banner
 Start   Aktualności   Dokumenty
 Brzask
 Galeria
 Świat
 Historia
 Forum
 Kontakt
 Linki

Sierpień 2009

***

28.08.2009

Kapitalizm nie dodaje skrzydeł...

Czeskie linie lotnicze CzSA upadają. 20 lat kapitalizmu w połączeniu z nieudolnością dyrekcji skrzydlatego przewoźnika, doprowadziły CzSA na krawędź bankructwa. W pierwszym półroczu 2009 roku straty przedsiębiorstwa wyniosły 71 milionów euro, a do końca roku wyniosą prawdopodobnie około 100 milionów euro. Oczywiście jako lek na całe zło przedstawiana jest prywatyzacja, ale o nią – w czasach obecnego kryzysu kapitalizmu – wcale nie będzie łatwo. Zresztą nie jest to żadne lekarstwo, a jedynie placebo. Jeśli prywatyzacja jest leczeniem, to rodem ze średniowiecza, wykwitem chciwości i ignorancji.

Tymczasem dyrekcja CzSA zapowiedziała zredukowanie w najbliższym czasie zatrudnienia o 860 osób. Niczym przeżute gumy do żucia zostanie wyrzuconych 25% personelu latającego i 15% pracowników administracji, przy ogólnym dotychczasowym zatrudnieniu wynoszącym 4.600 osób. Planowane jest też zredukowanie (tak eufemistycznie nazywa się kradzież dokonywaną w majestacie kapitalistycznego ustroju) pensji pilotów o 30 %., a pozostałych pracowników – o 15 %.

To wszystko jedynie wstęp do wzmożenia wyzysku ludzi pracy. Ale czescy robotnicy dobrze wiedzą, kto jest ich wrogiem, a kto przyjacielem. Są oburzeni, gdy dowiadują się, jak prawicowy kolejne burżuazyjne rządy z premedytacją oraz uśmiechem na ustach doprowadzały CzSA do katastrofy. Pavel Hojda z Komunistycznej Partii Czech i Moraw przypomniał w komunistycznym dzienniku Halo Noviny, że do 2006 czeskie linie lotnicze miały przed sobą obiecujące perspektywy rozwoju. KPCziM ostrzegała, aby tej szansy nie zaprzepaścić, ostrzegała, że siły reakcji dążą do zniszczenia państwowego przewoźnika. Na próżno – głos rozsądku utonął w hałasie antykomunistycznego bełkotu.

9 i 10 października odbędą się wybory do czeskiego Sejmu, a wtedy zwalniani z pracy, wyzyskiwani i poniżani obywatele Republiki Czeskiej, którzy stanowią przecież większość społeczeństwa, zdecydują, czy są gotowi na kolejne lata życia w nieludzkim ustroju narzuconym Europie Wschodniej przed dwoma dekadami.


***

25.08.2009

Wielki Głód w Indiach

W południowo-wschodnich Indiach rzesze rolników, zmagających się z długami i suszą, popełniło w ostatnich tygodniach samobójstwo – informuje agencja AP, powołując się na miejscowych działaczy społecznych i polityków. Niemal codziennie gazety w stanie Andhra Pradeś piszą o kolejnych samobójstwach.

W stanie tym, który ucierpiał z powodu zbyt małych w tym roku deszczów monsunowych, z rolnictwa utrzymuje się 70 proc. mieszkańców. Oficjalnie samobójstwo w ciągu ostatnich sześciu tygodni popełniło 25 rolników, jednak zdaniem opozycyjnych polityków i stowarzyszeń rolników w rzeczywistości było ich o wiele więcej. Ostrożni badacze mówią o setkach śmiertelnych ofiar suszy i jej następstw

Samobójstwa wśród rolników stały się w ciągu ostatnich lat powszechnym i przybierającym na sile zjawiskiem w Andhra Pradeś i innych centralnych regionach Indii, gdzie coraz większa liczba chłopów popada w długi. Dla rodzin zarabiających mniej niż 2 dolary dziennie, 300 dolarów długu może okazać się wyrokiem śmierci.

W panującym w Indiach ustroju kapitalistycznym, rolnicy zadłużają się, by kupić nawozy, narzędzia do nawadniania i nasiona. Zdaniem ekspertów opierających się na rządowych danych, w latach 2002-2006 samobójstwo popełniało w Indiach ponad 17,5 tys. rolników rocznie. Od 1997 roku zabiło się ich co najmniej 160 tys. W tym roku nad Andhra Pradeś spadło o połowę mniej deszczów niż zazwyczaj. Olbrzymie zniszczenia dotknęły zwłaszcza wymagające intensywnego nawadniania uprawy ryżu, trzciny cukrowej i bawełny.

Jednak sama przyroda nie poczyniła nigdy tylu spustoszeń, co system oparty na wyzysku. Nie bezlitośnie obojętne siły natury, ale ludzie zgotowali ludziom taki los. Podczas, gdy miliony tracą zdrowie i życie w wyniku nędzy, chorób i niedożywienia, rośnie bogactwo obszarników i kapłanów. Świątynie i olbrzymie latyfundia wydzierają chłopom nawet ich skromne poletka i zmuszają ich do morderczej pracy dla garstki opływających w dostatki „szczęśliwców”.


***

22.08.2009

Adolf Hitler i 140 rozbójników

„Elity” polityczne i intelektualne Niemiec zgodnym chórem przerzucają odpowiedzialność za wybuch II Wojny Światowej na... Stalina. Mało tego! Jeżeli cokolwiek mają za złe swemu „ukochanemu Fuehrerowi”, to tylko to, że efektem rozpętanej przez niego ludobójczej masakry (niestety takie określenie z ich ust nie pada) była przegrana „Wielkiej Rzeszy” i wkroczenie wyzwolonych przez Armię Czerwoną państw na drogę ku socjalizmowi.

O czym mowa? Ano o oświadczeniu wystosowanym przez 140 niemieckich i intelektualistów (Jeżeli tacy ludzie nazywają siebie intelektualistami, to pozostaje współczuć zachodnim sąsiadom), którzy apelują do Europy, „by świętując 20. rocznicę upadku żelaznej kurtyny, nie zapomniała o okolicznościach, w których 70 lat temu kontynent podzielono”. Tradycyjnie obrywa się Stalinowi, który zawarł porozumienie z Hitlerem w celu uchronienia Kraju Rad przed przedwczesnym wciągnięciem do konfrontacji z militarną machiną III Rzeszy. Przed starciem z przeciwnikiem, na które ZSRR nie było jeszcze gotowe. Choć nawet najbardziej wrodzy Stalinowi historycy przyznają, że niepodpisanie paktu Ribbentrop-Mołotow nie uchroniłoby Polski przed hitlerowskim najazdem, to sygnatariusze listu puszczają te argumenty mimo uszu. Lecz treści oświadczenia nie należy tłumaczyć ignorancją jego twórców. O nie! Oni dobrze wiedzą, czego chcą. Zdają sobie sprawę, że napaść Hitlera na Związek Radziecki we wrześniu 1939 z pewnością skończyłaby się całkowitą klęską Kraju Rad, umożliwiłaby III Rzeszy wygranie wojny, wymordowanie wszystkich „nie-Aryjczyków”, uczynienie z reszty ludzkości niewolników i osiągnięcie hegemonii na światowym rynku.

Orwell pisał: „Kto kontroluje przeszłość, kontroluje przyszłość. A przeszłość kontroluje ten, kto kontroluje chwilę obecną”. Nic więc dziwnego, że taki list powstał. W dobrym guście jest dzisiaj nabijanie się z ostrzeżeń przed niemieckim rewizjonizmem. A przecież burżuazja rządząca Niemcami, po aneksji NRD i ugruntowaniu swej pozycji współwładcy Unii Europejskiej, nie porzuciła wcale planów „Drang nach Osten” i podporządkowania sobie co najmniej Europy. Dwie wojny światowe nauczyły ją jednak cierpliwości i przebiegłości. Po cóż zbrojne starcie, jeśli można osiągnąć cel o wiele bardziej subtelnymi metodami? Przez pół wieku na drodze kapitalistów niemieckich stała robotniczo-chłopska Niemiecka Republika Demokratyczna. Dlatego po „zjednoczeniu” Niemiec (a w rzeczywistości po podbiciu NRD), władcy RFN postanowili wyniszczyć środowiska lewicy za pomocą kampanii oszczerstw, szantażu, masowych zwolnień i represji policyjnych. Stawką są tu gigantyczne zyski, więc kapitaliści uznali wszystkie chwyty za dozwolone.

Przyjrzyjmy się sygnatariuszom listu: Marianne Birthler - szefowa Urzędu ds. Akt Stasi i Fundacji Badań nad Dyktaturą w NRD, były enerdowski „dysydent” Wolfgang Templin, prof. Rita Süssmuth - była przewodnicząca Bundestagu, Joachim Gauck - I szef Urzędu ds. Akt Stasi, historycy Arnulf Baring, Dieter Bingen i Heinrich Winkler, publicyści, politycy. Również działacze SPD (Socjaldemokratycznej Partii Niemiec) poparli tezy środowisk „opiniotwórczych”, stając się godnymi następcami przedwojennej SPD, która wolała walczyć przeciwko komunistom niż Hitlerowi. Dla partii i jej członków skończyło się to tragicznie...

Tego typu akcje są bardzo złym znakiem dla sąsiadów RFN. Wystarczy obejrzeć filmy nakręcone w ciągu ostatnich 10 lat przez niemieckie wytwórnie: Coraz bardziej wybielają nazizm, a jako pozytywnych bohaterów przedstawiają faszystowskich zbrodniarzy. W filmie „Jeniec: Jak daleko nogi poniosą” z 2001 roku, pozytywnym bohaterem jest hitlerowski żołnierz mordujący partyzantów. Skazany za to na pobyt w łagrze, usiłuje uciec do kochającej żony i słodkiej „aryjskiej” córeczki. Zgodnie z zamysłem reżysera, widz ma kibicować bandycie uciekającemu przed wymiarem sprawiedliwości. Natomiast zgodnie z planami sygnatariuszy „Listu 140” i ich mocodawców, mamy współczuć nie ofiarom nazizmu, ale ludom Europy środkowo-wschodniej, które dzięki rządom komunistów odbudowały swe kraje z gruzów.

Zgodnie z życzeniem „elit” zza Odry, mamy nienawidzić nie hitlerowców (w końcu ten totalitaryzm to zdaniem mediów pestka w porównaniu z „totalitaryzmem sowieckim”), lecz ludzi, którzy poświęcali życie walcząc przeciwko nim. Mamy uwierzyć, że II Wojna Światowa skończyła się nie upadkiem III Rzeszy, ale państw demokracji ludowej. Mamy uwierzyć, że my – Polacy, Czesi, Słowacy, Rosjanie, Białorusini, Ukraińcy, Romowie, Żydzi, że my – ocaleni od śmierci z rąk hitlerowskich katów, musimy za to przepraszać ideowych spadkobierców tych, którzy stworzyli Dachau i Auschwitz. Mamy w to uwierzyć? Wolne żarty!


***

20.08.2009

O kłamstwach i kłamstewkach...

Zbliżająca się rocznica paktu Ribbentrop-Mołotow stała się dla wszystkich antykomunistów, ignorantów oraz pogrobowców faszyzmu znakomitą okazją do zakrojonej na szeroką skalę manipulacji faktami. Cel jest jasny – zrównać ze sobą nieporównywalne: Ofiary i zbrodniarzy, dobro i zło, komunizm i nazizm...

O opamiętanie wzywają nawet niektóre zagraniczne środki masowego przekazu. Dobrym przykładem jest socjaldemokratyczny brytyjski The Guardian, który w swoim specyficznym stylu (rojącym się od dziwacznych sformułowań typu „stalinizm” czy „państwo komunistyczne”) ostrzega, że zabawa w historyków może mieć katastrofalne następstwa: „Sprawa ta jest jednak istotna, bo kryją się za nią nieprzyjemne zabiegi wielu polityków bałtyckich i środkowoeuropejskich, by zrównać stalinizm z nazizmem lub nawet uznać stalinizm za gorszy. Politycy ci, zaniepokojeni utrzymującą się siłą dawnych partii komunistycznych w regionie, uciekają się do równania nazizm-stalinizm, by dyskredytować wszelkie partie lewicy (…). Jest to także słabo maskowana próba zachowania skrajnej nieufności, jeśli nie otwartej wrogości, wobec dzisiejszej Rosji”.

Gazeta przypomina, że do końca 1941 r. Niemcy (z miejscowymi pomocnikami i żołnierzami rumuńskimi) zabili w Związku Radzieckim i państwach bałtyckich milion Żydów. To tyle, co w Auschwitz podczas całej wojny. „Guardian” podkreśla, że Hitler ma na sumieniu: 5,7 mln Żydów, około 4 mln obywateli ZSRR zagłodzonych przez Niemców na śmierć i co najmniej 750 tys. cywilnych ofiar zbiorowych represji. Nie mówiąc o mniejszościach narodowych i wszystkich innych ofiarach rozpętanej przez nazistów (wyniesionych do władzy dzięki wsparciu niemieckiej burżuazji, pod sztandarem „walki z komunizmem” i „oczyszczenia świata z podludzi”) wojny totalnej. Wojny, w której celem było wymordowanie jak największej liczby ludzi i zdobycie przez kapitalistów III Rzeszy hegemonii na światowym rynku.

Trzeźwi historycy zaznaczają, że hipokryzją jest potępianie paktu ZSRR z III Rzeszą zawartego 28.08.1939 przy jednoczesnym przemilczaniu haniebnej zmowy „zachodnich demokracji” z Hitlerem w Monachium z 1938 roku. Zmowy, która przewidywała wchłonięcie demokratycznej Czechosłowacji przez hitlerowską bestię. Oczywiście bez pytania o zdanie samych Czechosłowaków i ich rządu. Mało tego! Wbrew ich wyraźnemu sprzeciwowi! Związek Radziecki – usiłujący stworzyć w porozumieniu z krajami kapitalistycznymi system zbiorowego bezpieczeństwa przeciwko groźbie nazistowskiego najazdu – pojął, że został zupełnie sam. Anglia i Francja, będąc same nieprzygotowane do wojny, usiłowały grać na zwłokę i w tym celu pchały III Rzeszę do marszu na wschód, po wymarzoną przez Hitlera „przestrzeń życiową”. Natomiast rządzona przez sanacyjną dyktaturę Polska darzyła większą nienawiścią Kraj Rad niż hitlerowskie Niemcy. Brak trzeźwej oceny sytuacji i przyjęta taktyka kluczenia między dwoma dużymi sąsiadami pchnęły rząd II RP do odrzucenia radzieckiej prośby o pozwolenie na przemarsz wojsk (mimo wniosków Anglii i Francji).

Cóż jeszcze można dodać? Osobom, które nie odróżniają nazizmu od komunizmu, dedykuję trafną wypowiedź jednego z towarzyszy:

„Faszyzm jest ostatnią bronią kapitalizmu, po który sięga rządząca burżuazja, gdy rzeczy zaczynają wymykać się spod kontroli. W momencie kiedy sprzeczności kapitalizmu osiągają punkt kulminacyjny, zwłaszcza w okresach kryzysowych, napięcie społeczne narasta i grozi samemu systemowi. Zwłaszcza, że na horyzoncie rysuje się widmo komunizmu.

Tuż przed dojściem faszystów do władzy, Niemiecka Partia Komunistyczna zdobyła w wyborach do Reichstagu sześć milionów głosów. Burżuazja niemiecka, przerażona tym faktem zdecydowała się na ograniczenie wolności demokratyczno-liberalnych, ustanawiając terrorystyczną dyktaturę burżuazyjno-nacjonalistyczną. Partia nazistowska została powołana przez burżuazję w celu zniszczenia niemieckiego ruchu robotniczego. Działaczy komunistycznych i związkowych mordowano oraz umieszczano w obozach koncentracyjnych (np. Dachau). Podobny mechanizm można zaobserwować także w innych krajach, takich jak Hiszpania, Chile itd.

Aby oszukać i omamić klasę robotniczą, burżuazyjna partia nazistowska, reprezentująca interes wielkiego kapitału monopolistycznego (dość wspomnieć że była finansowana przez takie podmioty jak Krupp, Siemens, IBM i inne), nazwała się partią narodowo-socjalistyczną i zapożyczyła część haseł socjalistycznych w celu zdobycia poparcia klasy robotniczej.

Przypadkowe zbieżności w programie NSDAP i komunistów wynikały z zapożyczenia przez faszystów sloganów pochodzących z programu komunistycznego, jedynie w celu oszukania klasy robotniczej. W rzeczywistości zaś cała polityka nazistów była skrajnie reakcyjna i antyrobotnicza. Zmierzała do krwawej rozprawy z ruchem robotniczym i bezwzględnej dyktatury nacjonalistycznej burżuazji. Nie mieszajmy rzeczy skrajnie od siebie różnych.”


***

16.08.2009

Rozmaitości z „Wolnego Świata”

W reżimowych mediach można znaleźć naprawdę smakowite rodzynki, które – po dokładnym przyjrzeniu się im – okazują się być tylko dekoracją na wyjątkowo niestrawnym torcie:

1) „Pracodawca bił, kopał i straszył, że podpali. Odciął wodę i dostawy jedzenia” – to nie o właścicielu niewolników na plantacjach w Brazylii w XIX wieku, a o pracodawcy Polek zbierających truskawki w XXI wieku w „przodującym” kraju Unii Europejskiej, w Holandii, kilkaset kilometrów od Brukseli. Holenderska „opinia publiczna” zapłonęła świętym oburzeniem… i tyle. Facet nie chce płacić i nikt go nie zmusić nie może. A ewentualności, że z obozu państw socjalistycznych nadejdzie pomoc i odmiana losu – nie ma. A skoro nie ma, to po co kapitaliści mają przestrzegać prawa? Prawo w kapitalizmie służy przecież trzymaniu w ryzach słabych, nie zaś kapitału. Robotnicy w sierpniu 1980 walczyli o zlikwidowanie przywilejów nomenklatury i socjalistyczną odnowę, a wywalczyli sobie gorsze niż niewolnicze warunki (właściciel jakoś żywił, odziewał i zapewniał nocleg niewolnikom – teraz ludzie muszą utrzymać się sami i żebrać o środki na przeżycie).

2) „Pensje urzędników ciągle rosną” – mimo głośnych gadek i połajanek premiera Tuska, pensje w urzędach wzrosły o 2,4 miliarda złotych (15 sierpnia w Warszawie nie było defilady by zaoszczędzić 1/2 400 000 tej kwoty). Ale jaki „silny premier” pozwoli sobie na niezadowolenie aparatu administracyjnego (i właścicieli mediów), na których poparciu opiera się jego władza. Chyba że byłby to silny premier popierany przez szerokie rzesze ludzi pracy, świadomych swych celów i walki, wbrew mediom i aparatowi. Jak w sierpniu roku 1980. Ale niestety nie jak we wrześniu 1980, gdy prokapitalistyczna agentura rodem z KOR przejęła kontrolę na zrywem robotniczym.

3) „Blisko 3000 bezrobotnych pracowało nielegalnie!” Bandziory! Nielegalnie tzn. na czarno lub na zlecenie, mimo że byli zarejestrowani jako bezrobotni! Z tego ok. 700 pobierało zasiłek! A powinni wyżyć z zasiłku na brukwi i łupinach od kartofli! A reszta powinna wyżyć bez zasiłku, np. z odmawiania różańca. Zachciało im się dorabiać, oszuści! Prezes Banku BPH uczciwie zarabia ponad 4 mln rocznie, a oni? Hańba! I proszę – prezes banku, a jaki uczciwy, a tamci – łamią prawo! Warto dodać, że – pewnie w ocenie tych mediów – na szczęście pozostałe 3 miliony bezrobotnych rzetelnie przymiera głodem i prawa nie łamie.

4) Kryzys w USA szaleje, pensje spadają! Najlepiej zarabiający prezes w USA zarobił zaledwie 702 mln USD (ponad dwa miliardy PLN). I co on biedny za to kupi? Ledwie mu na waciki kosmetyczne starczy. Całe szczęście, że Barack Obama, postanowił z podatków od robotników (oczywiście tych co jeszcze mają pracę) dokapitalizować prywatne przedsiębiorstwa. Dzięki temu uda się zaradnym chłopakom wyrwać jeszcze trochę kasy i jakoś… dokończyć budowę rezydencji na Seszelach.

5) „W Polsce ma być produkowany nowy miejski pojazd elektryczny, który może przejechać 100 kilometrów za jedynie trzy złote. SAM – to robocza nazwa tego połączenia samochodu i motocykla. Pierwsze egzemplarze tego auta zostały już zmontowane w podwarszawskim Pruszkowie. Firma ma już zamówienia z zachodniej Europy na kilkaset sztuk tego pojazdu” – stoi w artykule „Pulsu Biznesu” - niezawodnego magazynu, zasłużonego w dostarczaniu niepodważalnych argumentów za słusznością bycia komunistą. O dziwo, czasopismo nie apelowało tym razem o sprywatyzowanie kopalń, bo w państwowych górnicy zarabiają (o zgrozo!) dwa razy tyle co w prywatnych. Należy mieć nadzieję, że „SAM” nie podzieli losu modelu „BESKID”, opracowanego w FSM w 1979 roku, a sprzedawanego od 1989 jako Renault TWINGO, już w kilka tygodni po tym, gdy wygasła ochrona patentowa najbardziej nowatorskiego nadwozia i najekonomiczniejszego spalania (4,5 l/100 km, 30 lat przed volkswagenem Lupo). Możliwe, że w Renault wiedziano na kilka lat naprzód, że ktoś w PRL na pewno „przeoczy” przedłużenie opłat za ochronę patentową. Ciekawe co wtedy robiło SB?

6) „Ministerstwo Obrony Narodowej popełniło strategiczne błędy w modernizacji uzbrojenia polskich wojsk, a ofiarami tych błędów mogą stać się nasi żołnierze w Afganistanie” – podał nie nasz „Dziennik”. Sprzęt się w Afganistanie nie sprawdza! A może MON kupował sprzęt do obrony naszego kraju, a nie do prowadzenia działań pacyfikacyjno-okupacyjnych w dzikich ostępach środkowej Azji!? W latach „sowieckiej dominacji i zniewolenia” jakoś „sterujący Układem Warszawskim moskiewski reżim” Polaków do Afganistanu nie wysyłał. Natomiast „suwerenna i niepodległa” III RP – i owszem. Wystarczy, że „krzewiciele wolności i demokracji” z Waszyngtonu wyrażą takie życzenie.


***

14.08.2009

Pecunia non olet

Tygodnik „Fakty i mity” w numerze 33 (493) z 14 sierpnia ujawnia kolejne wstrząsające szczegóły dotyczące ciemnych interesów watykańskich dostojników. Wyszło wreszcie na jaw, skąd obóz imperialistyczny czerpał wsparcie – nie tylko duchowe – w antykomunistycznej krucjacie... Pozwolę sobie zacytować:

„Rewelacje odnalezione w stosach dokumentów watykańskiego prałata Renato Dardozziego (sam kazał je opublikować, ale dopiero po swojej śmierci) dowodzą, że prawdopodobnie mamy do czynienia z najbardziej kryminalną, mafijną i przestępczą organizacją w dziejach (…). Prałat Dardozzi (papieski minister finansów) został następcą bp. Marcinkusa i teoretycznie miał za zadanie uzdrowić watykańskie aktywa. Uzdrowić w sensie pozbycia się mafijnych konotacji setek tajnych kont. Dziarsko zabrał się do pracy, jednak już na początku otrzymał „polecenia z samej góry” (jak myślicie, co to może znaczyć?), aby „sprawy pozostawić swojemu biegowi, niczego nie zmieniając”. (…)

Co więc uczynił? Zaczął tworzyć i kolekcjonować kserokopie dokumentów świadczących o miliardowych transferach wypranych pieniędzy pochodzących z hazardu, prostytucji, pornografii (także dziecięcej), lichwy, handlu ludźmi i tym podobnej ohydy. Ale to nie wszystko. Nowy watykański bankier zebrał pliki dokumentów potwierdzające, że różne odłamy europejskiej i azjatyckiej mafii – wespół z watykańskimi mocodawcami i poprzez ich bank – wpływały na sytuację polityczną sporej części świata. Włosi przecierają oczy ze zdumienia. Okazuje się teraz, że większa część ich jakoby wolnych wyborów na Półwyspie Apenińskim była sterowana pieniędzmi mafii, transferowanymi via Banco Vaticano. Gdy ktoś miał wystarczająco dużo środków, mógł bez trudu pognębić przeciwników. Ba, całe partie polityczne. (…) Mało tego, Watykan pozakładał specjalne konta finansujące w różnych częściach świata przywódców państw i pomniejszych decydentów”.

Walcząc przeciwko komunistom, możni tego świata nie żałowali pieniędzy, ani nie przebierali w środkach. Tygodnik kontynuuje: „Co jeszcze historycy odnajdą w tych papierzyskach? Coraz głośniej mówi się, że są w nich dowody na finansowanie przez USA via Banco Vaticano swoich tajnych służb” (np. przejmującej trwogą formacji o nazwie Operacje Konsularne) zajmujących się najbrudniejszą robotą na świecie – mordowaniem przeciwników politycznych. Zastraszaniem ich żon, córek, matek...”

Przedstawiciele Kościoła i watykaniści nabrali wody w usta. Przekupywani ponoć przez Banco Vaticano politycy (jak były premier Andreotti) zasłaniają się niepamięcią, a światowa opinia publiczna jest oburzona skalą nieprawości. Tymczasem w Polsce, żadne z mediów (prócz uparcie drążących temat „Faktów i mitów” oraz „Wyborczej”, która jednak dziwnie zamilkła) nie powiadomiło obywateli o głośnej przecież aferze. Najwidoczniej uznają, że należy dalej katować „ciemny lud” (jak nazywają rodaków) bajkami o krwiożerczych „totalitarnych” komunistach, nie zaś informować rzetelnie o prawdziwych, rzeczywistych zbrodniach i matactwach. To przeraża najbardziej.


***
12.08.2009

Ile jeszcze krzywd?!


Międzynarodowy Komitet na rzecz Uwolnienia Pięciu Kubańczyków zaapelował do wszystkich ludzi dobrej woli:

Od dziesięciu lat Stany Zjednoczone systematycznie naruszają prawo do odwiedzin rodzinom więźniów Gerardo Hernández i René González aby złamać wolę i odwagę tych mężczyzn, którzy wraz z Fernando Gonzalezem, Ramón Labanino i Antonio Guerrero przebywają niesłusznie w więzieniu za monitorowanie antykubańskich organizacji terrorystycznych z siedzibą w Miami.

15 lipca b.r. Departament Stanu po raz dziesiąty odmówił udzielenia wizy Adrianie Perez, żonie Gerardo Hernandeza. Argumentem jakiego użyto tym razem było to, że Adriana ”stanowi zagrożenie dla stabilizacji i bezpieczeństwa narodowego Stanów Zjednoczonych”.

Oburzające potwierdzenie, że po 95 dniach oczekiwania, przepełnionych nadzieją na zmiany obiecane przez nową administrację, Pani Hilary Clinton, aktualna Sekretarz Stanu zastosowała ten sam argument co jej poprzedniczka Condolezza Rice.

Kraj, który obwołuje się orędownikiem powszechnej demokracji i poszanowania dla wszelkich praw łącznie z prawami człowieka, jest tym który zabrania Gerardowi spotkania z żoną po 11 latach. Z perfidią i okrucieństwem odpowiedź ta została przekazana Adrianie w dniu kiedy przypadała 21 rocznica zawarcia związku małżeńskiego.

Odrzucamy ze wszystkich naszych sił te kolejne naruszenie prawa w stosunku do niewinnego Gerarda niesłusznie skazanego na dwie kary dożywocia i 15 lat więzienia za powiadomienie o kryminalnych akcjach band terrorystycznych, które działały i działają całkowicie bezkarnie z terytorium amerykańskiego, któremu odmówiono możliwości sprawiedliwego i obiektywnego procesu i którego, poza tym, próbuje się skazać na pozbawienie miłości uniemożliwiając ponownego spotkanie z jego ukochaną żoną.
Pytamy się jak jeszcze bardziej chcą ukarać Gerarda za jego odwagę, bohaterską postawę i jego godność? Ile jeszcze będą krzywdzić Adrianę nie pozwalając jej na odwiedzenie męża? Gdzie są zmiany w stosunku do Kuby i Ameryki Łacińskiej obiecane wyborcom amerykańskim i osobom na całym świecie? Gdzie jest bezstronność? Kto zawładnął wymiarem sprawiedliwości?

Wzywamy prawe kobiety i mężczyzn z całego świata, wszystkie osoby dobrej woli do stanowczego ODRZUCENIA tej odmowy, która napawa nas wstydem i domagania się od rządu Obamy aby natychmiast udzielił Adrianie wizy humanitarnej.

Listy do Sekretarz Stanu Hilary Clinton, Sekretarz Bezpieczeństwa Wewnętrznego Janet Napolitano, Przewodniczącej Kongresu Nancy Pelossi i Michelle Obama należy kierować na następujące adresy:

Sekretarz Stanu Hilary Clinton
U.S.Department of State
2201 C Street NW
Washington, DC 20520, USA
Telefon do Departamentu Stanu: 202-647-4000

Sekretarz Departamentu Bezpieczeństwa Wewnętrznego
Janet Napolitano
U.S Department of Homeland Security
Washington, DC 20528, USA
Telefon w celu przekazania komentarza: 202-282-8495
http://contact.dhs.gov/DynaForm.aspx?Form|D=press

Przewodnicząca Kongresu
Nancy Pelosi
Washington, D.C. Office
235 Cannon HOB
Washington, DC 20515
Telefon: (202) 225-4965
http://www.house.gov/pelosi/contact/contact.htm|

Michelle Obama
The White House
1600 Pennsylvania Ave, NW
Washington, DC 20500, USA

Doniesienia do Rady Praw Człowieka ONZ:
Palais des Nations
CH-1211 Geneva 10
Switzerland
Telefon : +41 22 917 90 00
Poczta elektroniczna: InfoDesk@ohchr.org

***

11.08.2009

Stacja Prywatyzacja

Rząd rozpoczyna wielką akcję wyprzedawania resztek majątku wypracowanego przez lata ciężkiej pracy milionów obywateli. Nic nowego pod Słońcem. Przez ostatnie 20 lat każda ekipa rządząca spełniając posłusznie rozkazy swych zagranicznych mocodawców – wielkich koncernów i monopoli - „unieszkodliwiała” rodzimy przemysł (prywatyzując, likwidując lub zaniedbując kolejne jego gałęzie), aby już nigdy nie stał się konkurencją dla firm zachodnich. Obecna gigantyczna prywatyzacja ma rzekomo ocalić pogrążony w kryzysie budżet. Zdaniem burżuazyjnej Gazety Wyborczej, „w półtora roku rząd chce uzyskać ze sprzedaży państwowych udziałów w spółkach ponad 36,7 miliardów złotych”. Sprywatyzowane mają zostać nie tylko takie giganty jak koncern paliwowy Lotos czy Kombinat Górniczo-Hutniczy Miedzi, ale również spółki energetyczne Enea, Tauron i Energa.

W przypadku KGHM rząd planuje sprzedać 10% akcji, co zasili budżet kwotą 700 milionów złotych i zmniejszy kontrolę skarbu państwa nad koncernem z 42% do 32% akcji. Smaczku całej sprawie dodaje fakt, że gdy pod koniec lipca minister skarbu Aleksander Grad zapowiedział bliską prywatyzację KGHM, premier Tusk i wicepremier Schetyna błyskawicznie ogłosili, że koncern jednak nie będzie wyprzedany w obecnej kadencji, gdyż premier złożył przed wyborami takie przyrzeczenie związkowcom. Nieoficjalnie mówi się, że rząd pragnie, aby wyprzedaż części akcji stanowiła wstęp do całkowitej prywatyzacji przedsiębiorstwa. Oburza to pracowników miedziowego giganta. Ryszard Zbrzyzny – szef Związku Zawodowego Pracowników Przemysłu Miedziowego w KGHM – zapowiada strajk. „Nie ma powodu, żeby sprzedawać KGHM, bo spółka nie potrzebuje inwestora” - dodaje. Można z tego wywnioskować, iż gdyby Pan Zbrzyzny doszedł do wniosku, że inwestor jest potrzebny, to nie miałby żadnych wątpliwości co do słuszności prywatyzacji. Oto co robi z ludzkimi umysłami burżuazyjna propaganda...

Na szczęście istnieje nauka pozwalająca pozwalająca przebić się przez mgłę otaczającego świata i ujrzeć prawdziwe jego mechanizmy, skrywane właściwości przemilczane fakty. Wspaniałe narzędzie, które pozostawili udoskonalone przyszłym pokoleniom Marks, Engels i Lenin. Materializm historyczny. Kierując się nim, Komunistyczna Partia Polski zdemaskowała w swoim Programie charakter współczesnego kapitalizmu i drugie dno prywatyzacji:

„W procesie prywatyzacji ogromną rolę odegrał obcy kapitał. Wielkie koncerny przemysłowe z krajów Europy Zachodniej oraz Stanów Zjednoczonych przejmowały całe przedsiębiorstwa, których produkcja była zwykle ograniczana, nierzadko nawet w krótkim czasie likwidowana. Zakłady zostały podzielone organizacyjnie na dużą ilość spółek kapitałowych, co zapobiegało porozumiewaniu się większym grupom szeregowych pracowników. Większość zakładów, która po prywatyzacji uniknęła całkowitej likwidacji, została sprowadzona do pozbawionych nowoczesnych technologii montowni, wytwarzających końcowe produkty z gotowych, sprowadzanych z central leżących za granicą komponentów. Proceder ten umożliwił unikanie opodatkowania w Polsce zasadniczych zysków z tej produkcji. Spowodował także głębokie uzależnienie gospodarcze i co za tym idzie ubezwłasnowolnienie polityczne polskich robotników, którzy próbując odzyskać chociażby część swoich dawnych uprawnień stanęli przed widmem niesamodzielności swoich zakładów pracy w tak zorganizowanym procesie produkcji. ”

Profesor Zbigniew Wiktor w swojej analizie „Polska po 15 latach kontrrewolucji” tłumaczy, dlaczego polska burżuazja ma charakter kompradorski (służalczy względem wielkich zagranicznych koncernów) i skąd się wzięło „uwłaszczenie nomenklatury”:

„Siły burżuazyjne w Polsce, cieszące się poparciem międzynarodowego kapitału, a także kierownictwa KC KPZR na czele z M. Gorbaczowem, dążącymi do tych samych celów politycznych, proklamowały po raz pierwszy od czasu hitlerowskiej okupacji swój cel programowy, czyli przywrócenie prywatno-kapitalistycznej własności środków produkcji w drodze likwidacji i wyprzedania sektora państwowego i spółdzielczego. Program ten określono jako prywatyzację i urynkowienie gospodarki. Ale kształtująca się dopiero polska burżuazja nie posiadała wystarczających środków na wykupienie przedsiębiorstw i uruchomienie produkcji, a kapitał zagraniczny był zainteresowany w przekształceniu Polski w rynek zbytu dla swej produkcji i rezerwuar taniej siły roboczej. Z tego powodu w Polsce inicjatywę przejęły wielkie koncerny z Unii Europejskiej i USA, które doprowadziły do wykupienia za tanie pieniądze (10% wartości) większość majątku produkcyjnego, który w głównej części został unieruchomiony lub w najlepszym wypadku przekształcony w filie macierzystych korporacji, np. montowanie samochodów, produkcja uzupełniająca itp. Tylko niewielka część sprywatyzowanych zakładów dostała się w ręce polskiego biznesu, były to głównie tzw. spółki nomenklaturowe, w których uwłaszczyli się dawni dyrektorzy i prominentni członkowie aparatu partyjnego dawnej PRL. W najmniejszym stopniu uczestniczyło w tym rabunku majątku społecznego dawne polskie drobnomieszczaństwo.”

Ktoś mógłby zapytać: „A może należy pójść drogą keynesizmu i próbować reanimować kapitalizm za pomocą państwowego interwencjonizmu, by wróciło ożywienie gospodarcze?” Jest to jednak droga donikąd. Żeby to sobie w pełni uświadomić, cofnijmy się w czasie do wielkiego kryzysu lat 1929-1933, który pogrążył kraje kapitalistyczne w nędzy, gdy tymczasem Związek Radziecki pomyślnie realizował pierwszy plan pięcioletni. Aby uchronić największe monopole od kryzysu, państwa rządzone przez burżuazję zaczęły „regulować” gospodarkę i wprowadzać „pakiety antykryzysowe”. W ten oto sposób kapitał monopolistyczny znalazł nowe możliwości bogacenia się kosztem skarbu państwa. Organizując „roboty publiczne” państwo buduje drogi, by obniżyć koszty monopoli związane z transportem, wznosi elektrownie, by zmniejszyć wydatki monopoli na energię elektryczną. Pod pozorem likwidacji „nadwyżek” produkcji, państwo skupuje od monopoli nie znajdujące zbytu towary, gromadzi je w swych magazynach lub po prostu niszczy. Udziela również monopolom kredytów i subwencji na zbyt tego rodzaju towarów na rynkach zagranicznych po sztucznie obniżonych, dumpingowych cenach. Nie trzeba chyba dodawać, ze apetyt kapitalistów rośnie w miarę jedzenia...

Lenin wykazał w swej pracy „Imperializm jako najwyższe stadium kapitalizmu”, że świat wkroczył w epokę przerastania kapitalizmu monopolistycznego w kapitalizm państwowo-monopolistyczny. Oznacza to, że nastąpiło bezpośrednie połączenie panowania monopoli kapitalistycznych z ogromną siłą podporządkowanego im państwa. Działając w interesie monopoli, państwo podejmuje pewne próby regulowania gospodarki kapitalistycznej (aby się o tym przekonać wystarczy spojrzeć na posunięcia administracji Obamy). Powiększa ono ponad miarę swój budżet, by stworzyć uprzywilejowany, gwarantowany rynek dla towarzystw i zrobić z niego amortyzator osłabiający wstrząsy wywołane kryzysami gospodarczymi. Ratuje trusty i koncerny przed bankructwem, chroni i podtrzymuje wysoki poziom ich zysków, grabiąc masy pracujące (np. za pośrednictwem podatku VAT). Przy okazji wzmaga się militaryzacja jako oparcie dla imperialistycznej polityki zagranicznej monopoli (np. agresja USA na Jugosławię, Afganistan, Irak oraz wcześniejsze zbrojenia przeciwko ZSRR).

Inaczej niż w krajach peryferyjnego kapitalizmu (takich jak Polska), gdzie króluje polityka prywatyzacji podporządkowująca rodzimą gospodarkę kapitałowi zagranicznemu, na Zachodzie występuje pewien wzrost własności państwowej. Jest on jednak mniejszy niż w okresie zimnej wojny. Jego przyczyną jest nie tylko pogłębiający się kryzys gospodarczy, ale przede wszystkim szybkie tempo dzisiejszego postępu technicznego (automatyzacja, elektronika, energia atomowa). Tworzenie coraz to nowych gałęzi przemysłu wymaga ogromnych nakładów kapitału. Nic dziwnego, że to niewdzięczne zadanie monopole starają się przerzucić na barki państwa. Same zaś zlecają budowę przedsiębiorstw i dostarczają potrzebnych urządzeń, zapewniając sobie krociowe zyski bez jakiegokolwiek ryzyka. Mało tego! Później zmuszają państwo do oddania im tychże przedsiębiorstw w dzierżawę!

Upaństwowienie wielu ważnych, lecz nierentownych gałęzi przemysłu jest dla wielu firm bardzo korzystne. Dzięki szczodrości państwa, ich właściciele (np. tuż po II Wojnie Światowej w Anglii) otrzymali za nie takie ceny, jakich nie zapłaciłaby żadna prywatna osoba i przenieśli swe kapitały do bardziej dochodowych przedsiębiorstw. Z reguły wszystkie kierownicze stanowiska w przedsiębiorstwach państwowych zajmują magnaci kapitału finansowego lub ich przedstawiciele. Pomimo korzyści, jakie przynosi monopolom występująca w różnych formach własność państwowa, dopuszczają one jej istnienie tylko w specyficznych okolicznościach i w ograniczonych rozmiarach. Ale dlaczego?

Otóż wszelka nacjonalizacja jest wyraźnym dowodem dla ludzi pracy, że gospodarka społeczna może doskonale obejść się bez kapitalistów, co rozwiewa iluzję „świętej własności prywatnej”. Zresztą monopoliści wiedzą, że po nacjonalizacji nie mogą się w pełni zabezpieczyć przed niepożądaną ingerencją w swoje sprawy, bo inni konkurujący z nimi monopoliści również usiłują wykorzystać państwo dla swych niecnych celów. Dlatego też popularne są wśród nich reakcyjne marzenia o powrocie do całkowicie „wolnego” rynku i prywatyzacji wszystkiego, co się da (włącznie z edukacją, służbą zdrowia i... armią). Wielcy kapitaliści i opłacane przez nich media nierzadko gromią polityków usiłujących przedłużyć żywotność kapitalizmu poprzez interwencjonizm państwowy, oskarżając ich o „socjalizm”. Taki zarzut jest bezsensowny, bo sama nacjonalizacja – w warunkach kapitalizmu – nie oznacza zmiany ustroju na socjalistyczny. Ci, którzy wszędzie wietrzą czerwone spiski, rozpatrują nacjonalizację w oderwaniu od ustroju państwowego i społecznego, w którym została ona przeprowadzona. Nie biorą pod uwagę faktu, że jeśli władza w państwie pozostaje w rękach wyzyskiwaczy i jeśli upaństwowione przedsiębiorstwa są nadal prowadzone na zasadzie wyzysku jednej klasy przez inną klasę – to nacjonalizacja nie ma nic wspólnego z socjalizmem.

Komuniści patrzą z politowaniem na zażarte spory między zwolennikami i przeciwnikami prywatyzacji, którzy uzasadniając swe opinie powołują się na rozmaitych kapitalistycznych doktrynerów i ekonomistów. Partie komunistyczne podkreślają bowiem, że rozwiązaniem nie jest kapitalistyczna, lecz socjalistyczna nacjonalizacja. A stanie się ona rzeczywistością tylko wówczas, gdy władza w państwie znajdzie się w rękach mas pracujących.


***

10.08.2009

Pod zbrodniczą Banderą

Ukraińscy faszyści rosną w siłę, a umizguje się do nich od dawna prezydent Wiktor Juszczenko – dotychczas ulubieniec zachodnich mediów i „obrońców praw człowieka”. Teraz postanowił jeszcze silniej bronić praw, tyle że katów... Tamtejsi nacjonaliści z dumą uchylili rąbka tajemnicy dziennikowi „Kommiersant-Ukraina”. Otóż Juszczenko – marzący o reelekcji na fotel prezydencki – pragnie przyznać tytuł Bohatera Ukrainy Stepanowi Banderze, zbrodniczemu przywódcy prohitlerowskiej Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, odpowiedzialnej za rozpoczętą wiosną 1943 roku planową eksterminację ponad 150 tysięcy Polaków na Wołyniu i w Galicji Wschodniej.

Wielu pseudohistoryków ukraińskich za wszelką cenę stara się wybielić Banderę i jego bandy, wskazując na ich wrogość wobec komunizmu i Związku Radzieckiego, jako na okoliczność co najmniej łagodzącą. Jedynymi Ukraińcami, którzy ostro występują przeciwko wszelkim próbom rehabilitacji zwyrodnialca są działacze i sympatycy Komunistycznej Partii Ukrainy oraz Partii Regionów, z której wywodzi się rywal obecnego prezydenta – Wiktor Janukowycz. Przywódca krymskich komunistów Leonid Hracz ostrzega prawicowy rząd o konsekwencjach płaszczenia się przed ludobójcami: „Jeśli to rzeczywiście nastąpi, na Ukrainie wybuchną ostre protesty”

***

10.08.2009

Służba zdrowia sypie się...

Nadal trwa strajk pielęgniarek i położnych w radomskim szpitalu. W czwartek ma do nich dołączyć około 800 pielęgniarek. Aby poprzeć protestujące koleżanki, ale też przypomnieć, o pogarszającym się stanie służby zdrowia: „To będzie iskra, walczymy o być albo nie być naszego zawodu. Chcemy być pielęgniarkami i położnymi, a nie siostrami miłosierdzia. Pracować w godnych warunkach i godnie zarabiać” - tłumaczy Urszula Wabik, szefowa Związku Zawodowego Położnych w Radomskim Szpitalu Specjalistycznym.

Oczywiście media i politycy zgodnym chórem potępiają zdesperowane pracownice, a grożąc ewakuacją szpitala bądź zamknięciem części oddziałów, usiłują poszczuć przeciwko strajkującym zarówno opinię publiczną jak i pacjentów. Zobaczymy, czy metoda „Dziel i rządź!” poskutkuje również w tym przypadku. Tymczasem stan polskiego lecznictwa dał burżuazji pretekst, by przekonywać o rzekomych korzyściach, które dałaby powszechna i totalna prywatyzacja służby zdrowia. Przemilczają jednak fakt, że ta dziedzina z reguły nie przynosi większych zysków (o ile w ogóle je przynosi), więc podporządkowanie jej regułom kapitalistycznym oznaczałoby wariant amerykański: Obecnie w USA, gdzie dawno temu sprywatyzowano system opieki zdrowotnej, 47 milionów ludzi żyje bez jakiegokolwiek ubezpieczenia zdrowotnego. Każdego dnia z powodu kryzysu dołącza do nich kolejne 14 tysięcy osób, które wraz z utratą pracy pozbawione zostają również polisy ubezpieczeniowej. Z danych Światowej Organizacji Zdrowia wynika, że każdego roku tysiące Amerykanów umiera, bo odmówiono im najbardziej podstawowej opieki.

Der Spiegel informuje, że „system opieki zdrowotnej w USA jest drogi, nieefektywny i aspołeczny. Koszty na jednego mieszkańca wynoszą około 7500 dolarów rocznie – dwa razy tyle co w Niemczech. Od 2000 roku lekarzom, przemysłowi farmaceutycznemu i szpitalom udało się doprowadzić do zwiększenia obrotów o 70 procent. Już dziś amerykański produkt krajowy brutto jest w coraz większej części absorbowany przez przemysł zdrowotny. W tej chwili jest to 16 procent – w Niemczech zaledwie dziesięć. Udział ten, jeśli w międzyczasie coś się nie zdarzy, w kolejnych 15 latach wzrośnie do monstrualnych 25 procent. W ślad za wysokimi kosztami systemu nie idą porównywalne świadczenia, ponieważ państwo nie dysponuje prawem kontroli. Przemysł farmaceutyczni, ordynatorzy i właściciele szpitali w dużej mierze sami decydują o swoich dochodach. Rynek zdrowotny jest jak mecz piłki nożnej bez sędziego. W badaniach porównawczych na temat sytuacji w różnych krajach superpotęga USA wyróżnia się na niekorzyść, zajmując kompromitujące 37. miejsce. Jak wynika z owych badań, co roku w amerykańskich szpitalach 100 tysięcy ludzi umiera z powodu infekcji, a kolejne 98 tysięcy traci życie przez błędy, jakie popełniono podczas ich leczenia.  Ameryka, kraj Trzeciego Świata...

W przemyśle medycznym szczytowe wartości osiągają jedynie marże, choć te w bankach inwestycyjnych na Wall Street jeszcze je przewyższają. Doradcy z McKinsey, którym zlecono prześwietlenie całego systemu, natknęli się na kwotę 480 miliardów dolarów, z którymi nie wiązały się żadne świadczenia. Renomowany Institute of Medicine szacuje, że jedna trzecia wszystkich wydatków na świadczenia zdrowotne, a więc około 700 miliardów dolarów, to nic innego jak rozrzutność w czystej postaci. Suma ta to półtora całego budżetu Niemiec, kwota przewyższająca nawet amerykańskie wydatki na armię.”


Wybór mamy bardzo prosty: Socjalizm, albo barbarzyństwo.

***

8.08.2009

Kościół kasę często-chowa...

Ciemne sprawki watykańskiego banku o nazwie Instytut Dzieł Religijnych naświetlał od lat tygodnik „Fakty i mity”, lecz odzew w innych polskich mediach był zerowy. Nabrały bowiem wody w usta, by nie narazić się Kościołowi – wielkiemu zwycięzcy tak zwanej „transformacji”. Dopiero ogłoszenie w bestsellerowej książce „Watykan sp. z.o.o.”, przez włoskiego dziennikarza Gianluigiego Nuzziego, archiwum kościelnego bankiera - prałata Renato Dardozziego - zmusiło Gazetę Wyborczą do opublikowania tak szokujących informacji.

„Kościelni oszuści wykorzystywali uprzywilejowanie Watykanu, które chroni jego bank przed międzynarodowymi kontrolami i włoskim fiskusem”. Przez lata Instytut, rządzony przez niesławnego abp Paula Marcinkusa i jego zausznika prałata Donata de Bonisa, był gigantyczną pralnią brudnych pieniędzy mafii i skorumpowanych polityków. „W okresie zimnej wojny podwójna księgowość i tajne konta Instytutu Dzieł Religijnych były wykorzystywane m.in. do wspierania włoskich ugrupowań rządzących (chadeków, socjalistów), bo Kościół bał się ich przegranej w konfrontacji z potężną wówczas partią komunistyczną. Zdaniem części historyków, chadecję za pośrednictwem watykańskiej Fundacji Spellmana dofinansowywały amerykańskie służby specjalne” - pisze Gazeta Wyborcza. Rzecz jasna brudne pieniądze Watykanu i CIA szły również na zasilanie antykomunistycznych organizacji w krajach demokracji ludowej (można tu wymienić chociażby „Solidarność”). Co ciekawe, autentyczności archiwum Dardozziego nie kwestionują nawet najbardziej prokościelni watykaniści.

***

6.08.2009

Powtórka z brunatnego podwórka

Sytuacja węgierskich Romów staje się coraz bardziej niepewna. Kraj pogrążony jest w kryzysie gospodarczym, a społeczne niezadowolenie wykorzystują wspierani przez wielki biznes faszyści, którzy znaleźli idealnego kozła ofiarnego... „Od lipca ubiegłego roku w atakach na Węgrzech zginęło sześcioro Romów, a 49 odniosło obrażenia. - informuje portal Onet.pl – W nocy z niedzieli na poniedziałek 45-letnia Romka została zastrzelona we własnym domu w miasteczku Kisleta, na wschodzie Węgier, a jej córka odniosła poważne obrażenia. Napastnicy wyważyli drzwi wejściowe do jej domu i natychmiast zaczęli strzelać ze strzelby myśliwskiej do niej i do jej córki. Obie w chwili ataku spały.”

Dlatego też Szef Europejskiego Forum Romów i Koczowników Rudko Krawczynski zaapelował dziś do sekretarza generalnego Rady Europy, Urzędu Wysokiego Komisarza ONZ ds. Praw Człowieka, Biura Instytucji Demokratycznych i Praw Człowieka OBWE oraz do Parlamentu Europejskiego o zajęcie stanowiska w sprawie owych pogromów. Natomiast władze Węgier poprosił o ochronę mniejszości romskiej (stanowiącej 6% spośród 10-milionowej ludności kraju) przed atakami faszystowskich bojówek.

***

6.08.2009

Fabryki robotnikom!

Agencja AFP podała, że około 600 osób zgromadziło się 6 sierpnia w Togliatti, 1000 km na południowy wschód od Moskwy, protestując przeciwko zawieszeniu produkcji w tamtejszych zakładach samochodowych Awtowaz i domagając się nacjonalizacji firmy. Manifestanci trzymali plansze z takimi napisami jak: „Prawdziwej pomocy Wazowi” czy „Nadzór robotnikom”, zaś szef tamtejszych niezależnych związków zawodowych Piotr Zołotariow zażądał w przemówieniu nacjonalizacji fabryki, nadzoru robotników nad kierownictwem i prawa do anulowania jego decyzji. Należy dodać, że wymieniony zakład, którego 25% akcji kontroluje francuski Renault, zawiesił w poniedziałek na miesiąc produkcję w swej fabryce w Togliatti, by ograniczyć liczbę niesprzedanych samochodów w magazynach. Pracownicy mają otrzymywać w tym czasie zaledwie 2/3 wynagrodzenia. Od września do lutego tydzień pracy ma natomiast zostać zredukowany do 20 godzin. Płace również pójdą ostro w dół.

***

1.08.2009

O następstwach bezmyślności

W mediach i na politycznych salonach rozbrzmiewają hymny pochwalne na cześć „bohaterskiego zrywu”, który wywołany został nie tylko bez porozumienia z członkami koalicji antyhitlerowskiej, ale politycznie był skierowany przeciwko jednemu z nich – Związkowi Radzieckiemu. Zrywu, który zakończył się śmiercią około 200 tysięcy cywilów i zmieceniem stolicy z powierzchni ziemi przez hitlerowskich bandytów. Nic dziwnego, że w wyniku klapy „Akcji Burza” zaufanie Polaków do tak zwanego rządu londyńskiego spadło dramatycznie, zaś państwo podziemne i Armia Krajowa zaczęły się po prostu rozkładać.

Co najważniejsze, takich „herezji” nie głosi żaden „zdrajca”, ale profesor Jan Ciechanowski – żołnierz AK i uczestnik powstania warszawskiego, który w wywiadzie dla socjaldemokratycznego Przeglądu opowiada o swej głośnej monografii powstania i o nim samym: „Niemcy stłumili powstanie kosztem 1570 zabitych i 9 tysięcy rannych, czyli na jednego Niemca przypadało ponad 100 zabitych Polaków (...) Powstanie Warszawskie było wielką klęską polityczną, wielką klęską militarną, bo ani o jeden dzień nie skróciło okupacji niemieckiej.” Profesor obala również mit, jakoby powstanie wybuchło na skutek parcia do niego młodocianych żołnierzy. Zauważa, że bajdę tę wymyślił już w czasie powstania szef II Oddziału Komendy Głównej AK płk Kazimierz Iranek-Osmecki. W rzeczywistości AK-owcy byli zbyt zdyscyplinowani, aby pozwolić sobie na jakąkolwiek niesubordynację.

Byli jednak również nieprzygotowani do powstania – zauważa Ciechanowski - „Dziś mówi się, że AK to była potężna siła, były dywizje. Ale co to była za armia? To byli ludzie należycie zorganizowani ale nieodpowiednio uzbrojeni, a najczęściej w ogóle niemający broni. Na ćwierć miliona żołnierzy dowódcy mogli uzbroić 32 tysiące ludzi. AK to był materiał na wojsko”. Dobitnie wypowiedział się o dowódcach powstania generał Anders. W sierpniu 1944 stwierdził: „Wywołanie powstania w Warszawie w obecnej chwili było nie tylko głupotą ale wyraźną zbrodnią.” Tak właśnie skwitował decyzję wielbionych dziś Komorowskiego, Pełczyńskiego i Okulickiego.

A plany były ambitne: według założeń „obozu londyńskiego” powstanie miało być zaledwie krótkotrwałą manifestacją zbrojną wobec wycofujących się Niemców i umożliwić zajęcie stolicy przez AK, na co najmniej 12 godzin przed wkroczeniem Armii Czerwonej. Wszystko po to, aby wystąpiwszy wobec niej w roli gospodarza miasta wzmocnić pozycję międzynarodową pogrobowców sanacji, utrudnić sytuację PKWN, a przede wszystkim dać Mikołajczykowi argument w rozmowach z rządem radzieckim w Moskwie. Pojawiły się jednak dwa, zlekceważone przez dowódców AK problemy: Panika, jaka ogarnęła Niemców w dniach 20-24 lipca w związku z zamachem na Hitlera i błyskawicznym pochodem armii radzieckiej została opanowana. Do Warszawy powróciły ewakuowane uprzednio urzędy niemieckie, odwrót wojsk III Rzeszy został wstrzymany. W rejonie Skierniewice-Żyrardów rozlokowała się dywizja pancerna SS „Wiking”, w rejonie Pruszkowa oddziały spadochronowo-pancernej dywizji „Herman Goering”. Niektóre jednostki przerzucono nawet na wschodni brzeg Wisły...

Po drugie, Armia Czerwona przegrała w pierwszych dniach sierpnia bitwę na przedpolach Warszawy. Zresztą w wyniku operacji Bagration, wojska radzieckie miały za sobą ponad 700 kilometrów ciężkich walk. Ich impet został zahamowany i musiały nawet odpierać silne przeciwnatarcia pancernych zgrupowań hitlerowskich, usiłujących za wszelką cenę nie dopuścić ich do Wisły. Do wznowienia działalności ofensywnej Armii Czerwonej i przygotowania jej do nowych wielkich działań bojowych konieczna była kilkumiesięczna przerwa.

Mimo to – napisał historyk Władysław Góra w dziele „Polska Ludowa 1944-1984” - z chwilą dotarcia do Wisły i zdobycia Pragi we wrześniu 1944 roku jednostki AC i 1 Armii Wojska Polskiego udzieliły powstańcom znacznej pomocy zarówno w zrzutach broni i żywności, jak również w osłonie lotniczej i wsparciu artyleryjskim. Lotnictwo radzieckie i polskie zrzuciło ogółem 505 rusznic przeciwpancernych, 156 moździerzy, 1478 pistoletów maszynowych, 1189 karabinów, ponad 126 ton żywności, lekarstw, amunicji i środków łączności. Niepowodzeniem i śmiercią ponad 4 tysięcy żołnierzy skończyły się próby utworzenia przyczółków na Wybrzeżu Kościuszkowskim, Marymoncie i Czerniakowie. Tymczasem warszawski aktyw PPR i Armii Ludowej zajmując negatywne stanowisko wobec reakcyjnych celów dowództwa AK, włączył się ofiarnie do powstania podporządkowując się taktycznie lokalnym komendom AK. Na Starym Mieście polegli wszyscy członkowie warszawskiego sztabu AL. Mimo bohaterstwa powstańców i ludności stolicy, powstanie skończyło się katastrofą. 2 października, po 63 dniach walk dowództwo powstańczej Warszawy skapitulowało. Za obsesyjny antykomunizm „rządu londyńskiego” i jego oderwanie od rzeczywistości zapłacił straszliwą cenę cały naród polski.