![]() |
| Start | Aktualności | Dokumenty
|
Brzask |
Galeria |
Świat
|
Historia |
Forum
|
Kontakt |
Linki |
|
Marzec
2010 *** 31.03.2010
Chiny Ludowe - Afryce Ben Chacko, w artykule zamieszczonym w komunistycznym czasopiśmie brytyjskim „Morning Star”, przeanalizował retorykę, którą posługuje się imperializm w odniesieniu do chińskiej polityki inwestycji zagranicznych oraz wyjaśnił dlaczego rola, jaką odgrywa Chińska Republika Ludowa w Afryce, stanowi odtrutkę na neokolonialne zapędy ze strony USA, Anglii oraz Unii Europejskiej... „Dziedzictwo kolonializmu czyni z Afryki najbiedniejszy kontynent na Ziemi. Przez stulecia europejskie potęgi hulały po Czarnym Lądzie, grabiąc zasoby naturalne i mordując przy tej okazji miliony ludzi. Ale Zachód nie zaprzestał swej ingerencji w sprawy regionu wraz z upadkiem imperiów kolonialnych. Finansował przez dziesięciolecia rasistowski reżim apartheidu w RPA i podsycał wojny domowe w Angoli oraz Demokratycznej Republice Konga, by powstrzymać ruchy narodowowyzwoleńcze. Kierowane przez Zachód instytucje w rodzaju Banku Światowego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego również dokonały spustoszeń. Za przykład niech posłużą pożyczki udzielone przez MFW Tanzanii w latach 80. XX w., które zmusiły jej władze do wyprzedania niemal całego sektora publicznego. Rosnący wpływ Chin na kontynencie afrykańskim nie pozostał niezauważony przez imperialistów: Fundacja Heritage – prawicowy amerykański think-tank – mówi o roli ChRL jako o <<zwiększającej prawdopodobieństwo osłabienia lub upadku państw>>. Jednak państwa słabe czy upadłe są bardziej produktem wpływów Zachodu niż czegokolwiek innego. No i kto pokładałby ufność w amerykańskiej definicji najbardziej <<represyjnych>> rządów afrykańskich? <<USA muszą być wyczulone na potencjalne długoterminowe zakłócenia dostępu Amerykanów do ważnych surowców i źródeł energii, jako że zasoby te są „zamrożone” przez chińskie firmy dla potrzeb chińskiego rynku wewnętrznego w celu podtrzymania wzrostu gospodarczego ChRL>> - kontynuuje Fundacja. Afrykańska polityka Chin Ludowych jest obecnie bardzo mocno krytykowana, lecz powyższy cytat ukazuje dwa główne zarzuty stawiane przez Stany Zjednoczone chińskiemu zaangażowaniu na kontynencie. Wygląda na to, że lęk Zachodu przed rosnącym handlem Chin z Afryką wynika nie tyle z troski o rozwój Czarnego Lądu, ile ze strachu przed konkurencją: Chiny są obecnie drugim co do wielkości (po USA) partnerem handlowym Afryki. Bilans owej wymiany handlowej ChRL wyniósł do 2008 roku 107 miliardów dolarów i wszystko wskazuje na to, że w ciągu kilku najbliższych lat prześcignie amerykański. Ludzie nie są na tyle naiwni, aby uwierzyć rządowi USA, gdy wyraża on zaniepokojenie chińskimi wpływami. Ale czy oznacza to, że chińskie oddziaływanie jest pozytywne, czy też ChRL jest tylko kolejnym drapieżnym mocarstwem, które zagięło parol na afrykańskie surowce? Po pierwsze, relacje chińsko-afrykańskie nie są – jak to często wydają się sugerować media – zjawiskiem nowym. Pekin bowiem już we wczesnych latach 50. XX w. podpisał pierwsze dwustronne porozumienia handlowe z krajami afrykańskimi. Premier Zhou Enlai objechał w 1963-64 r. kontynent i w tych samych latach 60-tych wysłał tam zespoły lekarzy, którzy założyli w Afryce szpitale, kliniki i ośrodki leczenia malarii. Od tego czasu w Afryce wykonywało swój zawód ponad 15 tysięcy chińskich lekarzy, a tradycja ta jest kontynuowana: W listopadzie 2009 r. obecny premier Wen Jiabao obiecał przeznaczyć dalsze 500 milionów yuanów, w ciągu następnych trzech lat, na „środki przeciwko malarii i wyposażenie medyczne”. Zapowiedział również przeszkolenie w tym czasie w ChRL kolejnych 3 tysięcy afrykańskich lekarzy i pielęgniarek. Chińczycy promują również wymianę kulturalną i zgodzili się na powiększenie liczby stypendiów dla Afrykanów studiujących w ich kraju do 5,5 tysięcy rocznie. Liu Naiya z Chińskiego Instytutu Nauk Społecznych podkreśla: <<Gdy Zachód przystaje na udzielenie pomocy, zwykle domaga się czegoś w zamian. Chińska pomoc zaś wypływa z czystego serca>>. Mamy prawo podawać w wątpliwość tego typu zapewnienia płynące z Chin, lecz dowody wskazują, że większość Afrykanów się z nimi zgadza. Chiny również doświadczyły na własnej skórze <<troski>> ze strony mocarstw kolonialnych, zatem ta wspólna historia rodzi ducha solidarności. Tsegab Kebeba z etiopskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych stwierdził, że <<nie ma czegoś takiego, jak historia chińskiego kolonializmu w Afryce, tak więc Chińczycy są tu mile widziani>>. Jean Ping, którzy przewodniczy komisji Unii Afrykańskiej, wskazuje, że ChRL dokonała olbrzymich inwestycji w poprawę infrastruktury. Powołuje się przy tym na pełne rozmachu plany budowy dróg w Algierii, Etiopii i innych państwach. Światowy Raport Inwestycyjny Narodów Zjednoczonych z roku 2008 podkreślił pilną potrzebę lepszej komunikacji w Afryce i skarcił zachodnich inwestorów za skupienie się na pozyskiwaniu zasobów krajowych i ich <<znikome>> inwestycje w infrastrukturę. Chiny Ludowe nie splamiły się też próbami politycznego zastraszania. Przemawiając w 2006 r. na forum Fundacji Carnegiego dla Międzynarodowego Pokoju, wkrótce po anulowaniu przez Chiny wynikających z umów długów 31 afrykańskich krajów, dziennikarz Joshua Kurlantzick zarzucił, że <<chińska pomoc służy czasem jako wytrych państwom, które nie chcą podporządkować się wymogom instytucji międzynarodowych w rodzaju MFW i Banku Światowego>>. Paul Wolfowitz wywołał kontrowersje, gdy jako szef Światowej Organizacji Handlu potępił rolę, jaką odgrywa ChRL w Afryce, a zwłaszcza jej <<nieskrępowaną>> politykę, która – jego zdaniem – zachęca do <<złego zarządzania>>, gdyż Chińczycy nie żądają spełnienia żadnych warunków w zamian za swą pomoc. Taka postawa ukazuje, że Chińczycy w oczach Zachodu nie mają żadnych praw. Gdyby ChRL mieszała się w afrykańską politykę, mogłaby być potępiona, lecz Wolfowitz i inni sięgnęli dna, potępiając Chiny za brak takiej ingerencji. Sekretarz ds. Międzynarodowego Rozwoju – Hillary Benn – zajmuje zbliżone stanowisko: <<Chińskie zaniechanie stawiania warunków od których uzależniona byłaby pomoc, w rodzaju tych formułowanych przez Anglię... może zniweczyć wznoszenie się ku instytucjom demokratycznym>>. Premier Jiabao wyjaśnia chińskie stanowisko: <<Chiński rząd i lud szanują prawo państw afrykańskich do samodzielnego wyboru ich systemu społecznego. Mamy całkowitą pewność, że lud Afryki jest w stanie wziąć sprawy w swoje ręce>>. Loro Horta przyznał w Yale Global Online, że wielu Afrykanów jest <<sfrustrowanych dziesięcioleciami niestabilności i korupcji, za które winią Zachód i jego model liberalno-demokratyczny>>. Ewentualność, że Chiny (które w ciągu ostatnich 30 lat zbliżyły się wielkimi krokami ku likwidacji biedy, dzięki planowemu rozwojowi gospodarczemu) mogą okazać się o wiele bardziej atrakcyjnym wzorem dla krajów afrykańskich niż Zachód, nie pozostawia wątpliwości co do przyczyn wrogości Zachodu względem chińskiej pomocy. Wolfowitz stwierdza też, że chińskie pożyczki dla narodów afrykańskich mogą usidlić je na wysokim poziomie zadłużenia. Agencja informacyjna Reuters przyznała, że <<wielu afrykańskich urzędników twierdzi, iż tradycyjni zachodni ofiarodawcy nie wywiązali się ze swych zobowiązań co do zwiększenia pomocy, podczas gdy ChRL chętnie udziela pożyczek na takie dziedziny jak infrastruktura>>. Benedykt Vibe Christensen – zastępca dyrektora Departamentu MFW ds. Afryki – przyznaje: <<Nie mamy wielu przykładów zbyt korzystnego oprocentowania>> i dodaje, że <<w wielu krajach Chiny wciąż rozdają dotacje>>. Cyniczne kwitowanie chińskich motywów jest nieuzasadnione. Pekin nie jest po prostu hojny, natomiast chińscy przywódcy widzą swe relacje z Afryką jako partnerskie. Jak przyznał Jiabao w listopadzie ubiegłego roku, ChRL otrzymała bezcenne wsparcie ze strony Afryki w odzyskaniu swego miejsca w ONZ w 1972 roku i teraz wyraża poparcie dla Nigerii – najludniejszego kraju kontynentu afrykańskiego – w jej staraniach o zdobycie stałego miejsca w Radzie Bezpieczeństwa ONZ. Strategicznym priorytetem Chin na płaszczyźnie międzynarodowej jest wspieranie rozwoju świata wielobiegunowego, w którym USA nie mogłyby już dłużej bawić się w żandarma, i do którego rozwoju przyczyni się również silniejsza i zamożniejsza Afryka. W społeczności międzynarodowej – od dawna zdominowanej przez krwiożerczą filozofię kapitalizmu – może się wydawać trudne do uwierzenia, że państwa są w stanie współpracować dla autentycznej wzajemnej korzyści. Jednak wiele wskazuje na to, że chińskie relacje z wieloma krajami afrykańskimi mają taki właśnie charakter. Wskazują na to słowa Ministra Spraw Zagranicznych ChRL: <<Chińsko-afrykańska przyjaźń jest osadzona w długiej historii wzajemnych punktów wspólnych. Dzieląc się podobnymi doświadczeniami historycznymi, Chiny i Afryka zawsze sympatyzowały ze sobą i wspierały się wzajemnie w walce wyzwoleńczej oraz wykuwały więzi głębokiej przyjaźni>>.” ***
29.03.2010
To cóż, że ze Szwecji? Niedawna śmierć szwedzkiego pisarza i działacza antyfaszystowskiego Stiega Larssona nie uciszyła burzy, którą rozpętały jego kryminały, demaskujące lukrowany i zakłamany wizerunek Szwecji, rozpowszechniany przez tamtejszą burżuazję. Okazało się, że „państwo opiekuńcze” jest w rzeczywistości stworzonym przez kapitalistów listkiem figowym, mającym zakryć prawdę o wyzysku, rasizmie, rozbudowanym aparacie represji i rozbestwionej reakcji... Jak podaje The Daily Telegraph, postacie z powieści Larssona „tropią tajemnicze morderstwa w rodzinach neofaszystowskich miliarderów, jak również tolerowane przez państwo brutalne nadużycia seksualne, pedofilię i gwałty. Sam Larsson był aktywistą i dziennikarzem, który założył własną wersję brytyjskiego antyfaszystowskiego czasopisma <<Searchlight>>, nie dziwi więc, że podjął tę tematykę w swej twórczości. (…) Bohaterowie obracają się w wyjątkowo mrocznym światku, kryjącym się pod powierzchnią idyllicznego szwedzkiego ładu społecznego. (…) stykają się z neonazistami będącymi w zmowie z Sapo, czyli szwedzkim wywiadem i kontrwywiadem. W opisywanej w tych powieściach Szwecji szaleje rasizm, przemoc wobec kobiet jest wszechobecna, a prominentni prawnicy i lekarze ułatwiają handel dziećmi w celach seksualnych.” Lecz czy taki mroczny obraz nie jest aby przerysowany? Bynajmniej. Nawet amerykański Departament Stanu w swym raporcie z 2007 roku zmuszony był przyznać, że „od stycznia do listopada odnotowano 6192 przypadki krzywdzenia dzieci w Szwecji. Doniósł także, że w tym 9-milionowym kraju wzrasta liczba przestępstw na tle homofobicznym oraz dochodzi do dziesiątek tysięcy gwałtów i aktów przemocy domowej. <<Przemoc wobec kobiet nadal jest problemem>>, napisano w podsumowaniu.” Szwecja jeszcze nie rozliczyła się ze swoją nazistowską przeszłością – mówi Anna Blondell, prowadząca szwedzką restaurację w Londynie. – W czasie wojny byliśmy neutralni, a nazistowska partia działa u nas do dziś. Wydaje mi się nawet, że całkiem dobrze wypadnie w przyszłych wyborach, pod nową nazwą. Wielu ludzi ze starszego pokolenia mocno popierało nazistowskie pomysły w rodzaju eugeniki, ale w przeciwieństwie do Niemców my nie mówimy o tym otwarcie. Faktem jest – dodaje The Daily Telegraph – że w Szwecji jeszcze do 1975 roku praktykowano przymusową sterylizację kobiet uznawanych za nieodpowiedni materiał na matki. Klasyfikowano je jako margines społeczny lub umysłowo opóźnione i zamykano w Instytutach dla Zagubionych i Moralnie Zaniedbanych Dzieci, gdzie poddawano je <<terapii>>. W 1997 roku rząd ujawnił, że wysterylizowano 60 tysięcy kobiet. Mało tego! Założyciel Ikei i najbogatszy żyjący Szwed, Ingvar Kamprad, przyznał się z kolei w 1994 roku do młodzieńczych sympatii nazistowskich i trwającej dziewięć lat przyjaźni z Perem Engdahlem, liderem jawnie pronazistowskiego ruchu w czasach II wojny światowej. Kamprad twierdzi, że nie przypomina sobie, czy dołączył do Młodzieży Nordyckiej, szwedzkiego odpowiednika Hitlerjugend. Swoich pracowników przeprosił w otwartym liście: <<Być może wy też zrobiliście coś w młodości, co teraz, po wielu latach, uważacie za żałosne i głupie>>. Morał wypływa z tego taki, że nieważne jest opakowanie, ale zawartość: Nie należy dać się zwieść „powszechnemu wyobrażeniu” o mlekiem i miodem płynących europejskich państwach kapitalistycznych. Niektórzy burżuazyjni publicyści sugerują nawet, że zbudowano tam... „socjalizm” (a co najmniej „kapitalizm z ludzką twarzą”). Przeczą istnieniu proletariatu i wyzysku w krajach „bogatych”. Zapominają jednak się, że ogromna część „wysokich” wynagrodzeń znajduje się w rękach robotników jedynie przez chwilę, po czym jest ponownie i przymusowo zawłaszczana przez kapitał. Robotnik w Wielkiej Brytanii może wprawdzie zarobić 200, 300 i więcej funtów tygodniowo. Jednak zaraz po wypłacie stanie przed nim konieczność pokrycia wydatków mieszkaniowych, które w tym kraju będą o niebo wyższe. Stanie również przed koniecznością poniesienia wydatków na transport, który z konieczności będzie równoznaczny z kosztem utrzymania samochodu. W ten sposób kapitał daje ową wartość dodatkową do ręki robotnika, ale jedynie na chwilę i po to, żeby po chwili mu ją odebrać przymusem lub podstępem. Kapitał da robotnikowi również samochód, którego wartość czysto rynkowa jest fortuną w krajach biednych. Jednak da mu niemal wyłącznie po to, żeby spędzał w nim długie godziny, codziennie dojeżdżając i wracając z pracy i wykonywał w ten sposób dodatkową, nieopłacaną pracę. Kapitał da do ręki robotnika także dobro luksusowe, jak telefon komórkowy i pozwoli mu otoczyć się zaawansowaną elektroniką. Ten telefon jednak już po chwili będzie służył kapitałowi, gdyż robotnik będzie przez niego wzywany do pracy w coraz bardziej „elastycznych godzinach”, zaś elektronika do bombardowania go przekazem, którego celem jest programowanie zachowań ludzkich, w tym przyjęcia pożądanego (przez kapitał) trybu życia oraz modelu konsumpcji. Kapitał dostarczy robotnikowi nawet bogatych środków ucieczki od rzeczywistości w postaci seriali telewizyjnych, gier komputerowych itp. Pytanie: po co, skoro rzeczywistość w krajach imperialistycznych miałaby być dla robotnika tak różowa, w zasadzie nie byłby on już robotnikiem, tylko quasi-kapitalistą? Otóż jest pewien czynnik, który sprawia, że tak nie jest. Czynnikiem tym jest eksploatacja i organizacja pracy. To właśnie bowiem organizacja pracy (która w krajach „rozwiniętych” przyjmuje również podstępnie formę organizacji konsumpcji) i typ stosunków społecznych, które ta organizacja pracy wytwarza – w tym relacji indywidualnych między ludźmi i relacji grupowych – między grupami społecznymi (indywidualna i grupowa alienacja) sprawiają, że rzeczywistość jest wciąż kapitalistyczna. Jest to bowiem kapitalistyczna organizacja pracy, wymuszająca niezwykle uciążliwy typ i model stosunków społecznych. Uciążliwy nawet dla kapitalisty! Ale oczywiście przede wszystkim dla robotnika... ***
26.03.2010
Bestialski eksperyment CIA Dziennik The Daily Telegraph przypomina o tragicznych wydarzeniach, które miały miejsce we wsi Pont-Saint-Esprit w Gard w południowo-wschodniej Francji, 16 sierpnia 1951 roku. Mieszkający tam ludzie doznali zbiorowych halucynacji i obłędu, w wyniku czego co najmniej pięć osób zmarło, dziesiątki trafiły do zakładów dla umysłowo chorych, a setki doznały uszczerbku na zdrowiu. Przez długie lata burżuazyjne władze starały się zatuszować sprawę, rozpowszechniając bajeczkę o zatruciu sporyszem, buławinką czerwoną lub rtęcią organiczną. Niedawno przedstawiono jednak dowody wskazujące, że to CIA, prowadząca w czasach zimnej wojny bestialskie eksperymenty związane z oddziaływaniem na ludzki umysł, doprawiła lokalne jedzenie śmiertelnie niebezpiecznym narkotykiem LSD. Jak przebiegały wypadki w społeczności potraktowanej bronią chemiczną? „Doznali oni przerażających halucynacji; niektórzy z nich widzieli bestie i piekielny ogień. Jeden mężczyzna próbował się utopić, krzycząc, że jego brzuch zjadają węże. 11-latek usiłował udusić swoją babcię. Inny mężczyzna wołał <<Jestem samolotem>>, po czym wyskoczył z okna na drugim piętrze i połamał sobie nogi. Mimo to wstał i biegł jeszcze przez 50 metrów. Inna osoba była przekonana, że jej serce wydostało się z ciała przez stopy, i błagała lekarza, by włożył je na miejsce. Wielu mieszkańców zabrano w kaftanach bezpieczeństwa do zakładu psychiatrycznego. Magazyn <<Time>> pisał wówczas: <<Ludzi ogarniał coraz większy obłęd: pacjenci rzucali się wściekle na łóżkach, krzycząc, że z ich ciał wyrastają czerwone kwiaty, a ich głowy zmieniły się w stopiony ołów>>.” Dziennikarz śledczy H.P. Albarelli Jr wskazuje, że do tragedii doszło w wyniku eksperymentu prowadzonego przez CIA i supertajną komórkę amerykańskiej armii Special Operations Division z siedzibą w Fort Detrick w stanie Maryland. Jak pisze Albarelli, naukowcy, którzy przedstawili teorie o przypadkowym zatruciu, pracowali dla szwajcarskiej firmy farmaceutycznej Sandoz, która wówczas potajemnie dostarczała LSD amerykańskiemu wojsku i CIA. Albarelli natknął się na dokumenty CIA, kiedy badał historię niewyjaśnionego samobójstwa Franka Olsona, biochemika pracującego dla Special Operations Division, który wyskoczył z 13 piętra dwa lata po wydarzeniach we Francji. Jedna z notatek opisuje rozmowę agenta CIA z przedstawicielem Sandoz, który wspomina o <<sekrecie Pont-Saint-Esprit>> i tłumaczy, że winne nie były wcale grzyby, ale dietyloamid – literka D w skrócie LSD. Albarelli, autor książki <<Koszmarna pomyłka: morderstwo Franka Olsona i tajne zimnowojenne eksperymenty CIA>>, rozmawiał z dawnymi kolegami Olsona. Dwóch z nich zdradziło mu, że incydent w Pont-Saint-Esprit był częścią eksperymentu dotyczącego kontroli umysłu, przeprowadzonego przez CIA i amerykańskie wojsko. W latach 50. XX wieku Amerykanie rozpoczęli szeroko zakrojone badania nad technikami psychicznej manipulacji, stosowanej wobec więźniów (w tym politycznych) i żołnierzy wroga. Naukowcy z Fort Detrick powiedzieli Albarellemu, że agenci rozpylili LSD w powietrzu i skazili również <<miejscowe jedzenie>>. Dziennikarz podkreśla, że koronnym dowodem jest dokument Białego Domu wysłany do członków Komisji Rockefellera, utworzonej w 1975 roku w celu zbadania nadużyć CIA. Znalazły się w nim nazwiska zatrudnionych potajemnie przez agencję Francuzów, oraz bezpośrednia wzmianka o <<incydencie z Pont St. Esprit>>. Albarelli zaznacza także, że armia USA testowała bojową skuteczność LSD na własnych żołnierzach bez ich wiedzy – między rokiem 1953 a 1965 specyfik podano 5700 wojskowym. Żaden z informatorów nie wskazał, czy francuskie służby specjalne wiedziały o tej operacji. Mieszkańcy Pont-Saint-Esprit nadal chcą się dowiedzieć, dlaczego w ich wsi doszło do tak makabrycznych scen. – Ludzie domyślali się wówczas, że był to eksperyment, test metody kontroli społecznych protestów – mówi 71-letni Charles Granjoh. <<Ledwo wtedy uszedłem z życiem – powiedział on w wywiadzie dla francuskiego tygodnika. – Chciałbym wiedzieć, co tak naprawdę się stało>>. Odpowiedź jest prosta: Zabawa CIA ludzkim życiem była jednym z przejawów „obrony zachodniej cywilizacji” przed „zalewem bolszewizmu”. Takim przejawem były też zbrodnicze eksperymenty przeprowadzane przez hitlerowskich pseudonaukowców w obozach koncentracyjnych oraz masowa eksterminacja, której dokonywali faszystowscy zbrodniarze na narodach świata: radzieckim, polskim, koreańskim, chińskim, francuskim, greckim i wielu innych. W taki właśnie sposób objawia się wrogość wobec komunizmu i pogarda dla człowieczeństwa. ***
23.03.2010
Z deszczu pod rynnę Główny Urząd Statystyczny informuje, że już ponad 2 miliony Polaków zostały zmuszone, przez biedę, do szukania pracy za granicą. Wiąże się z tym nie tylko długotrwała rozłąka z najbliższymi, ale również narażenie na urągające ludzkiej godności warunki bytowania oraz brutalny wyzysk. Jak podaje dziennik „Metro”, „Właściciele firm, a zwłaszcza biura pośrednictwa pracy, najczęściej oszukują Polaków, obiecując im atrakcyjne stawki, a ostatecznie płacąc najniższe. (…) Wielu zdesperowanych Polaków godzi się pracować po 12, a nawet 16 godzin na dobę. Często w soboty i niedziele, mimo że umowa nic o tym nie wspominała. W dodatku za nadgodziny płaci się im takie same stawki jak za pracę w normalnym czasie. Innych oszukuje się, wypłacając wynagrodzenie za mniejszą ilość godzin od faktycznie przepracowanej. - Zgłosiła się do mnie pani, której w szóstym miesiącu ciąży kazano nosić ciężkie pudła z kurczakami. Gdy poprosiła o przeniesienie do lżejszej pracy, powiedziano jej, że może się przenieść do Polski - mówi Ela Jacobs, doradca prawny z holenderskiego Eindhoven”. „Jednak nawet ci najtwardsi nie wytrzymują warunków mieszkaniowych. To często są brudne nory bez urządzeń sanitarnych.” - dodaje gazeta i przytacza wstrząsającą relację 36-letniego Polaka pracującego przez dwa lata w holenderskim biurze pośrednictwa pracy Interkosmos w Deurne. Zajmował się tam „odbieraniem i kwaterowaniem” nowo przybyłych robotników. „Biuro ściąga ludzi do pracy, obiecując wiele. Rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej. Zarobki w tej firmie mają wynosić 6,25 euro za godzinę. Po wszystkich odtrąceniach dostaje się jakieś 3,50 euro. Ludzie pracują po ponad 12 godzin oraz na nocki (a czasem nawet w niedziele) po normalnej stawce, nie dostając pieniędzy za nadgodziny. Warunki mieszkaniowe są tragiczne: ściany pokryte pleśnią i grzybem, materace na łóżkach brudne i zapleśniałe. Baraki, w których nas zakwaterowano, nigdy nie były odnawiane. W sezonie mieszka w nich nawet po sześć osób, a za tydzień właściciel żąda od każdego 52,50 euro. Kiedy latem jeden z baraków zapalił się, nie było nawet gaśnicy! Często są problemy z ciepłą wodą, zapchaną kanalizacją. Biegają szczury. Jeśli ludzie zaczynają głośno upominać się o swoje prawa, kierownik firmy zleca któremuś z kierowców w asyście kilku Polaków wywiezienie takiego osobnika w miejsce ustronne, gdzie bardzo często zdarzały się pobicia. Sam byłem świadkiem, jak kierownik pobił jednego z Polaków na parkingu firmy. Osobom, które zostały zwolnione, nie wypłaca się pieniędzy za przepracowane godziny oraz dodatku wakacyjnego. Natomiast właściciel osobom wracającym do Polski i odbierającym dodatek wakacyjny daje do podpisania kartki in blanco. W przypadkach, gdy ktoś jest chory i wymaga pomocy lekarskiej, szefostwo nie pozwala wzywać pogotowia, tylko każe kierowcy zawieźć taką osobę do punktu medycznego. Ja sam w tamtym roku miałem przez półtora miesiąca nogę w gipsie (uległem wypadkowi w czasie pracy) i normalnie musiałem pracować. Poprosiłem o pomoc prawnika w Holandii. Gdy nie uda mu się odzyskać pieniędzy w drodze negocjacji, pójdę do sądu. Chcę, aby pracodawca wypłacił mi zaległe wynagrodzenie za nadgodziny, pracę w weekendy i w nocy. W sumie 10 tys. euro. Żądam tego, co mi się należy.” Nic dodać, nic ująć. W obecnej Polsce – nazywanej dla żartu i zamydlenia oczu „wolną”, „niepodległą” i „demokratyczną”, obywatele są tak swobodni, że mogą bez przeszkód poznawać smak (i zapach) kapitalizmu zarówno w kraju, jak i za granicą. Mało tego! Kolejne burżuazyjne rządy nie tylko nikogo w Polsce nie zatrzymują, ale nawet ułatwiają – swoją polityką ekonomiczną – podjęcie decyzji o emigracji. Bardzo często z deszczu pod rynnę, bo dyktatura burżuazji zawsze i wszędzie obfituje w takie zjawiska jak nędza, wyzysk, bezrobocie, dyskryminacja etc. ***
21.03.2010
Skrzywdzone pokolenie Profesor Stanisława Golinowska (ekonomista, dyrektor Instytutu Zdrowia Publicznego Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego), dzieli się z czytelnikami katolickiego „Tygodnika Powszechnego” wynikami przeprowadzonych przez siebie badań nad piętnastolatkami. „Możemy mówić o nowym typie ubóstwa – wykluczeniu dzieci pierwszego pokolenia transformacji. Rośnie nam dysfunkcyjne pokolenie, które pogłębi biedę w Polsce”. - ostrzega naukowiec. „Ludzie, którzy czytali mój raport, nie chcieli wierzyć: agresja, wczesna inicjacja alkoholowa i seksualna, częste sięganie po narkotyki. Te dzieci wagarują, nie lubią szkoły, nie uczą się. Nauczyciele są bezradni. Polacy niby tacy rodzinni, a pieniądze i pęd do konsumpcji jest dla nich ważniejszy. Ludzie się zatracili, nie czują pełnej odpowiedzialności za rodzinę, co najwyżej tylko materialną” – biadoli badaczka, unikając jak ognia przyznania, że za rozpad więzi międzyludzkich i degenerację znacznej części młodzieży odpowiada panoszący się od dwóch dekad ustrój kapitalistyczny. Nie jest łatwo grzać się przy rodzinnym ognisku, jeżeli rodzice zmuszeni są pracować po 12 godzin na dobę lub emigrować za chlebem, aby ich dzieci nie umarły z głodu! No ale cóż... Dyktatura burżuazji zawsze niesie ze sobą wyzysk, poniżenie i odzieranie ludzi z godności. Tej władzy, na obecnym jej etapie, niepotrzebne są katownie. Na razie strach przed utratą pracy (i w efekcie środków do życia) jest wystarczającym środkiem pozwalającym trzymać ludzi w ryzach... Światowa Organizacja Zdrowia co kilka lat przeprowadza badania nad zachowaniami zdrowotnymi uczniów w wieku 11, 13 i 15 lat. Raporty wskazują, że „polskie nastolatki częściej mają problem ze zdrowym żywieniem: bywa, że nie jedzą w domu śniadań, a normalny posiłek w szkole zastępują czipsami i batonami. W efekcie czego są na lekcji rozkojarzeni, nerwowi, pobudliwi i szybko się męczą. (…) Rośnie zjawisko niedostosowania społecznego, a co za tym idzie: groźba wykluczenia. Te dzieci wejdą w dorosłość ułomne, bez wychowania i dobrego wykształcenia. Sęk w tym, że praca w Polsce, nawet na etacie, nie gwarantuje godziwego poziomu życia. Można pracować i być społecznie wykluczonym. Ubóstwo dotyka nie tylko inwalidów, osób z rodzin patologicznych czy niezaradnych życiowo. Z badań CBOS-u wynika, że co szósty zatrudniony jest zagrożony biedą, a to już ponad 2 mln Polaków. Najbliższe ubóstwa są rodziny wielodzietne, bo dochód rozkłada się na wiele osób. Rzadko mają własne mieszkanie, częściej je wynajmują, a jeśli nawet dom jest ich, to przeważnie spłacają kredyty na jego zakup. W obu przypadkach zabiera to lwią część dochodów. Zazwyczaj pracuje jeden rodzic, drugi zajmuje się dziećmi. Nie z wyboru: nie stać ich na nianię, miejsc w przedszkolach państwowych jest za mało, a prywatne są za drogie.” Rzecz jasna, środki masowego przekazu wolą zagłuszać niewygodne dla swych mocodawców informacje i zamiast obnażyć zgniliznę kapitalistycznego ustroju, serwują odbiorcom papkę, mającą ich ostatecznie zdezorientować i złamać. Stąd właśnie biorą się faktoidy w rodzaju „debat przedwyborczych”, łzawych historii o obywatelu próbującym wręczyć policji łapówkę w postaci busa pełnego pieczarek, ploteczek z życia gwiazd oraz festiwali hipokryzji w stylu: „Wielkanocna Zbiórka Żywności” (mających sugerować, że filantropia to najlepsze lekarstwo na problemy toczące społeczeństwo). Ale prawda jest taka, że dopóki istnieje kapitalizm – nie da się przerwać błędnego koła nędzy, wyzysku i braku perspektyw! Jedynym sposobem na to, aby nie tylko najmłodsze skrzywdzone pokolenie ale i całe społeczeństwo, zaczęło wieść godne życie, wolne od strachu przed bezrobociem i ubóstwem – jest zbudowanie ustroju socjalistycznego. I o to właśnie walczy Komunistyczna Partia Polski! ***
19.03.2010
Nazistowskie fundamenty RFN Wyszło szydło z worka! Centrala Ścigania Zbrodni Narodowosocjalistycznych w Ludwigsburgu udostępniła Peterowi Carstensowi z dziennika „Frankfurter Allgemeine Zeitung” materiały wewnętrznego śledztwa przeprowadzonego przez Federalną Służbę Informacyjną (wywiad RFN) w latach 60. XX wieku. Wynika z nich jednoznacznie, że w owym czasie 146 zachodnioniemieckich szpiclów było współodpowiedzialnych za zbrodnie wojenne. W Trzeciej Rzeszy byli funkcjonariuszami Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy, Gestapo i innych nazistowskich instytucji. A to dopiero wierzchołek góry lodowej... Gazeta dodaje, że po wojnie ogromna ich liczba „po pobieżnej denazyfikacji i wybieleniu życiorysów” została zatrudnionych w wywiadzie RFN (Bundesnachrichtendienst – BND), gdzie korzystano z ich „usług” w działaniach szpiegowskich przeciwko Związkowi Radzieckiemu i krajom demokracji ludowej. Niemiecki dziennik zauważa, iż odbywało się to za wiedzą i pełnym przyzwoleniem Amerykanów. Piątkowa „Gazeta Wyborcza” zmuszona jest przyznać, że media Polski Ludowej miały słuszność oskarżając BND o związki z nazistami: „W BND dawnych nazistów zatrudniano bez większych oporów, bo trwała zimna wojna i potrzebni byli fachowcy. Przyjęto więc np. Georga K., pochodzącego z Pomorza byłego oficera gestapo. We wrześniu 1939 r. był on w Einsatzkommando IV/2, czyli w jednym z oddziałów morderców, które szły za Wehrmachtem i mordowały Polaków według sporządzonych wcześniej list. Georg K. brał m.in. udział w egzekucjach w Palmirach pod Warszawą, gdzie w czerwcu 1940 r. zamordowano 2 tys. Polaków, m.in. byłego marszałka Sejmu Macieja Rataja. Wielu pracujących w BND byłych SS-manów ukrywało przeszłość, np. Kurt W., gestapowiec z Koblencji, zapewniał, że w Chorwacji zajmował się odprawą paszportową na lotnisku. W rzeczywistości był w obozie koncentracyjnym, w którym zgładzono tysiące Żydów. Crome <zachodnioniemiecki wywiadowca, autor utajnionego raportu z 1965 roku> nie badał życiorysów dawnych żołnierzy Wehrmachtu i Waffen-SS - Gehlen <kierownik wywiadu Wehrmachtu we wschodniej Europie, a po wojnie szef BND> najwyraźniej nie chciał, by robiono im krzywdę. Zapewne więc w BND było o wiele więcej zbrodniarzy, bo niemiecka armia również brała udział w ludobójstwie.” Chociaż w latach sześćdziesiątych z BND po cichu wyrzucono 70 byłych SS-manów, co do których nie było żadnych wątpliwości, że mają krew na rękach, a ich zbrodnie były dobrze udokumentowane, to jednak procesy wytoczono nielicznym, zaś sprawy przeważnie kończyły się umorzeniem. - dodaje gazeta. ***
17.03.2010
Łotwa: SS-mani maszerują Jeżeli nawet nieskora do krytykowania nadbałtyckich antykomunistów Gazeta Wyborcza podnosi larum, oznacza to, że tamtejsze siły reakcyjne przekroczyły granicę co najmniej przyzwoitości: Oto wczoraj ponad tysiąc zwolenników nazizmu oddało w Rydze cześć Legionowi SS, który w czasie wojny sformowali hitlerowcy spośród łotewskich degeneratów i innych przeciwników komunizmu. „Do dwustu sędziwych weteranów SS, którzy po mszy w luterańskiej katedrze Rigas Doms przeszli pod pomnik Wolności, przyłączyło się wczoraj kilkuset młodych nacjonalistów i neonazistów.” - informuje gazeta. Przypomina również, że: „Marsze SS w Rydze rozpoczęły się w 1998 r. przy wsparciu władz Łotwy, które jednak od kilku lat usiłują nie eksponować – z racji międzynarodowej krytyki – niewygodnych weteranów. Władze Rygi, którą obecnie rządzi Rosjanin Nils Ušakovs na czele koalicji partii łotewskich i mniejszości rosyjskiej, próbowały w tym roku zakazać obchodów, ale przedwczoraj ich decyzję uchylił ryski sąd administracyjny.” Tylko półgębkiem mass media wspominają o kontrmanifestacji zorganizowanej przez środowiska antyfaszystowskie, w tym komunistów i przedstawicieli innych ruchów postępowych. Warto dodać, że burżuazyjne rządy krajów nadbałtyckich nie od razu zaczęły obnosić się ze swoim przywiązaniem do brunatnych „wartości”. Stopniowo, za pomocą propagandy w szkołach i środkach masowego przekazu, rozpowszechniały bajeczki o „sowieckiej okupacji” i „zbrodniach komunizmu” oraz „ludobójcy Stalinie”. Starały się zrównać ze sobą nazizm i komunizm. (Reakcyjne rządy w Polsce są właśnie na tym etapie). Lecz na tym nie poprzestały. Następnym krokiem było ogłoszenie, że nazizm „nie był taki zły” i stanowił tylko próbę „obrony zachodniej cywilizacji” oraz „integracji europejskiej” przed „zalewem bolszewizmu”. Oczywiście reakcja przystąpiła do prześladowania ruchu robotniczego i komunistycznego na Litwie, Łotwie i w Estonii. Mordercy z Einsatzgruppen byliby dumni ze swych wiernych i pojętnych uczniów... Pozostaje mieć nadzieję, że owi „uczniowie” podzielą los części swych przodków i skończą przed nowym Trybunałem Norymberskim, który zostanie powołany do życia po ostatecznym zwycięstwie nad faszyzmem. Po ostatecznym zwycięstwie komunizmu. ***
15.03.2010
Hiszpańscy Towarzysze na celowniku brunatnego sądu! Juanjo Serrano, członek KC Komunistycznej Partii Ludów Hiszpanii, bojownik katalońskiej organizacji PCPE (PCP de Catalunya) i dwaj członkowie CJC (JPC de Catalunya), zostali postawieni przed sądem i teraz każdemu z nich grozi kara trzech lat i dziesięciu miesięcy więzienia. Ale za co?! Ano za „potworną zbrodnię”, jaką był ich udział w barcelońskiej demonstracji 14 listopada 2007, zorganizowanej po tym, jak trzy dni wcześniej w Madrycie zamordowano młodego antyfaszystę. Najciekawsze jest to, że jeden z „uczestników manifestacji” przebywał w trakcie jej trwania w... pracy! Oskarżenia prokuratora są żałosną policyjną farsą - opierają się na sfałszowanym i jawnie niekonsekwentnym „dowodzie” (zeznaniu policji). Stanowią próbę zdemobilizowania organizacji komunistycznych w Hiszpanii oraz ataku na organizacje antykapitalistyczne skupione w ruchu antyfaszystowskim. Przyjrzyjmy się splotowi wydarzeń, które doprowadziły do tego absurdu: Oto 11 listopada 2007 r. bojownik antyfaszystowski, Carlos Palomino, został bestialsko zamordowany w madryckim metrze przez 23-letniego faszystę – zawodowego żołnierza Armii Hiszpanii. Brunatny bandyta dokonał tej zbrodni w drodze na zjazd swej partii faszystowskiej – Narodowej Demokracji. Natychmiast po tym wydarzeniu wybuchły w całym kraju, w tym w Barcelonie, masowe demonstracje i protesty. Oburzenie wśród środowisk antyfaszystowskich było proporcjonalne do stopnia brutalności morderstwa oraz do sposobu, w jaki informacja o tym zdarzeniu została przekazana przez środki masowego przekazu. Media posłużyły się przy tej okazji znajomą skądinąd retoryką „konfliktu między antysystemowymi grupami młodzieży”. Gdy 14 listopada w Barcelonie kilka grup i organizacji antyfaszystowskich zorganizowało manifestację, od samego jej rozpoczęcia było jasne, że Policja Autonomiczna – dowodzona przez ministra Saurę z ICV-EUiA (katalońskich partnerów Zjednoczonej Lewicy Izquierda Unida oraz PCE <Komunistyczna Partia Hiszpanii, będąca wbrew nazwie organizacją zrzeszającą oportunistów i prowokatorów – przypis Redakcja Aktualności KPP>) nie pozwoli na jej pokojowy przebieg. Środki zastosowane przez policję były nieproporcjonalnie wielkie do skali protestu: zmobilizowano siły wyspecjalizowane do akcji przeciw zamieszkom ulicznym i ustawiono je w szyku do walki, zatrzymywano i zastraszano w metrze osoby zmierzające na demonstrację. Przygotowano również karetki pogotowia, jak na wypadek wojny. Gdy pochód ruszył, czołowe siły policyjne skierowały się szykiem do ataku w stronę demonstrantów. Podczas marszu policja podjęła kilka prowokacyjnych prób odcięcia demonstrantów od pochodu, co wywołało wzrost napięcia i oburzyło protestujących. Sytuacja pogorszyła się, gdy po przejściu 400 metrów, demonstracja została brutalnie rozbita przez atak policji, co doprowadziło do ogólnego wybuchu gniewu ludowego w centrum Barcelony. Represje ze strony „stróżów prawa” rozszerzyły się na centra handlowe Passeig de Gracia i dotknęły nawet przechodniów oraz obserwatorów. W wyniku ataku sił „porządkowych” kilka osób zostało na tyle poważnie rannych, że musiało być odwiezionych do karetkami do szpitala. Pięcioro demonstrantów zostało aresztowanych, w tym dwaj towarzysze z CJC-JCPC, których zabrano do siedziby głównej Policji Autonomicznej w Barcelonie. Ponieważ jeden z nich był nieletni, policja musiała zawiadomić rodzinę o jego ujęciu, w innej sytuacji obaj zostaliby zatrzymani na 48 godzin bez prawa do zawiadomienia kogokolwiek z zewnątrz. Tuż po tym zdarzeniu przywódcy PCPC-PCPE i CJC-JCPC w towarzystwie prawnika pojawili się na komisariacie policji wraz z rodzicami zatrzymanych. Zażądano rozpoznania przetrzymywanych. Po długim oczekiwaniu policjant wywołał towarzysza z PCPC-PCPE i dwóch towarzyszy z CJC-JCPC, informując ich, że zostali oni rozpoznani jako uczestnicy demonstracji i że policja umieściła to w swoim raporcie. Była to najzwyczajniejsza, ustawiona zawczasu policyjna prowokacja! Przecież członek naszej partii - Komunistycznej Partii Ludu Hiszpanii (PCPE) - nie mógł wziąć udziału w demonstracji, gdyż był w tym czasie w pracy! Jest to oczywisty dowód na to, że policyjna prowokacja miała na celu kryminalizację ruchu komunistycznego i antyfaszystowskiego. Kilka dni później prokurator sporządził akt oskarżenia. W jednym miejscu napisane w nim jest, że trzech antyfaszystowskich działaczy zostało aresztowanych podczas demonstracji. W drugim natomiast, iż trzech innych towarzyszy z PCPC-PCPE i CJC-JCPC (jeden aresztowany a dwóch pozwanych na komisariacie policji) zostało oskarżonych o „napad i zbrodnię przeciwko porządkowi publicznemu” za rzekome ustawienie barykad z koszy na śmieci wszerz drogi oraz domniemane rzucanie kamieniami w policję. Prokurator żąda dla nich „trzech lat i dziesięciu miesięcy więzienia oraz pozbawienia praw wyborczych”. Niepełnoletni oskarżeni zostali uniewinnieni, gdyż sąd dla nieletnich nie znalazł dowodów winy. W celu podtrzymania raportu prokurator przedstawił tylko jeden dowód – zeznania policjanta. Nie ma on żadnego innego dowodu na potwierdzenie rzucanych przez siebie oskarżeń! Nie po raz pierwszy rząd Hiszpanii (prokurator jest reprezentantem rządu w procesie wykonywania prawa) na podstawie jednego tylko, fałszywego zeznania policji, wysuwa fałszywe oskarżenia przeciwko działaczom antykapitalistycznym, odwołującym się do różnych ideologii. W Hiszpanii zeznanie policji ma wartość dowodową – zeznania innych świadków wydarzenia już takiej wartości nie mają. Ten przypadek różni się jednak od poprzednich jednak tym, że zamiast oskarżenia wszystkich podejrzanych na tej samej podstawie, raport prokuratorski dzieli ich na dwie grupy: w pierwszej są trzej aktywiści z różnych organizacji antyfaszystowskich, w drugiej – wyłącznie działacze komunistyczni z PCPC-PCPE i CJC-JCPC. Z tego powodu Komitet Centralny PCPE <Komunistycznej Partii Ludów Hiszpanii, twardo stojącej na gruncie marksizmu-leninizmu – przypis Redakcja Aktualności KPP> – mając na uwadze represje i oskarżenia skierowane przeciwko trzem komunistycznym działaczom, którzy mogą skończyć w więzieniu (co było właśnie celem akcji zaplanowanej przez rząd Hiszpanii, która miała uderzyć w naszą działalność i program polityczny, a w dalszej perspektywie zatrzymać rozwój sił rewolucyjnych w Hiszpanii) – postanawia: - przeprowadzić kampanię informacyjną na szczeblu międzynarodowym w celu zwiększenia świadomości dotyczącej represyjnej natury hiszpańskiej monarchii i burżuazyjnego reżimu a także fałszywości dyskursu „demokratycznego”, - wezwać do solidarności organizacje i działaczy antyfaszystowskich, - przeprowadzić szereg akcji protestacyjnych i solidarnościowych z pozwanymi, żądając uchylenia stawianych im zarzutów. Podobnie żąda uniewinnienia trzech antyfaszystów oskarżonych w oddzielnej sprawie. - kontynuować i wzmóc intensywność walki przeciwko faszyzmowi w Hiszpanii i przeciw jego poplecznikom w aparacie państwowym. Przede wszystkim, PCPE zobowiązuje się do demaskowania nad wyraz aktywnych, otwarcie faszyzujących dowódców policyjnych, mianowanych w ostatnich latach przez te same akademie policyjne.
UWOLNIĆ
OSKARŻONYCH
Z
BARCELONY!
źródło: Solidnet (podpisy pod petycją: http://pcpe.es/formulario2010/index-en.php ) *** 13.03.2010
Walka w Grecji przybiera na sile W czwartek 11 marca, ulice 68 greckich miast przemieniły się w rzeki przepływającego tłumu gniewnych ludzi: robotników, młodzieży, kobiet i emerytów demonstrujących pod sztandarem komunistycznego związku zawodowego PAME. Był to czwarty strajk w przeciągu miesiąca, zaznaczył się dynamiką i czynnym udziałem mas ludowych. Dziesiątki tysięcy osób protestowało przeciwko dotkliwym cięciom budżetowym i ciężarom podatkowym zainicjowanym przez wielki kapitał i przegłosowanym przez socjaldemokratyczną partię PASOK wraz z nacjonalistycznym ugrupowaniem LAOS i wspieranym przez liberałów z ND oraz Grecką Federację Przedsiębiorstw. Zorientowane klasowo siły stoczyły jeszcze jedną zaciętą bitwę przeciwko próbom zastraszania ze strony kapitalistów i ich partii, co wzbogaciło doświadczenie bojowe mas pracujących. Wielu ludziom udało się przezwyciężyć wahania i przystąpili do strajku po raz pierwszy. Ponownie strajk pod egidą PAME przewyższył rozmachem i liczebnością te organizowane przez liderów żółtych konfederacji związków zawodowych jak GSEE i ADEDY. Po raz kolejny strajkujący obrócili się plecami do oportunistycznych związkowców. Zarówno przygotowywane strajki jak i wytyczanie planów na następny okres umocniło potrzebę organizowania się klasy robotniczej. Uświadomiło też szerokim masom społeczeństwa, że zamachu na jego prawa nie da się odeprzeć jedną manifestacją czy też w ciągu jednego dnia. Ponadto plutokrację przeraził fakt, że tysiące robotników walczących uparcie w ramach różnorakich inicjatyw PAME, tworzą ważną bazę nie tylko dla oporu klasy pracującej, ale też dla jej kontrnatarcia. A to z tej przyczyny, że przystępuje ona do walki nie przeciw rządowi czy systemowi prawnemu, lecz przeciwko rozwojowi kapitalizmu, służącemu międzynarodowym korporacjom. Czyli przeciwko samemu sednu problemu, a nie tylko niektórym jego aspektom. Po raz kolejny PAME walczyła o podjęcie strajku w wielkich fabrykach i zakładach przemysłowych, co unieruchomiło je od samego świtu. Zamarł również ruch w portach, na lotniskach i stacjach metra, podczas gdy kolej miejska w Atenach działała przez kilka godzin tak, aby umożliwić robotnikom wzięcie udziału w demonstracji. Vasilis Petropoulos, członek Sekretariatu Wykonawczego PAME i główny mówca na wiecu strajkowym stwierdził: „Nie ma żadnego <<ryzyka narodowego>> ani <<obowiązku narodowego>>, który wzywałby robotników do poświęcenia swych praw. Wzywa do tego wyłącznie chciwość zysku, jaką przejawiają kapitaliści.” Aleka Papariga, Sekretarz Generalna KC Komunistycznej Partii Grecji powiedziała w mediach: „Nie ufajcie deklaracjom rządu. Nie ufajcie sile pracodawców. Oni kłamią. Zastraszają robotników, oczekują od nich poniechania walki oraz przystania na gorsze rozwiązania. Najgorsze ma dopiero nadejść. Dlatego konieczne jest kontynuowanie i wzmożenie walki”. Demonstracje były bardzo silne. Gdy szeregi mas podeszły pod gmach Greckiej Federacji Przedsiębiorstw, robotnicy obrzucili budynek czerwoną farbą symbolizującą, że zyski kapitalistów ociekają krwią mas pracujących. Na początku tygodnia przewodniczący Federacji oświadczył prowokacyjnie, że w Grecji „przemysłowcy są jedynymi, którzy zdobyli się na poświęcenie”... Pochód strajkujących spotkał się z grupą zwolnionych pracowników prywatyzowanego przedsiębiorstwa lotniczego Olympic Air, którzy nie otrzymali żadnych odpraw i przez ostatnie 8 dni blokowali główną ulicę stolicy – ulicę Panepistimiou – wołając o prawo do pracy. PAME już od pierwszej chwili wsparł protestujących. Rząd i kapitał zaś, grożąc i zastraszając zwolnionych robotników, zażądał od nich odstąpienia od blokady a nawet zmobilizował prokuraturę. Alexis Tsiparis, szef partii SYRIZA i przewodniczący SYN, która wchodzi w skład Europejskiej Partii Lewicy, stwierdził: „Jeśli dwieście osób blokuje ulicę Panepistimiou, muszą one zdać sobie sprawę, że ta droga nie zapewni im zwycięstwa w walce o prawa, których uznania się domagają”. W linię tej wypowiedzi wpisał się również Papadimoulis - parlamentarzysta SYRIZY – który rzekł: „Nie zgadzam się z tą formą protestu, gdyż podkopuje ich walkę”. Te stanowiska usprawiedliwiały interwencję prokuratury zmierzającą do styranizowania zwolnionych pracowników podnoszących hasło: „Prawem jest tylko to, co przysługuje robotnikom”. Hasło, którego oportuniści z SYN (reprezentujący Europejską Partię Lewicy) oraz siły żółtych związków zawodowych (GSEE, ADEDY, ITUC i ETUC) nie tylko nie pojmują ale też aktywnie się mu przeciwstawiają. Rozmaite formy mobilizacji robotników będą kontynuowane, co ma podkreślić, że ludzie pracy nie będą poświęcać się dla zysków bogaczy. Strajk 11 marca stał się tego wyraźnym sygnałem. ***
11.03.2010
Irak: bilans napadu i okupacji Najnowsze wydanie polskiej edycji miesięcznika „Le monde diplomatique” poświęca wiele uwagi tragicznym następstwom imperialistycznego podboju Iraku i zaznacza, że nawet „Gazeta Wyborcza” piórem Jacka Pawlickiego w papierowej wersji artykułu „Sąd nad Blairem” wspomina, iż „liczbę ofiar, które straciły życie w Iraku od rozpoczęcia wojny, szacuje się nawet na pół miliona ludzi”. Choć są i wyliczenia mówiące o ponad milionie pomordowanych... Dziennikarz naczelnej wojennej propagandówki przyznał: „Jak powszechnie wiadomo, Saddam Husajn wbrew twierdzeniom Amerykanów nie miał broni masowego rażenia, a to informacje mówiące, że taką bronią dysponuje, były główną przyczyną interwencji.” Hmm... Ale czy to aby nie Gazeta Wyborcza poinformowała swych czytelników o „odnalezieniu” w podbitym kraju właśnie tej nieistniejącej broni masowego rażenia? Przecież właśnie pismo, któremu „nie jest wszystko jedno” rozpętało przed amerykańskim napadem orgię nienawiści skierowaną przeciwko niepodległemu państwu znad Tygrysu i Eufratu. „Le monde diplomatique” przypomina: „Armia amerykańska wielokrotnie użyła w Iraku białego fosforu, którym wypełnia się głowice rakiet wystrzeliwanych ze śmigłowców i pociski artyleryjskie, podobnie jak napalmu i zubożonego uranu. Wskutek bombardowań takimi rakietami i pociskami osiedli, autobusów, samochodów pełnych pasażerów spłonęło żywcem mnóstwo cywilów irackich. Odłamki bomb fosforowych palą skórę, topią mięśnie i trawią tkankę aż do kości, a dym fosforowy dusi ofiary w promieniu ponad stu metrów, wypala im żywcem płuca i oczy, niszczy wątrobę, serce i nerki. Amerykański dziennikarz śledczy Seymour Hersh, który odegrał kluczową rolę w ujawnieniu cząstki prawdy o tym, jak oprawcy amerykańscy znęcali się nad więźniami irackimi w Abu Ghraib, na spotkaniach na Uniwersytecie Chicagowskim i w Amerykańskiej Unii Swobód Obywatelskich w czerwcu i lipcu 2004 r. ujawnił również, że świat, oglądając słynne zdjęcia, <<nawet nie zaczął oglądać zła>>, zarejestrowanego w tym więzieniu na taśmach wideo. Hersh opowiedział słuchaczom, że na taśmach, które władze amerykańskie ukryły przed opinią publiczną, m.in. zarejestrowano przerażające gwałty dokonywane przez więziennych oprawców na dzieciach więzionych kobiet irackich. Wiadomo, że US Army Criminal Investigation Command posiada – i ukrywa przed opinią publiczną – 1325 dokumentów, zdjęć i filmów wideo przedstawiających tortury, mordy i nadużycia seksualne popełnione przez wojskowych amerykańskich i funkcjonariuszy amerykańskich służb specjalnych na więźniach irackich w krótkim okresie od 18 października do 30 grudnia 2003 r. w więzieniu Abu Ghraib, w tym 546 zdjęć Irakijczyków zamordowanych podczas tortur w tym krótkim, 10-tygodniowym okresie. W wyniku wojny imperialistycznej, przez jej sprawców, rzeczników i obrońców zwanej <<wojną sprawiedliwą>>, i okupacji zwanej przez nich <<stabilizacją>>, Irak przeżywa gigantyczny kryzys migracyjny: ma 5 milionów uchodźców wewnętrznych i zewnętrznych. Na kraj ten przypada najwyższy na świecie odsetek uchodźców. Stanowią oni aż 18% mieszkańców Iraku i 17,5% ogółu uchodźców na świecie. Infrastruktura kraju jest zrujnowana, miliony mieszkańców są pozbawione elementarnych usług publicznych, bezrobocie sięga 70% ludności czynnej zawodowo. Najeźdźcy i przybyli w ślad za nimi zachodni szabrownicy rozkradają zabytki, koncerny amerykańskie grabią bogactwa naturalne. Pod szyldem szerzenia demokracji i <<zachodnich wartości>> zrujnowano Irak.” - wskazuje czasopismo. „Le monde diplomatique” opisuje również krwawe czystki etniczne i religijne, które w samym tylko 2006 roku pochłonęły (według Biura Praw Człowieka Misji Pomocy Narodów Zjednoczonych dla Iraku) ponad 34 tysiące ofiar. Sama Al-Kaida czuje się w Iraku po obaleniu Husajna jak ryba w wodzie i z zapałem testuje nową taktykę walk na terenach miejskich. Mało tego! „11 lutego 2007 r. w wywiadzie opublikowanym w innym wielkim dzienniku panarabskim Al-Hajat, ówczesny przewodniczący parlamentu irackiego Mahmud al-Maszhadani obciążył <<najeźdźców>> i <<wojska okupacyjne>> – to jego określenia – odpowiedzialnością za straszną sytuację w Iraku oraz oskarżył polskie władze o haniebny szwindel na dużą skalę. Powiedział w wywiadzie: Żołnierz iracki nosi karabin przysłany z Polski: w Al-Hilla Polacy rozkradli wyposażenie irackie i wywieźli je do swojego kraju, przemalowali i odesłali nam po cenie 2 tysięcy dolarów za karabin, choć w Iraku karabin kosztuje nie więcej niż 50 dolarów”. Ciekawe... Na oskarżenie o kradzież i paserstwo, wojska „obrońców demokracji” nie raczyły udzielić odpowiedzi. Ani nawet zaprzeczyć. Ale teraz już przynajmniej wiadomo, jakich „wartości” zamierzali bronić architekci inwazji. Innym fascynującym zagadnieniem jest to, że choć polski kodeks karny zawiera rozdział XVI przewidujący odpowiedzialność karną za przestępstwa przeciwko pokojowi, ludzkości oraz przestępstwa wojenne, to żaden z polskich podżegaczy wojennych i bandytów odpowiedzialnych za zbrukanie honoru polskich sił zbrojnych, nie stanął ani przed sądem ani przed Trybunałem Stanu... A przecież artykuł 117 § 1. Kodeksu Karnego mówi: „Kto wszczyna lub prowadzi wojnę napastniczą, podlega karze pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat 12, karze 25 lat pozbawienia wolności albo karze dożywotniego pozbawienia wolności. (§ 2.) Kto czyni przygotowania do popełnienia przestępstwa określonego w § 1, podlega karze pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat 3. (§ 3.) Kto publicznie nawołuje do wszczęcia wojny napastniczej, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5.” Czy sprawiedliwość dosięgnie odpowiedzialnych za śmierć i cierpienie milionów ludzi? Jeśli, tak – kiedy to się stanie? Wszystko zależy od tego, jak długo społeczeństwo będzie tolerowało rządy tych kryminalistów. Oby bardzo krótko. ***
9.03.2010
Kapitalizm zniszczy wszystko po kolei... Koleje w Rumunii, w wyniku trwającej już od ponad dwóch dekad kontrrewolucji, borykają się z brakiem funduszy i długami, które niebawem przekroczą 300 milionów euro. Burżuazyjny rząd – pionek w ręku zagranicznych monopolistów – zapowiedział niedawno masowe zwolnienia. Ale to jeszcze nie koniec! Pracę ma stracić ponad 10 tysięcy ludzi, których siły roboczej kapitał już nie potrzebuje: Pierwszych 4 700 pracowników dostało już wymówienia, pozostałe tysiące mają być zwolnione do końca kwietnia. Dotychczas koleje zatrudniały 76 tysięcy robotników. Bank Światowy, Unia Europejska i Międzynarodowy Fundusz Walutowy „uszczęśliwiły” Rumunię wiosną ubiegłego roku lichwiarską pożyczką w wysokości 20 miliardów euro. Oficjalnie miała zostać przeznaczona na „walkę” ze skutkami kapitalistycznego kryzysu. Jesienią, gdy parlament uchwalił wotum nieufności wobec rządu, kredyt zamrożono. Kapitalistów uspokoiła dopiero reelekcja dotychczasowego prezydenta Traiana Basescu. W styczniu rumuńska władza ustawodawcza przyjęła, pod dyktando wielkiego kapitału reprezentowanego przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy, budżet na bieżący rok, spełniający wymagania mocodawców w kwestii deficytu finansów publicznych. Marionetkowy rząd podjął też decyzję o likwidacji 100 tys. miejsc pracy w sektorze publicznym, czego żądali „przyjaciele” z Unii Europejskiej i pokrewnych jej struktur. Bardzo możliwe, że dzisiejsza Rumunia to Polska dnia jutrzejszego. Kapitalizm już się o to postara... ***
7.03.2010
638 prób morderstwa Kubańska telewizja nada w niedzielę 7 marca br. pierwszy z ośmiu odcinków serialu o 638 zamachach na Fidela Castro, knutych przez amerykańskie służby specjalne w ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat. W produkcji pt. „Ten, który powinien żyć”, zrealizowanej przez kubańskiego reżysera Rafaela Beniteza i opartej częściowo na dokumentach ujawnionych przez CIA, bierze udział 243 aktorów i 800 statystów. Wśród niezliczonych prób zabicia przywódcy socjalistycznej Kuby, bądź to podejmowanych, bądź jedynie planowanych, można wymienić nie tylko „typowe” zamachy bombowe, próby zastrzelenia Fidela przez snajperów, otrucia truciznami lub gazami toksycznymi, ale również o wiele bardziej perfidne, jak na przykład pomysł z umieszczeniem w jego cygarze ładunku wybuchowego. Pierwszy odcinek serialu opowiada o próbach zamordowania Fidela Castro podejmowanych jeszcze w Meksyku, w czasie gdy w 1956 roku wraz z grupą towarzyszy przygotowywał się do powrotu na Kubę na pokładzie jachtu „Granma”. Natomiast w ostatnim odcinku przedstawiona została próba zamachu na Castro w czasie 10. Szczytu Iberoamerykańskiego w 2000 roku, udaremniona przez wywiad kubański. Ówczesny prezydent Kuby miał stracić życie podczas oficjalnej uroczystości na uniwersytecie w stolicy Panamy. Co prawda sąd skazał na karę więzienia niedoszłego zamachowca, terrorystę Luisa Posadę Carillesa, lecz następny prezydent Panamy, Mireya Moscoso, zastosowała wobec bandyty akt łaski. Sam Fidel Castro stwierdził, że próby zamordowania go były wykrywane „na różnych etapach ich przygotowywania”. Nie ulega wątpliwości, jak podkreślają jego zachodni biografowie, że była to nie tylko zasługa świetnie działającego kubańskiego wywiadu i kontrwywiadu: Fidela nierzadko ocalił szczęśliwy zbieg okoliczności. Tak było na przykład z planem otrucia kubańskiego przywódcy za pomocą pastylki cyjanku. Morderca miał ją wrzucić do jego ulubionego koktajlu czekoladowego w pewnej hawańskiej kawiarni, którą Fidel często odwiedzał na początku lat 60. ubiegłego stulecia. „W ostatnim momencie zamachowiec nie zdołał oderwać tabletki cyjanku od lodu, do którego przylgnęła w zamrażarce, gdzie ją ukrył.” – opowiedział Fidel Castro francuskiemu dziennikarzowi hiszpańskiego pochodzenia Ignacio Ramonetowi w wywiadzie-rzece, który ukazał się pod tytułem „Sto godzin z Fidelem”. Jednak „zachodni biografowie” wydają się zapominać o sprawie najważniejszej: Fidel Castro ocalał przede wszystkim dzięki poparciu i miłości ze strony społeczeństwa kubańskiego, w którego walce o wolność brał czynny udział i któremu – stojąc na czele rewolucyjnego rządu – zapewnił prawo do pracy, bezpłatnej służby zdrowia i edukacji na wysokim poziomie. ***
5.03.2010
Reżim w USA tłumi protesty Doprowadzeni do ostateczności studenci niezliczonych amerykańskich uczelni protestowali w czwartek przeciwko drastycznemu zmniejszeniu wydatków budżetowych na edukację i rosnącym kosztom opłat za studia. Policja w wielu miastach brutalnie stłumiła demonstracje. Aresztowano setki osób. W Kalifornii w ramach manifestacji zablokowano jedną z głównych autostrad w godzinach szczytu. W rejonie miasta Oakland służby zatrzymały tam ponad 150 osób. Na Uniwersytecie Wisconsin-Milwaukee aresztowano co najmniej 15 studentów protestujących przeciw rosnącym kosztom czesnego, uniemożliwiającego studentom z biednych rodzin dostęp do edukacji. Na kilkudziesięciu kampusach uniwersyteckich w całych Stanach Zjednoczonych protestowano w ramach akcji o nazwie „4 Marca – Dniem Akcji na rzecz Publicznej Edukacji". Reakcyjne władze stanowe zmniejszają pod przykrywką „kryzysu” fundusze na szkoły oraz uczelnie publiczne i komunalne. Agencja Associated Press – powołując się na ekspertów – informuje, że uczelnie czekają jeszcze cięższe czasy, gdyż niebawem wyczerpią się pieniądze pochodzące z rządowego pakietu pomocowego, który jak dotąd pozwolił na uniknięcie większych zwolnień bądź redukcji niektórych programów nauczania. Kto wie? Może i Polska już niedługo doświadczy pod rządami burżuazji całkowitej prywatyzacji nie tylko służby zdrowia ale i edukacji... Tak czy siak, przygotowania idą pełną parą, choć jeszcze niezbyt o nich głośno. ***
3.03.2010
Sprzedać Grecję wraz z Grekami Kapitalizm doprowadził Grecję (znaną z zabytkowych ruin) do – co akurat nie dziwi – ruiny i gospodarczej zapaści. Burżuazyjny rząd w Atenach płaszczy się przed swymi rodzimymi i zagranicznymi mocodawcami (np. Komisją Europejską i „rynkami finansowymi”), obiecując solennie, że dopilnuje, aby za kryzys zapłaciły jego ofiary – masy pracujące. Uczynił już pierwszy krok na tej drodze: przyjął liczący 4,8 miliarda euro „pakiet oszczędnościowy” (przewidujący m. in. wzrost podatku VAT o dwa punkty procentowe oraz drastyczne cięcia płac i premii). Sęk w tym, że eksploatowany przez imperializm kraj jest zadłużony na ponad 300 miliardów dolarów. Czym zatem zaspokoić wierzycieli? Burżuazyjne gadzinówki już się nad tym głęboko zastanowiły... Niemiecki brukowiec „Bild” zaapelował do greckiego rządu, aby... sprzedała część swego terytorium. Pomysł poparli swym „autorytetem” dwaj spece z reakcyjnej kliki władającej RFN. Artykuł, zatytułowany „Sprzedajcie przecież wasze wyspy, splajtowani Grecy... i Akropol razem z nim!”, ukazał się w przeddzień wiernopoddańczej wizyty greckiego premiera Jeorjosa Papandreu w Berlinie. Bulwarówka buńczucznie obwieściła: „Nawet jeśli brzmi to być może po wariacku, skoro musimy pomóc Grekom jeszcze miliardami euro, powinni coś za to dać – na przykład parę ich cudownie pięknych wysp egejskich. Motto: wy dostajecie węgiel. My dostajemy Korfu”. Jak dodała, spośród łącznie 3054 greckich wysp tylko 87 jest zamieszkałych, a hamburska firma obrotu nieruchomościami Vladi Private Islands oferuje obecnie bezludną wyspę w Grecji z ceną wywoławczą 45 mln euro. „Ekspert” finansowy współrządzącej liberalnej Partii Wolnych Demokratów (FDP) Frank Schaeffler powiedział: „Pani kanclerz nie może łamać prawa, nie wolno jej obiecywać Grecji żadnej pomocy. Greckie państwo musi się radykalnie pozbyć udziałów w firmach i posprzedawać również nieruchomości, na przykład niezamieszkałe wyspy”. Na tę samą nutkę śpiewa Josef Schlarmann, szef działającego w ramach CDU/CSU Stowarzyszenia Średniej Przedsiębiorczości (MIT): „Bankrut musi zamienić na pieniądze wszystko, co ma – by zaspokoić swych wierzycieli. Grecja posiada budynki, firmy i niezamieszkałe wyspy, które można wykorzystać na spłatę długów”. Jakie budynki? Wskazówką może być fotomontaż „Bilda”, który ukazuje ateński Partenon na tle mapy Grecji. Podpis głosi: „Akropol ma szacunkową wartość 100 miliardów euro”. Tymczasem mieszkańcy Hellady nie mają wcale zamiaru iść, niczym owieczki na strzyżenie: Ponad 300 członków greckiego komunistycznego związku zawodowego (Pame) okupuje ministerstwo finansów w Atenach, aby zaprotestować przeciwko próbom uczynienia z Greków niewolników kapitału. Związkowcy nie wpuścili do budynku pracowników ministerstwa, a nad wejściem umocowali wielki transparent z napisem: „Powstańcie, aby program nie został wprowadzony”. Ponadto Komunistyczna Partia Grecji zaplanowała na czwartkowy wieczór manifestację w Atenach. Jak widzimy – walka trwa. Nasi greccy Towarzysze stoją przed wielkim wyzwaniem. Może się bowiem okazać, że światowy łańcuch imperializmu jest najsłabszy właśnie w ich kraju. A to pociągnie za sobą daleko idące konsekwencje... ***
1.03.2010
Niewolnicy są na świecie... Chociaż dominacja ustroju niewolniczego na naszej planecie jest już melodią zamierzchłej przeszłości, po tym jak został wyparty przez bardziej nowoczesne formacje: feudalizm, a następnie przez kapitalizm (wraz z towarzyszącą mu nową formą zniewolenia – niewolnictwem najemnym), to jednak kupowanie i sprzedawanie ludzi w sposób jaki znamy choćby ze starożytnego Rzymu, nie należy dziś do rzadkości. Wręcz przeciwnie. Dobitnie udowadnia to amerykański pisarz Benjamin Skinner w swej nowej książce „Zbrodnia. Twarzą w twarz ze współczesnym niewolnictwem”. „Jeśli przyjąć definicję proponowaną przez Benjamina Skinnera, że niewolnicy to ludzie przemocą lub podstępem zmuszani do pracy, za którą nie otrzymują wynagrodzenia, poza tym co jest im niezbędne do przeżycia, to na świecie żyje ich dziś aż 27 milionów. - relacjonuje Agnieszka Waś-Turecka dla portalu Interia.pl – Tylko w samej Azji zniewolonych jest ponad 10 milionów ludzi. Organizacje zajmujące się problemem niewolnictwa podkreślają jednak, że ostatecznych liczb nie sposób podać – wszak ofiary nie ustawiają się do ankieterów w kolejce.” Kapitalizm twórczo nawiązuje do „dorobku” poprzedzających go ustrojów. Nic w tym dziwnego, bowiem wszystkie one opierają się na wyzysku człowieka przez człowieka. I tak oto „w krajach rozwiniętych najliczniejszą kategorię stanowią niewolnicy seksualni, co wynika z zalegalizowania prostytucji lub po prostu jej tolerowania. Na Bliskim Wschodzie dominuje wykorzystywanie niewolników jako służących w domach. Na subkontynencie indyjskim przeważa pętla zadłużenia, a zniewoleni nią ludzie, najczęściej z najniższej kasty, pracują w młynach, fabrykach dywanów i kamieniołomach.” Fakty przytoczone w książce oszałamiają i przerażają. Niczym papier ścierny zmazują z twarzy czytelników wyraz ulgi „Uff. Całe szczęście, że mnie to nie spotka”. Dlaczego nie spotka?! Nawet Trybunał Konstytucyjny pozostawił sobie furtkę dla tolerowania wyzysku choćby w formie niewolnictwa. Nie wierzycie? W komunikacie prasowym po rozprawie dotyczącej tzw. „ustawy dezubekizacyjnej”, większość składu sędziowskiego z namaszczeniem stwierdziła: „Z konstytucyjnej zasady ochrony zaufania do państwa i stanowionego przez nie prawa nie wynika bowiem, że każdy, bez względu na cechujące go właściwości, może zakładać, że unormowanie jego praw socjalnych nie ulegnie nigdy w przyszłości zmianie na jego niekorzyść.” Również Stany Zjednoczone (przedstawiane jako „opoka praw człowieka”) nie mają się czym chwalić: „Williathe Narcisse (…) urodziła się w 1987 roku w Port-au-Prince. Sześć lat później zmarła jej matka – jedyna rodzina. Kobieta, u której pracowała matka Williathe, wzięła dziewczynkę do siebie jako restaveka (niewolnika). Trzy lata później jej panią odwiedziła siostra, Marie Pompee, na stałe mieszkająca w USA. Obiecała, że zabierze Williathe ze sobą na Florydę. Oczywiście jako niewolnika. Mimo to dziewczynka cieszyła się z wyjazdu. Liczyła, że w USA będzie jej lepiej. O ile jednak na Haiti Williathe wiodła ciężkie życie restaveka, o tyle po przemycie do Ameryki jej życie zmieniło się w pełen przemocy koszmar. W Miami szybko okazało się, że dziewczynka musi sprzątać ogromny dom państwa Pompee i zajmować się dwójką najmłodszych dzieci. Spała w małym łóżku w pokoju gościnnym, posiłki jadała sama w kuchni. Marie nazywała ją dziwką „taką samą jak jej matka” i biła pejczem, a dzieci nienawidziły. Zgodnie z prawem posłano ją do szkoły podstawowej, jednak z powodu przemęczenia i natłoku pracy słabo radziła sobie z nauką. Poza szkołą nie wolno jej było wychodzić z domu. Kilka tygodni po przyjeździe najstarszy syn Pompee, Willy Junior, zgwałcił ją po raz pierwszy. Nie wiedziała, co się z nią dzieje. Wiedziała tylko, że boli. Gdy powiedziała o tym Marie, ta oskarżyła ją o kłamstwo. Gwałty trwały i stawały się coraz brutalniejsze. Niekiedy Williathe ledwo trzymała się na nogach.” Ostatecznie niewolnica miała szczęście, gdyż dyrektorka szkoły zawiadomiła organa ścigania. Jednak owe organa okazały się niezbyt udolne: „Gdy Willy Junior dowiedział, że dziewczynka przebywa w rękach policji, uciekł. (…) Zanim służby bezpieczeństwa zdążyły się zorganizować, razem z ojcem wyjechał do Port-au-Prince i „znikł”. Jego matkę w 2004 roku skazano na sześć miesięcy więzienia za udzielanie schronienia nielegalnemu imigrantowi. Sędzia dał wiarę jej zapewnieniom, że nie wiedziała o gwałtach.” I na tym się skończyło. „Codzienne serwisy informacyjne pełne są doniesień o tym właśnie wymiarze handlu ludźmi. W „Zbrodni” autor przytacza tylko niektóre z nich – licytacji prowadzonych w kawiarniach na lotnisku Gatwick, gdzie serbski alfons kupił raz dwie zapłakane nastolatki z Litwy, historię rzymskiego stręczyciela, który wrzucał swoją niewolnicę do lodowatej wody, za każdym razem gdy nie zarobiła w ciągu nocy wystarczającej kwoty, aukcji organizowanych przez albańskich handlarzy, na których kobiety wystawiane były nago, a nabywcy obmacywali je jak bydło, czy wreszcie brutalnych morderstw kobiet wywożonych na Wschód, którym ucinano głowy lub zakopywano żywcem.” Niewidzialna ręka rynku wyrażająca się w prawie popytu i podaży dba, aby – przy wielkiej liczbie chętnych – „towaru” nie brakowało. Jest to tym prostsze, że żelazny pierścień imperialistycznej blokady zdławił ZSRR i kraje demokracji ludowej – ostatnie bastiony praw człowieka. „Najczęściej niewolnice trafiają na tzw. „łowców” - amatorów turystyki erotycznej, którzy „wolą nie wiedzieć”. Skupieni wokół forum internetowego Międzynarodowego Przewodnika po Usługach Seksualnych wymieniają się doświadczeniami i radami. Polecają, gdzie są „najlepsze” burdele, wymieniają się informacjami na temat „dziewczyn”, narzekają na zbyt wysokie ceny.” Po zwycięstwie kontrrewolucji, w niewolę dostały się tysiące obywatelek byłych krajów socjalistycznych, a kapitalistyczni żołdacy czują się całkiem swobodnie: „Autor wylicza: proces najemników Pentagonu, którzy trzymali niewolnice seksualne z Europy Wschodniej w rezydencjach w Bośni i Hercegowinie, w Kongo zmuszali dziewczyny do niewolniczej prostytucji, a w Kambodży i Erytrei kupowali niewolnice seksualne.” Lecz żadne wyroki sądowe wydane na garstkę zbrodniarzy nic nie zmienią, jeżeli my wszyscy będziemy bierni, pozwalając kapitalizmowi na dalsze istnienie. Czego najbardziej lękają się ci, którzy czerpią zyski z handlu ludźmi? „Hurtownik z kanadyjskiej prowincji przyznał: „Bieda jest dobra. Tak właśnie. Powiedziałem to. Dla takich jak my bieda jest dobra, ponieważ dzięki niej kobiety nie robią się aroganckie, rozpuszczone i wymagające. Zastanówcie się tylko, jakie kraje słyną z najlepszych kobiet. Co je łączy? Tak właśnie – bieda”. Nędza, którą niesie ze sobą kapitalizm, ma stłumić w ludziach opór, sterroryzować ich i zniechęcić do walki o godne życie. Oto czym jest kapitalizm: Totalitarnym systemem w całej rozciągłości – system ten ogranicza ludzką wolność i niszczy ludzkie życie w sposób totalny, nie wspominając o tym, jak dążenie do maksymalizacji zysków niszczy i ogranicza inne dziedziny (kultura, sztuka, nauka): od dzieciństwa, gdzie jesteśmy karmieni przemocą i konsumpcjonizmem, poprzez wiek dorosły, w którym jesteśmy bezwzględnie podporządkowani dyktaturze wielkich właścicieli firm, tak że każda próba sprzeciwu kończy się w najgorszy możliwy sposób, czyli poprzez pozbawienie człowieka pracy czyli zniszczenie podstawy jego egzystencji. Ta dyktatura jest tak wielka, że ludzie chodzą ze spuszczonymi głowami, bojąc się odezwać a na pewno bojąc się mówić otwarcie prawdę. Totalitaryzm ten kończy się wraz z naszym życiem, gdy zostajemy wyrzuceni na śmietnik jak niepotrzebne, zużyte narzędzia. Pozostaje pytanie: Czy pogodzimy się z narzuconym nam wszystkim zbrodniczym porządkiem? Czy zaniechamy walki? Komuniści mówią: „Przenigdy! Wyślemy wszystkie ustroje oparte na wyzysku tam, gdzie ich miejsce. Na śmietnik historii!” |