![]() |
| Start | Aktualności | Dokumenty |
Brzask |
Galeria |
Świat
|
Historia |
Forum
|
Kontakt |
Linki |
Świt rządów terroru Wśród wrzawy medialnej powstałej wokół
wytrącenia Trypolisu z rąk libijskiego rządu nie jest łatwo o jasny
obraz tego, jak wygląda sytuacja pod nową władzą. Po pięciu dniach
więzienia w Hotelu Rixos, gdzie przebywałam wraz z 35 zagranicznymi
dziennikarzami, trudno mi było uwierzyć, że drogi, którymi
przejeżdżałam, są tym samym miejscem, które znałam ze spędzonych w
stolicy ostatnich kilku miesięcy. Niegdyś gwarne ulice ze spieszącymi nimi rodzinami, podążającymi w tą i z powrotem na plażę lub w celu przygotowania posiłku kończącego dzienny post, były puste; zielone flagi ustąpiły miejsca flagom „rebeliantów”. Nieliczne punkty kontrolne, wcześniej zapełnione ochotnikami: kobietami i mężczyznami, czyli zwykłymi mieszkańcami, uzbrojonymi w karabiny Kałasznikowa, zostały zastąpione stanowiskami wojskowymi co sto metrów albo i mniej, obsadzonymi przez czołgi i przez uzbrojonych w zaawansowaną broń, dostarczoną przez najpotężniejszą siłę militarną świata – NATO, osobników płci męskiej. Zniknęli również broniący swoich osiedli dumni, czarnoskórzy Libijczycy. Byliśmy później świadkami obławy - jak ich zbierano i ładowano na ciężarówki. Obraz ten był nam znany z poprzednich miesięcy z miejsc takich jak Bengazi czy Misrata. Stali się oni ofiarami zarzutów mówiących o tym, że Kaddafi opłacał afrykańskich najemników; zarzutów, które zostały odrzucone jako całkowicie bezpodstawne przez organizacje praw człowieka. Ale w nowej Libii stoją oni w pierwszych szeregach – wraz z członkami największych plemion Wafalla, Washafana, Zlitan i Tarnouna – podejrzanych o wspieranie Muammara Kaddafiego – zbrodni karanej nie tylko śmiercią ale znacznie straszniejszymi karami. Konwój Czerwonego Krzyża dowiózł nas do Hotelu Corinthia. Miesiąc temu, podczas mojego poprzedniego pobytu w tym hotelu, przy wejściu stało dwóch, może trzech uzbrojonych żołnierzy. Tym razem budynek był pełen ludzi wymachujących bronią, którą otrzymali od NATO i z Kataru. Z obsługi hotelu pozostało tylko kilka wycieńczonych osób. Później, przyglądając się twarzom Libijczyków zrozumiałam, że ich oczy wypełnione są traumą. „Jak się masz?” - spytałam jedną z nich - „On jest ciągle w naszych sercach” - odpowiedziała. Gdy mieliśmy potem możliwość rozmowy na osobności, wybuchła płaczem, tłumacząc się przez łzy. Powiedziała mi, że nie nie można tutaj z nikim rozmawiać. „Libia jest jak nasza matka, ale nie można rozmawiać z matką już więcej”. Kobieta z plemienia Wafalla, z okolicy Beni Wallid, wiedziała, że jej rodzina może być w każdej chwili wyłapana tylko dlatego, że Wafalla niezłomnie popierają Muammara Kaddafiego, którego nazywają swoim „przewodnikiem”. Powiedziała mi: „Lud Beni Walid zawsze był dumny, hojny, skromny i godny. Pod tą [rebeliancką] flagą Króla Idrysa musieliśmy całować stopy króla zanim mogliśmy powiedzieć mu cokolwiek, teraz wracamy do tych czasów”. Kobieta ta była jedną z wielu osób, które ostrzegały mnie, żeby trzymać głowę spuszczoną i uciekać stamtąd jak najszybciej. Byłam jednym z niewielu reporterów, którzy skupili się na informowaniu o skutkach bombardowań NATO, którzy pisali o marszach milionów, o licznych konferencjach plemiennych, które opowiadały się za rządem, co wskazywało jasno że nie był on tak „niepopularny” jak próbowano go przedstawić. Usiłowałam także demaskować powiązania „rebeliantów” z Al Kaidą, z którą NATO walczy w krajach takich jak Afganistan. Od przyznania przez „rebeliantów” że zabójstwo byłego dowódcy Abd al Fataha Younis zostało dokonane przez grupy rebelianckie powiązane z Al Kaidą, obecność islamskich ekstremistów wśród „rebeliantów” stawała się coraz bardziej oczywista, tym bardziej że rząd Libii przygotował dowody w postaci dokumentów i nagrań, mówiących o udziale Al Kaidy w kryzysie i o powiązaniach Al Kaidy z Zachodem. Ale od upadku Trypolisu jedynie pełne poparcie dla nowej Libii mogło mi zagwarantować bezpieczeństwo. Moja przyjaciółka z plemienia Wafalla ponaglała mnie do powrotu do domu i do opowiedzenia o tym, co się stało. Podczas gdy na szosach w głębi kraju nadal toczą się walki, które stały się szczególnie niebezpieczne dla kogoś, komu „rebelianci” nie zapewnili ochrony, jedyną drogą do wydostania się z Libii było Morze Śródziemne. Całymi dniami było to dla nas wątłą perspektywą, jako że wśród „rebeliantów” w Hotelu Corinthia raz po raz wybuchały walki o to, kto wydaje rozkazy, które rozszerzały się nie tylko na cały port, z którego usiłowałam uciec, ale na dużą część miasta. Przez cztery dni mi i kilku cudzoziemcom mówiono, że za kilka godzin wypływamy, tylko że osoba, która dowodzi portem, „rozpłynęła się” i musi zostać kimś zastąpiona. Mając do czynienia z wieloma grupami, między innymi Libijską Islamską Grupą Bojową (LIFG), Narodowym Frontem Wyzwolenia Libii czy byłymi członkami rządu, zachodnie wojska, znajdujące się tam już w pełni jawnie, wydają się być całkowicie bezradne. W drugim dniu mojego pobytu w Hotelu Corinthia trzech Brytyjczyków w typie macho chodziło po piętrach rozpowiadając wszystkim, że od dzisiaj odpowiadają oni za bezpieczeństwo hotelu. Jeden z nich powiedział mi, że przyjechał prosto z Kabulu, gdzie „dzieje się coraz gorzej”. Zapytałam go: „Czy myślisz, że tu będzie tak jak w Kabulu?”. „To bardzo prawdopodobne, gdy tyle różnych grup walczy o władzę”- odpowiedział. W międzyczasie niewiele uwagi poświęcono ofiarom napaści na Trypolis. Ostatnie szczegółowe dane pochodzą z drugiego dnia walk, z istniejącego jeszcze wtedy Ministerstwa Zdrowia. W ciągu pierwszych 12 godzin w samej stolicy śmierć poniosło 1300 osób i 900 zostało rannych. Ministerstwo ogłosiło także, że dzień wcześniej zamordowano ponad 300 osób i raniono ponad 500. Liczby te przekraczają liczbę 1 400 osób zamordowanych w ciągu dwóch tygodni w Strefie Gazy w trakcie przeprowadzania operacji Cast Lead przez Izrael. Liczba ta wywołała wtedy fale gniewu i sprzeciwu na całym świecie. Po ciężkim bombardowaniu i atakach śmigłowców Apache na najbiedniejsze osiedla Trypolisu w Abu Saleem, jednym z ostatnich miejsc, które zostało podbite, świadkowie widzieli stosy ciał leżących na ulicach. Krewny jednego z nich, aby uniknąć rzezi, uciekł do okolicznego szpitala, gdzie, jak twierdził, został jeden lekarz i dwie pielęgniarki. Podobnie jak w przypadku większości robotników tego miasta, personel szpitala albo zdołał uciec, albo ukrywał się, albo został zabity. Gdy prosił o możliwość obejrzenia ciał, strażnicy powiedzieli mu, że nie ma żadnych ciał. Jego rodzina obawia się, że wrzucono je wszystkie razem do masowych grobów, które przez długi czas pozostaną nieznane. Ta krwawa łaźnia nie pasuje do opowieści o „wolnej Libii”, w której cywile są „pod ochroną”. Jednak w atmosferze ciągłej walki o władzę za wszelką cenę, dla tych na ziemi, uczciwy przekaz tego, co widzieli na własne oczy na terenach opanowanych przez „rebeliantów”, jest niemal niemożliwością. Jeden uzbrojony „rebeliant”, owinięty we francuską flagę, podkradł się do mnie, pytając się, skąd jestem. „Londyn” - odpowiedziałam. „Ach, Cameron, kochamy Camerona!” - krzyczał. Zmusiłam się do uśmiechu; nawet krytyka naszego premiera zdradziłaby brak lojalności do nowych władców Libii. W porcie, gdy przyglądaliśmy się statkom czekającym na wyładunek, jeden z Włochów skomentował, że przypomina to „dziecko kierujące uniwersytetem”, jako że nowi ludzie wydający polecenia próbowali rozgryźć, jak działają dźwigi i pozostały sprzęt konieczny do załadunku, wyładunku i obsługi portu. Powiedziano nam, że statek nie będzie mógł wypłynąć przez następne pięć do dziesięciu dni i że jedyną możliwością opuszczenia kraju drogą morską było załadowanie się na dwunastoosobowy, 20 metrowej długości kuter rybacki, pozbawiony elementarnych warunków bezpieczeństwa, w tym kół ratunkowych. 43 z nas zdecydowało się wejść na pokład. Wtedy głównodowodzący kontrolowaniem naszej łodzi „rebeliant” przez 4 godziny sprawdzał nasze dokumenty mówiąc, że żaden Rosjanin, Serb czy Ukrainiec nie będzie mógł opuścić kraju. Podobnie Kubańczyk i obywatel Ekwadoru. Ich kraje utrzymywały zbyt dobre stosunki z Muammarem Kaddafim podczas kryzysu. W końcu, około północy, pozwolono nam wszystkim, poza jednym Rosjaninem, wejść na łódkę. Podczas gdy odgłosy czołgów, straży pożarnej i unoszący się w powietrzu zapach śmierci, stawały się coraz bardziej odległe, przypominałam sobie spokojne, gościnne i bezpieczne miasto, do którego przyjechałam. Lizzie Phelan, 3 września 2011 ***
Od wydawcy: Lizzie Phelan należy do grona nielicznych dziennikarzy, którzy byli świadkami bombardowań Trypolisu przez USA/NATO i którzy byli obecni, gdy ich najemnicy szturmowali miasto. Początkowo nadawała z Hotelu Rixos. Następnie przeniosła się do Hotelu Corinthia, gdzie toczyły się ostre walki pomiędzy siłami rządowymi a najemnikami NATO. W zeszłym tygodniu uciekła wraz z innymi dziennikarzami, z Libii na Maltę, na kutrze rybackim. Jest to jej pierwszy raport, odkąd opuściła Libię. Jesteśmy wdzięczni Lizzie i innym niezależnym dziennikarzom za ich pracę, demaskującą “demokratyczne media” i tych, którzy je finansują. Czekamy na kolejne artykuły opisujące okres wielu miesięcy, które spędziła na wojnie w Libii. Les Blough – wydawca Tłumaczenie z języka angielskiego - Tow. Bie Oryginalny tytuł: „Witnessing the Transition to fear in Tripoli” Lizzie Phelan jest niezależną dziennikarką i komentatorką, która nadawała z Trypolisu podczas bombardowań NATO oraz ataku na stolicę. Można się z nią skontaktować pod adresem: phelanlizzie@gmail.com Źródło: Axis of Logic (otrzymane od Lizzie Phelan pocztą elektroniczną) http://axisoflogic.com/artman/publish/Article_63691.shtml |