskalacji zmagań klasy robotniczej, ubogich warstw społeczeństwa i młodzieży. Dziesiątki tysięcy robotników oraz pracowników, zarówno sektora prywatnego jak i publicznego, poszły za wezwaniem PAME (zorientowanego klasowo sojuszu związków zawodowych i federacji związkowych) i przyłączyły się do strajku. PAME zorganizowało masowe demonstracje strajkowe w 69 miastach w całej Grecji.

Strajk 48-godzinny wyrażał z jednej strony sprzeciw wobec wrogich ludowi zamierzeń, w szczególności wobec nowej ustawy socjaldemokratycznego rządu partii PASOK, dotyczącej bezpieczeństwa socjalnego, która stanowi cios wymierzony w prawa klasy robotniczej i warstw ubogich. Z drugiej strony podał w wątpliwość tak zwaną burżuazyjną legitymację do sprawowania władzy i skuteczność stosowanej przez plutokrację taktyki zastraszania.

Zwycięstwo strajku stanowi kolejną odpowiedź na antyludową politykę socjaldemokratycznego rządu PASOK promującą obniżki płac i emerytur, podwyższenie wieku emerytalnego, powszechne stosowanie elastycznych form zatrudnienia, zniesienie ograniczeń dotyczących masowych zwolnień, prywatyzację poprzez nowe reakcyjne reformy zmierzające do łączenia miast, zmiany zasad żeglugi kabotażowej (co będzie skutkowało wzrostem liczby marynarzy pracujących na czarno), liberalizację zamkniętych zawodów itp.

Masy pracujące odrzuciły skoordynowane wysiłki rządu oraz innych sił burżuazyjnych i oportunistycznych, mające na celu uzyskanie społecznego przyzwolenia na owe „reformy” pod płaszczykiem „ratowania kraju z odmętów kryzysu”. Masy pracujące zdemaskowały i odrzuciły fałszywy dylemat plutokracji: „Unia Europejska albo Międzynarodowy Fundusz Walutowy”, mający narzucić ludziom wybór jednego z grabarzy, który podejmie misję przywiedzenia ich do bankructwa – jako że obaj grabarze decydują wspólnie – i zapewni plutokracji nowe, ogromne zyski.

Od świtu 21 kwietnia tysiące robotników pikietowało bramy fabryk i innych miejsc pracy oraz wstrzymało na dwie doby wielkie ponadnarodowe korporacje, przedsiębiorstwa, działy sprzedaży, hotele, port w Pireusie (największy grecki port) jak również pozostałe miejsca pracy.

Klasa robotnicza w Grecji jest już silniejsza. Przeciwstawiła się zastraszaniu ze strony przedsiębiorców i łamistrajkom z żółtych związków zawodowych, kontrolującym federacje związkowe sektora prywatnego (GSEE) i publicznego (ADEDY). Burżuazja, a zwłaszcza stanowiący jej twardy rdzeń armatorzy, dokładali wszelkich starań, aby zatrzymać strajk portowy PAME. Zatem według decyzji sądu z 20 kwietnia, strajk uznany został za nielegalny i uwłaczający. Jednakże Jednak ani na chwilę decyzja ta nie złamała marynarzy, którzy bronili swej akcji strajkowej przez 48 godzin.

Powinniśmy również podkreślić, że raz jeszcze GSEE wsparła kampanię zastraszania rozpoczętą przez plutokrację wespół z mediami. GSEE – zgodnie ze swą łamistrajkowską taktyką – nie ogłosiła strajku i w ten sposób udzieliła poparcia rządowi. Z kolei ADEDY wezwała do strajku wyłącznie w dniu 22 kwietnia i zorganizowała wiec w centrum Aten, który zaznaczył się udziałem nielicznych robotników.

Natomiast masowy wiec PAME na Placu Syntagma w Atenach zgromadził dziesiątki tysięcy ludzi, którzy potępili barbarzyńską, antyrobotniczą i antyludową ofensywę zgotowaną przez rząd, przedsiębiorców, Unię Europejską i partie burżuazyjne.

W swoim przemówieniu, Yiannis Tasioulas, szef ateńskiego związku zawodowego robotników budowlanych napiętnował ogłoszenie przez armatorów strajku za nielegalny i podkreślił: „Prawo – to prawa robotników”. Reprezentanci PASEVE (Antymonopolowego Zjazdu Samozatrudnionych i Drobnych Dostawców) oraz innych związków zawodowych również przesłali uczestnikom demonstracji pozdrowienia i wyrazy uszanowania.

W wiecu uczestniczyła delegacja Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Grecji na czele z Sekretarz Generalną KC – Aleką Paparigą.

„Ponownie marynarze ukazali drogę – dzięki swej odwadze i oporowi wobec antypracowniczej decyzji sądu Musimy stawiać opór, bo inaczej zostaniemy powiedzeni do Waszyngtonu i Brukseli, do strefy euro i Międzynarodowego Funduszu Walutowego, jak owce na rzeź. Dylemat rządu jest następujący: <<Albo weźmiemy pożyczkę i ludzie stracą wszystkie swoje prawa, albo nie weźmiemy pożyczki – a wtedy ludzie stracą wszystko>>. Lud pracujący musi odrzucić ten <<dylemat>> i pójść dalej, dla ozdrowienia ruchu, bo tylko to może utorować drogę prawom robotników. Za hasłami o „regeneracji gospodarki” kryje się „regeneracja” - tyle że zysków plutokracji. MFW i strefa euro dążą do likwidacji zysków ludu i złamania jego walki. Poza tym każda pożyczka przyniesie nowe, jeszcze gorsze działania antypracownicze. Lud musi przeciwstawić się tej ofensywie.” - wyraziła swe stanowisko Aleka Papariga.

Ponadto istotnym elementem strajku jest fakt, iż dziesiątki partii komunistycznych i robotniczych oraz federacji i związków zawodowych z całego świata – wyraziły swą solidarność z 48-godzinnym strajkiem PAME.

Walka zaostrzy się wraz z nowym 24-godzinnym strajkiem marynarzy planowanym na 26 kwietnia, skierowanym przeciwko propagowanym przez rząd i UE: zmianie zasad kabotażu i całkowitej liberalizacji żeglugi. Walka zaostrzy się wraz z demonstracjami strajkowymi 1 Maja i różnorodnymi formami mobilizacji dla wzmożenia zmagań w następnym okresie.


***

21.04.2010

Jak tra(k)tują „sojusznicy”...

Niebawem miną trzy tygodnie odkąd VI zmiana polskiego kontyngentu okupacyjnego w Afganistanie, szykująca się do powrotu do domu, została zatrzymana („internowanie” to zbyt złowróżbne określenie) przez jankeskich „sojuszników” w bazie Manas na terytorium Kirgistanu. Polscy oficjele wojskowi rozkładają ręce, zaś polscy żołnierze są nadal przetrzymywani w urągających ludzkiej godności warunkach i szykanowani przez Amerykanów, traktujących ich jak „mięso armatnie”. Sytuacja z każdym dniem coraz bardziej się zaognia...

Dowództwo polskich sił zbrojnych zasłania się pyłem znad Islandii, a tymczasem wzburzone rodziny żołnierzy przypominają, że wulkan Eyjafjallajoekull bynajmniej nie wypluł swej zawartości trzy tygodnie temu. Oczywiście o wszystkim decydują Stany Zjednoczone, nie zaś wasalny wobec nich rząd w Warszawie. Dlatego – skoro to jankesi organizują i opłacają swym „sojusznikom” powrót na Ojczyzny łono – wszystko zależy od dobrej woli sponsora. Lub jej braku.

Stacja TVN24 przytacza wypowiedzi przetrzymywanych i ich bliskich, które dają pewne wyobrażenie o codzienności w bazie Manas: „Sytuacja jest bardzo napięta – pisze do TVN24 siostra jednego z żołnierzy. - Chłopcy codziennie mają gotowość do lotu, wychodzą na lotnisko na odprawę i dowiadują się, że wylot się przesunął. Nikt tam nic nie wie i nie przekazuje im informacji. Dochodzi do konfliktów z żołnierzami amerykańskimi, którzy zakręcili Polakom ciepłą wodę i zabierają przedłużacze, żeby nie mogli naładować laptopów i mieć kontaktu z rodzinami przez internet. Nie wspominając o szczególe jakim jest złośliwe nie schowanie palet z bagażami (do których żołnierze nie mają dostępu – red. TVN24) do pustej wiaty, tylko pozostawienie ich na deszczu”.

Pikanterii całej sprawie dodaje fakt, iż po pół roku przelewania krwi (własnej i afgańskiej) w imię interesów amerykańskich kapitalistów, „żaden z 800 wojskowych czekających na samolot w Kirgistanie, nie jest już na misji wojskowej. Według przepisów w Manas żołnierze przebywają teraz w <<podróży służbowej>>. - Nie wykonują żadnych działań bojowych i dlatego nie przysługuje im należność za wykonywanie działań w strefie wojennej. Są poza nią – tłumaczy major Jaszczuk. Żołnierze dostają posiłki i dietę – dziewięć dolarów za jeden dzień.”

W taki właśnie sposób władcy kapitału traktują tych, których wysyłają na wojny o zapewnienie sobie bajecznych zysków: Najpierw kapitaliści każą swym wojom łupić, zniewalać i mordować, a gdy wykonawcy rozkazów nie są już potrzebni, mocodawcy rzucają ich w kąt, jak zużyte narzędzia. Niejeden z rozmiłowanych w poezji ojczystej żołnierzy uziemionych w Kirgistanie mógłby zacytować Jana Kochanowskiego: „Naśmiawszy się nam i naszym porządkom, wemkną nas w mieszek, jako czynią łątkom”.


***

18.04.2010

Polski gaz za 1% !

Nawet część burżuazyjnej prasy „ekonomicznej” nie kryje swego zaskoczenia faktem, że rząd polski (jak wiadomo: całkowicie zależny od swych bogatych mocodawców) z takim maniakalnym wręcz uporem rozdaje lekką rączką całe zasoby kraju zagranicznym koncernom. „Gazeta Finansowa” poinformowała o przekazaniu przez władze kapitalistycznej RP prawa do wydobycia gazu łupkowego amerykańskim firmom – w dodatku znacznie poniżej obowiązujących na świecie cen.

„Już sam fakt, że licencje na wydobycie gazu łupkowego polski rząd odstąpił zagranicznym firmom, zakrawa na kuriozum w skali światowej. - komentuje ów smutny fakt gazeta branżowa – Wielu analityków wskazuje bowiem, że państwo uzależnione od dostaw tego surowca z jednego kierunku (tak jak Polska od Rosji) powinno własnoręcznie sprawować pełną kontrolę nad tak cennymi złożami, znajdującymi się na własnym terytorium. Tym bardziej, że w kraju działa wiele przedsiębiorstw, które dysponują odpowiednimi technologiami, zapleczem logistycznym i kadrowym, zdolnym do samodzielnego wydobycia. Dlaczego więc licencje na wydobycie znalazły się w rękach takich firm jak, Exxon, Chevron, Conoco oraz BNK Petroleum czy San Leon Energy? W sumie w rękach amerykańskich firm jest w tej chwili najwięcej, bo aż ponad 30 licencji na odwierty. Amerykanie już rozpoczęli prace. PGNiG i Orlen dopiero mają takie plany.” No proszę... Po zwycięstwie kontrrewolucji, nasz kraj podzielił los kolonii wielkich mocarstw.

Przed pogłębieniem się takiego stanu rzeczy ostrzega Komunistyczna Partia Polski w swym – przyjętym w grudniu 2002 roku – programie. Podkreśla w nim: „Istotną cechą współczesnego kapitalizmu jest imperializm. Jest to dążenie wielkich koncernów przemysłowych do opanowywania i eksploatacji rynków zagranicznych. W stosunkach międzynarodowych przejawia się on dyktatem wielkich mocarstw, ich polityczną i militarną dominacją nad ekonomicznie wyzyskiwanymi narodami, przejmowaniem kontroli nad zasobami naturalnymi, nad pracą całych społeczeństw na wielkich obszarach kuli ziemskiej. (…) Niezmienną cechą imperializmu są wielkie dysproporcje pomiędzy krajami korzystającymi z tej eksploatacji i krajami jej poddanymi, których ludność pomimo wykonywania na rzecz przemysłowych monopoli ogromnej pracy, żyje w nędzy i nie ma szans na podniesienie swego poziomu życia. (…) Od czasu obalenia Związku Radzieckiego i europejskich krajów demokracji ludowej rozpoczęła się nowa ofensywa imperializmu, który dąży nie tylko do odzyskania poprzedniej, naruszonej przez procesy narodowo-wyzwoleńcze, pozycji. Próbuje również uzyskać całkowitą dominację i zniszczyć ogniska potencjalnego oporu. Ważnym elementem tej ekspansji jest sojusz mocarstw imperialistycznych, tj. USA, zdominowanej przez Niemcy Unii Europejskiej, oraz Japonii. (…) Rośnie nacisk wielkich koncernów na rządy eksploatowanych krajów, aby prowadziły politykę niskich płac, bezrobocia i braku norm bezpieczeństwa pracy w celu tworzenia wygodnych warunków dla lokowania inwestycji.”

„Pokłady gazu łupkowego w Polsce są szacowane na 120 lat zapotrzebowania całego kraju na ten surowiec.” - zaznaczają dziennikarze „Gazety Finansowej” i rozkładają ręce: „Co w takiej sytuacji robią polskie władze? Koncernom, które planują odwierty w rejonach występowania gazu łupkowego, przyznawane są licencje po stawkach o wiele niższych niż te obowiązujące na świecie. Niedawno dziennikarze RMF FM dotarli do umów licencyjnych jednego z takich przedsiębiorstw. Wynika z nich, że Polska dostanie w postaci opłaty licencyjnej góra 1% przychodu z wydobycia gazu. Dla porównania w USA stawki te wynoszą 20%. Nawet przedstawiciele firm wydobywczych przyznają, że stawki te są bardzo niskie. W rozmowie z The Times jeden z nich podkreślił, że warunki finansowe w Polsce są wręcz najkorzystniejsze na świecie.” Czy którykolwiek z klakierów, którzy od dwóch dekad kontynuują akcję okradania społeczeństwa z owoców jego pracy, z jego zasobów, został pociągnięty do odpowiedzialności? Wręcz przeciwnie! To właśnie „władze wolnej Polski” (wolnej od zasobów naturalnych) szykują się do wielkiego polowania na tych, którzy ich łajdactwa demaskują. Do nagonki na komunistów. Władze nie wzięły jednak pod uwagę prostego faktu: Imperializm jest nie tylko najwyższym stadium kapitalizmu, lecz również ostatnim...


***

16.04.2010

„Noblesse” oblige

Ostatnimi czasy do dobrego tonu w środkach masowego przekazu należy kwestionowanie zbrodni nazistowskich, a co bardziej bezczelni osobnicy usiłują nawet obciążyć winą państwa walczące przeciwko faszystom. Do negowania hitlerowskich mordów poczuł się zobowiązany brytyjski biskup Richard Williamson, cieszący się względami obecnego papieża (a jak powszechnie wiadomo, Joseph Ratzinger zaczynał za młodu swą oszałamiającą karierę w cieszącej się wątpliwą reputacją formacji...).

Otóż podstarzały biskup Williamson udzielił półtora roku temu, nieopodal Ratyzbony, wywiadu dla szwedzkiej telewizji, w którym zaprzeczył, że w hitlerowskich obozach koncentracyjnych istniały komory gazowe i dodał, iż naziści wymordowali nie sześć milionów Żydów, ale około 200 do 300 tysięcy. Za swe łgarstwo apologeta hitleryzmu został ukarany przez sąd grzywną wynoszącą 12 tysięcy euro. Rzecz jasna (a raczej brunatna), jego adwokat – niejaki Herr Lossmann – odwołał się od tej decyzji, stąd też w piątek 16 kwietnia br. przed ratyzbońskim sądem doszło do procesu owego kłamcy oświęcimskiego. Oskarżony nie był jednak łaskaw stawić się na rozprawie (najprawdopodobniej w wyniku nacisku ze strony swych przełożonych z „Bractwa Piusa X”).

Pikanterii całej sprawie dodaje fakt, że już w styczniu zeszłego roku papież Benedykt XVI, znając skandaliczne wypowiedzi Williamsona, zdecydował – zapewne w uznaniu jego „zasług” - o zdjęciu z biskupa lefebrysty (i kilku jego kompanów) ekskomuniki. Tego faktu komentować chyba nie trzeba...


***

13.04.2010

Nie tędy droga

Gustavo Duch Guillot – założyciel organizacji pozarządowej „Weterynarze bez Granic” - w wywiadzie udzielonym hiszpańskiej gazecie La Vanguardia zwrócił uwagę na potworne marnotrawstwo żywności i anarchię produkcji, które niesie ze sobą kapitalizm. I choć jego „recepta” na rozwiązanie problemu jest całkowicie chybiona, to warto przyjrzeć się podanym przez niego faktom.

„Niszczymy środowisko w krajach trzeciego świata, zagarniamy naturalne zasoby tych regionów i patrzymy, jak ich mieszkańcy umierają z głodu. Panujący dziś system dystrybucji żywności jest dysfunkcyjny: na świecie wytwarza się obecnie dwa razy tyle żywności, ile potrzebuje cała ludzkość... a jednak miliony osób cierpi głód.” Dobrym przykładem bestialstwa gnijącego już kapitalizmu jest sytuacja u wybrzeży Somalii, gdzie potężne statki należące do wielkiego kapitału pustoszą łowiska skazując mieszkańców wybrzeży Afryki na śmierć głodową...

Hiszpański statek rybacki Alakrana do połowu tuńczyków, porwany nie tak dawno temu na afrykańskich wodach Oceanu Indyjskiego, został zbudowany za cztery miliony euro „dotacji” Unii Europejskiej na rybołówstwo. „Na dłuższą metę takie statki wcale nie są opłacalne. W ciągu jednego rejsu łowią 3 000 ton tuńczyka. Jeśli jedna puszka zawiera 50 gramów, to wychodzi z tego 60 milionów puszek. Wypada po jednej na każdego obywatela Hiszpanii i jeszcze trochę zostanie. Gdyby tę ilość rozdzielić między 2,5 miliona Somalijczyków, którzy co dzień cierpią głód, mieliby po 25 puszek tuńczyka na osobę...”

Ale zaspokajanie potrzeb społeczeństwa przez zaprzęgnięcie do tego celu sił przyrody i praw rozwoju cywilizacji – jest ustrojowi kapitalistycznemu zupełnie obce. Planowość rozwoju ekonomicznego, usunięcie kryzysów nadprodukcji oraz nędzy i głodu – mogą zostać urzeczywistnione tylko i wyłącznie dzięki zwycięstwu socjalizmu oraz budowie społeczeństwa komunistycznego.

„Za każdą puszkę tuńczyka płacimy kilkakrotnie: niech pan podsumuje wszystkie dotacje, wydatki na wojsko (100 milionów euro), okup za marynarzy... Do tego pieniądze, które przekazujemy organizacjom pozarządowym, aby zwalczały głód, którego powodem jest nasza własna działalność.” - kontynuuje Guillot. Sytuacja takich krajów jak Maroko również ukazuje, jak imperializm wyniszcza i eksploatuje byłe kolonie: „Pływa tam sto hiszpańskich statków rybackich, dlatego Hiszpania poświęca tak mało uwagi biednym Saharyjczykom... Łowimy tam sardynki, makrele i ośmiornice, które trafiają do galicyjskich przetwórni, działających w Maroku, ze względu na tańszą siłę roboczą.”

A to dopiero początek wykazu absurdów w które obfituje kapitalizm: „W fiordach u południowych wybrzeży Chile, w ogromnych klatkach, hoduje się miliony łososi, które potem jadą do Europy, Japonii i Stanów Zjednoczonych. Na karmę dla nich zużywa się tony sardynek, sardeli i ostroboka. Aby <<wyprodukować>> kilogram łososia potrzeba aż pięciu kilogramów drobniejszych ryb. W efekcie ogromne statki rybackie pustoszą łowiska u wybrzeży Ekwadoru, Peru i Chile, przez co miejscowi rybacy ubożeją i emigrują na przedmieścia wielkich miast, gdzie żyją w nędzy.”

Jednak recepta przedstawiona przez Gustavo Guillota może wywołać co najwyżej pusty śmiech. Jest ona przejawem marzycielstwa, drobnomieszczańskiej utopii uznającej możliwość powrotu do czasów, gdy kapitalizm nie wszedł jeszcze w fazę monopolistyczną. Zanim stał się imperializmem. „Czy zamiast tego przemysłowego systemu produkcji żywności, którego głównym celem jest maksymalizacja zysków ekonomicznych, nie byłoby mądrzej wspierać drobnych wytwórców – rolników, hodowców i rybaków – działających na mniejszą, lokalną skalę, ekologicznie? Nie byłoby wtedy głodu, a ludzie żyliby zdrowiej i bardziej godnie.” - buja w obłokach Guillot, zaciemniając przy okazji problem. Nie widzi przy tym (lub udaje, że nie dostrzega), iż czasu nie da się cofnąć.

Minęła bezpowrotnie tak idealizowana dziś przez niektórych epoka drobnej wytwórczości (rzekomo „prawdziwego kapitalizmu”). Minęła, zastąpiona przez imperialistyczne stadium kapitalizmu, charakteryzujące się wielkimi monopolami ograniczającymi konkurencję oraz walczącymi o kontrolę nad zasobami całej planety i światowym rynkiem zbytu. Monopolami, które w tym celu posługują się państwami jako swymi narzędziami. I nie jest to wcale „socjalizm” (jak bije na alarm niedouczona drobna burżuazja). Jest to po prostu ostatnia faza rozwoju kapitalizmu, w której wszelkie sprzeczności tego zbrodniczego ustroju sięgają zenitu. Stanowi to oznakę zbliżającej się rewolucji, która wyśle na śmietnik historii ustrój oparty na wyzysku i zastąpi go ustrojem sprawiedliwości społecznej – socjalizmem. A gdy wszystkie państwa na Ziemi staną się republikami radzieckimi, zaś niedobitki kapitalizmu zostaną wyeliminowane, rozpocznie się marsz ku komunizmowi – ustrojowi, w którym nic już nie zdoła zagrozić wspaniałej przebudowie świata, pokojowi ani ludzkiemu szczęściu. Wtedy właśnie rozpocznie się prawdziwa historia ludzkości. Taka jest przyszłość, którą wywalczymy.


***

10.04.2010

Katastrofa prezydenckiego samolotu

Przy podchodzeniu do lądowania w bardzo silnej mgle na lotnisku w Smoleńsku, prezydencki samolot Tu 154 – z 88 osobami na pokładzie – najprawdopodobniej zahaczył o drzewo i zapalił się. Pożar został już ugaszony, lecz w wyniku wypadku śmierć ponieśli wszyscy pasażerowie – poinformował gubernator Smoleńska.

Według programu Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, na liście pasażerów prezydenckiego samolotu TU-154 znajdowali się, oprócz rodzin polskich oficerów pochowanych w Katyniu, również Lech Kaczyński, Maria Kaczyńska, Ryszard Kaczorowski, Jerzy Szmajdziński, Władysław Stasiak, Aleksander Szczygło, Paweł Wypych, Mariusz Handzlik, Andrzej Kremer, szef sztabu generalnego WP gen. Franciszek Gągor, Andrzej Przewoźnik, Grzegorz Dolniak, Przemysław Gosiewski, Zbigniew Wassermann, Janusz Kochanowski, Sławomir Skrzypek, Janusz Kurtyka oraz bp Tadeusz Płoski.

Jak doszło do katastrofy, ustalić ma specjalna komisja. Na razie wiadomo tyle, że piloci kilkakrotnie podchodzili do lądowania w bardzo silnej mgle, mimo że – wg doniesień medialnych – kontrola lotów zaproponowała im zaprzestanie manewru i skierowanie maszyny do Mińska lub do Moskwy. Piloci nie posłuchali. Warto zaznaczyć, że wcześniej zaliczyli już 3 nieudane podejścia i zamiast zmienić lotnisko (co zwykle już po pierwszym razie by nastąpiło) kontynuowali manewr. Zapewne wytracili już prędkość samolotu, ale pasa nie dotknęli. W ten sposób powstało ostatnie ogniwo w łańcuchu przyczyn technicznych, które zdecydowało o wypadku, który miał miejsce przy czwartym nieudanym podejściu samolotu do lądowania.


***

8.04.2010

Kolej na masowe zwolnienia...

Przewozy Regionalne, wraz z piętnastoma spółkami-córkami, zostały wyodrębnione z Grupy PKP w roku 2008 w ramach perfidnej polityki wyniszczania kolei państwowych. Stały się następnie spółkami samorządów wojewódzkich. Następnym krokiem okazała się zakrojona na szeroką skalę akcja zwalniania kolejarzy z pracy...

Gazeta Wyborcza relacjonuje, że „Związki zawodowe stanęły w obronie robotników. W grudniu zorganizowały strajk głodowy w centrali w Warszawie. Udało się wywalczyć <<Program monitorowanych zwolnień>>. - Ale nie o zwolnienia chodzi, choć to dla ludzi tragedia - mówi kolejarz odchodzący ze śląskiego zakładu. I opowiada: - Wszystko zaczęło się na przełomie września i października. Dyrektorem Śląskiego Zakładu Przewozów Regionalnych został Przemysław Gardoń. Mówił jedynie zwolnieniach. Na pierwszych zebraniach usłyszeliśmy, że jesteśmy za starzy, zasiedziali i nic nie umiemy [nasz rozmówca jest po pięćdziesiątce]. Pan dyrektor jest ode mnie młodszy prawie 20 lat. 8 marca na coponiedziałkowym spotkaniu (brali w nim udział: naczelnicy działów, rzecznik prasowy i asystentka dyrektora) Gardoń powiedział wprost: Wskazani pracownicy mają odejść <<na zachętę>>, a jeśli nie, to i tak w kwietniu ich zwolni, bez pieniędzy. Zapewniał, że na miejsce każdego z nas ma dwójkę chętnych młodych, dyspozycyjnych i niemyślących <<po kolejarsku>>.”

Już gołym okiem widać z jaką przebiegłością pozbywano się kolejarzy: W listopadzie 2008 r. stosowano tzw. „fluktuację pracowników”, polegającą na rozwiązywaniu umów z 29 osobami, zamiast z trzydziestoma (aby uniknąć płacenia im odszkodowań za zwolnienia grupowe). Tak wychwalany przez związki zawodowe i władze firmy „Program monitorowanych zwolnień” przewidywał wypłatę z pozoru wysokiej sumy 15 tys. złotych odchodzącym z własnej woli (no i rzecz jasna „szkolenia” oraz „fachową pomoc w znalezieniu pracy”). Zastanawia fakt, że podobno „korzystne dla pracowników rozwiązanie” nie spotkało się z powszechnym entuzjazmem. Do początku marca postanowiło odejść 180 osób. Liczba poniżej oczekiwań dyrekcji. Dlatego też szefostwo przystąpiło do realizacji przygotowanego zawczasu Planu B... „Byli i obecni pracownicy Śląskiego Zakładu Przewozów Regionalnych skarżą się na to, w jaki sposób zachęcano ich do odejścia. - Robiono to kijem i marchewką. Szantażem i zachętą finansową – opowiadają.” - informuje gazeta.

Przeprowadzana w Śląskim Zakładzie Przewozów Regionalnych kontrola Okręgowej Inspekcji Pracy – choć jej zadaniem jest zbadanie skarg na łamanie prawa pracy – ma nikły wpływ na to, co dzieje się z PKP. Trwa proces rozczłonkowywania przewoźnika, będącego przez lata dumą i własnością całego społeczeństwa. Działania kolejnych burżuazyjnych rządów zmierzają do całkowitego zniszczenia Polskich Kolei Państwowych i przy okazji do jak największego obłowienia się na ich rychłej, całkowitej wyprzedaży. A gdy PKP zostanie już wyeliminowane, z tej okazji nie omieszka skorzystać wielki zachodni kapitał, który szykuje się do kolejnego „Drang nach Osten”...


***

6.04.2010

Cel: Cywile

Amerykańskim żołdakom ogromną radość sprawiła masakra, jakiej dokonali 12 lipca 2007 roku w okupowanym Iraku: Wtedy to ze śmigłowca ostrzelali grupę nieuzbrojonych cywilów we wschodnim Bagdadzie. W ataku zginęło 12 osób, m. in. dziennikarz agencji Reuters Namir Nur-Eldin oraz jego współpracownik a zarazem kierowca – Said Chmagh.

Nagranie – wykonane z pokładu amerykańskiego helikoptera wojskowego, wraz z zapisem rozmowy pilotów dwóch śmigłowców Apache, przysłanych jako wsparcie żołnierzy walczących w jednej z dzielnic Bagdadu z grupą irackich powstańców – opublikowała w internecie witryna WikiLeaks. „Na konferencji prasowej zwołanej po ujawnieniu nagrania, szefowie portalu potwierdzają, że dostali je od informatorów w amerykańskiej armii, zaś autentyczność nieoficjalnie potwierdzili wysocy rangą urzędnicy Pentagonu.” - dodaje Gazeta Wyborcza.

Piloci „wypatrzyli” w grupie mężczyzn, zmierzających ku strefie walk, broń a nawet wyrzutnię pocisków przeciwpancernych. Poprosili zatem przełożonych o zgodę na ostrzelanie przechodzących. Gdy zgoda została udzielona, zaczęła się rzeź: „Na chwilę wszystko zakrywa dym, mężczyźni padają martwi na ziemię. - Strzelaj dalej! Strzelaj dalej! - słychać krzyk z kabiny. Namir ginie na miejscu, ranny Said próbuje się podnieść. W apache'u zniecierpliwienie, piloci nie mogą się doczekać, by go zastrzelić. - No dalej, wystarczy, że sięgniesz po broń – podjudzają. Śmigłowce powoli krążą nad miejscem, gdzie leżą ciała. - Patrz na tych martwych sukinsynów! - cieszy się pilot. - Pięknie - wtóruje mu drugi. Nagle podjeżdża niewielka furgonetka. Wysiada z niej dwóch mężczyzn, którzy próbują podnieść rannego Saida. - Proszę o pozwolenie na ostrzał, no dalej k..., pozwólcie nam strzelać, bo go zabiorą! - krzyczy pilot. Dostaje pozwolenie, w mgnieniu oka ciężarówka staje w ogniu. - Patrz, dostali w przednią szybę! - śmieją się piloci. (…) Po chwili nadjeżdża amerykański pojazd opancerzony. - Chyba właśnie przejechał po zwłokach - stwierdza ze śmiechem jeden z pilotów. Nie tracą rezonu nawet kiedy w spalonym samochodzie żołnierze znajdują dwoje ciężko rannych małych dzieci. - Sami są sobie winni, po co biorą dzieci na pole bitwy? - słychać głos z kabiny.” - relacjonuje gazeta.

Cóż. Nie od dziś wiadomo, że „amerykański styl życia” wymaga ofiar: Tak było w Korei, Wietnamie, Jugosławii, Afganistanie, Iraku i wielu, wielu innych krajach, które kopnął „zaszczyt” doświadczenia na własnej skórze „dobrodziejstw demokratyzacji”. Rzecz jasna w wykonaniu kraju Statuy Wolności. Jaka ironia losu...


***

4.04.2010

Jak zabito czytelnictwo

Środowisko bibliotekarzy już od dwóch dekad bije na alarm: Coraz mniej osób czyta książki, a dalsze likwidowanie bibliotek na wsiach i w małych miasteczkach grozi popadnięciem dużej części społeczeństwa we wtórny analfabetyzm. Natomiast redakcja Aktualności KPP już w lipcu zeszłego roku ostrzegała, że samorządy chcą zamykać szkolne biblioteki, zaś Sejm opracowuje zmiany w ustawie, które w pełni zadowolą lokalnych decydentów. Pod płaszczykiem oszczędności biblioteki szkolne mają być łączone z publicznymi! A to dopiero początek złych wieści...

Z kolei tygodnik „Polityka” podaje dane z których wynika, że: „Mimo systematycznego łączenia kolejnych placówek i filii wciąż jeszcze mamy w Polsce 8,5 tys. publicznych bibliotek i 15 tys. bibliotekarzy; trzy czwarte z nich pracuje na wsi. Weźmy na przykład Wysokie przy trasie terespolskiej, gdzie mieszka 500 rodzin. Nie ma ani sklepu, ani nawet przystanku autobusowego, ale działa niewielki punkt biblioteczny, który zgodnie z ustawą o bibliotekach z 1997 r. nie może być zlikwidowany. Samorządy nie mogą całkiem zlikwidować bibliotek, ale mogą je głodzić. Salka dawno nieremontowana, jeden komputer. Ale dzięki zaangażowaniu prowadzącej, Magdy Karwowskiej, biblioteka jest czynna nawet zimą (większość wiejskich placówek wtedy nie działa). Gminne biblioteki gnieżdżą się zwykle na 100 m kw., ich filie na 50. W co trzeciej nie ma toalety, w połowie brakuje krzeseł. No i wartościowych książek.” - przedstawia sytuację czasopismo.

Burmistrz zachodniopomorskiego Darłowa wyjaśnia: „Dwa lata temu ustawa wymusiła samodzielność biblioteki, więc wydzieliliśmy ją z domu kultury, wieloletnia bibliotekarka została kierowniczką, zatrudniliśmy dwie nowe pracownice, które nawet potrafiły obsługiwać komputerów. Odbyło się to kosztem remontu i zakupu książek, bo nie mogliśmy rozdąć budżetu. Potem przyszedł kryzys, musieliśmy te dwie młodsze panie zwolnić.”

Rezultaty badań tym bardziej nie napawają optymizmem: „5 lat temu okazało się, że 40% czytelników powyżej 15 roku życia sięga wyłącznie po podstawowe lektury na poziomie najwyżej gimnazjum, 17% po romanse. (…) Aż 30% mieszkańców wsi i małych miast deklaruje, że w ciągu ostatniego roku odwiedziło bibliotekę. Co piąty deklaruje, że czytał książkę wypożyczoną przez kogoś z rodziny. Ale generalnie z czytaniem książek jest coraz gorzej. Według ubiegłorocznych badań Biblioteki Narodowej i TNS OBOP tylko 38% Polaków miało w ciągu roku jakiś tom w ręku. W 60% gospodarstw domowych na półce stoi tylko kilka książek. Księgozbiór większy niż 100 książek ma tylko 6% gospodarstw.”

Mimo pogarszającej się sytuacji w kraju, pracownicy bibliotek wiejskich i miejskich robią co mogą, aby krzewić bogate tradycje czytelnicze i nie dopuścić do regresu cywilizacyjnego dławionego przez kapitalizm społeczeństwa. O większości z nich można śmiało powiedzieć, że największą radość znajdują w dopomaganiu czytelnikowi wędrującemu labiryntem wielkiego, wspaniałego świata książek. Nie jest to jednak łatwe zadanie: Publikacje – szczególnie popularnonaukowe – są coraz droższe, co sprawia, że ani zwykły obywatel ani też placówka biblioteczna nieczęsto mogą sobie na ich zakup pozwolić. Oprócz tego niebagatelną rolę odgrywa lansowany w mediach zdegenerowany model „kultury”, który – serwując rozrywkową papkę – zniechęca do poszukiwania wiedzy i bycia ciekawym świata...

Oczywiście decydenci mają usta pełne frazesów o akcji „nauki marketingu bibliotecznego”, „wprowadzeniu bibliotek w trzecie tysiąclecie” i innych wytworach ich bujnej wyobraźni. Ale czy można ufać notorycznym kłamcom i grabarzom czytelnictwa? Z każdym dniem coraz bardziej oddalają nas od dziedzictwa kulturalnego Polski Ludowej. Jak długo będziemy im na to pozwalać?!


***

2.04.2010

Rozbój w biały dzień...

Ministerstwo Finansów usiłuje „uregulować” (nie zaś zwalczać) coraz powszechniejsze zjawisko „umowy dożywocia”, gwarantującej – co prawda – zawierającemu ją emerytowi zamieszkiwanie w dotychczas zajmowanym lokum aż do śmierci, ale... Nie jest to już jego mieszkanie, gdyż od razu przy zawieraniu umowy następuje przeniesienie własności na firmę. W zamian klient otrzymuje comiesięczne dożywotnie świadczenie. Rynkowi tych usług przyjrzał się dziennik „Polska The Times”...

Ile wynosi owo tak zachwalane „świadczenie”? „To zależy od wyceny nieruchomości, dokonanej przez rzeczoznawcę, oraz od przewidywanej statystycznej długości życia klienta – podaje gazeta. Przykładowo, przewidywana długość życia mężczyzny w wieku 70 lat wynosi około 12 lat, a kobiety w tym samym wieku – około 16 lat. Na tej podstawie ustala się wysokość comiesięcznego świadczenia. Prezes Robert M. [szef jednego z „funduszów hipotecznych” - przypis redakcja Aktualności KPP] przyznaje jednak, że świadczenie kalkuluje się w ten sposób, aby suma wypłat nie przekroczyła 30-40% wartości mieszkania lub domu. To oznacza, że większość pieniędzy uzyskanych ze sprzedaży domu nigdy nie wróci do pierwotnego właściciela. W przypadku wczesnego zgonu, powiedzmy w wieku 70 lat, pozbawiony własności <<rezydent>> zdąży otrzymać ledwie niewielki ułamek swojego dawnego kapitału. Na dodatek mieszkanie z byłym właścicielem jest zbywalne i może znaleźć nowego właściciela (może zostać sprzedane z byłym właścicielem). Zdaniem firm oferujących umowy dożywocia jest to... zupełnie normalne – na jednych klientach się zarabia, do innych trzeba dopłacać.

Wracając do systemu opartego na umowie dożywocia- oto przykłady świadczeń: mężczyzna w wieku 65 lat, którego mieszkanie wyceniono na 200 tysięcy złotych, otrzyma co miesiąc ok. 340 zł. Kobieta w tym samym wieku dostanie zaledwie 264 zł (z powodu dłuższego statystycznie życia). W przypadku, gdy mieszkanie warte jest 400 tys. zł, comiesięczna wypłata wyniesie 676 zł dla mężczyzny i 528 zł dla kobiety w wieku 65 lat.

Mimo rażących dysproporcji pomiędzy wartością domu a wysokością świadczenia, emerytów, którzy chcą poprawić w ten sposób swoją sytuację materialną, nie brakuje. Tak przynajmniej zapewniają szefowie Funduszu Hipotecznego <<Dom>>, podkreślając, że pierwsze świadczenia na podstawie umów dożywocia wypłacone zostały w czerwcu minionego roku.”

No cóż... To doprawdy wspaniale, że właśnie gdy skończymy spłacać mieszkania za 200% wartości (gdyż 100% stanowią odsetki), to oddamy je za 30% wartości, w zamian za emeryturę. Być może brzmi to niewiarygodnie, zatem powtórzę, na czym polega ta wszem i wobec lansowana umowa: „Najpierw przez całe życie spłacasz kredyt, a potem oddajesz mieszkanie w zamian za jakąś żałosną emeryturę bankową”! W takiej sytuacji całkiem trafny jest pogląd, że „świadczenie w zamian za mieszkanie” stanowi część perfidnego planu niemieckiego kapitału, który pragnie powrócić na Ziemie Odzyskane. Jeśli tak dalej pójdzie, to zacznie się hodowla Polaków na narządy... I to wszystko dzieje się w biały dzień, w majestacie prawa!